Blondynka milczała, wyraźnie perspektywa nakreślona przez jej antagonistę musiała ją zaciekawić.
– Jaką mam gwarancję, że nie dokonasz kontrakcji?
– Żadnej. Przecież wiem, że w moje słowa nie uwierzysz, bo w swoich szeregach nazywacie nas notorycznymi kłamcami. Ale jeśli zaryzykujesz, dam ci rok czasu, więcej powiem, rok i tydzień, a dopiero potem wrócę do gry... Chyba że nie masz pomysłu, co należy zrobić.
– Pomysł mam... I mówisz, że zakładamy się o fakt?
– Słowo kacerza... Tfu, chciałem rzec, harcerza!
Umilkli. Jakaś siła kazała odwrócić głowę Kasi. Zobaczyła hotel Stolec, a właściwie pełniący rolę eleganckiego motelu barak postawiony przed laty dla budowniczych hotelu Agorum. Akurat rozstąpiły się chmury i cały budynek stanął nagle w świetle słonecznym. Co ciekawe, promienie te padały tak ze wschodu, jak i z zachodu.
– Kurczę blade, skąd się wzięło drugie słońce? – przemknęło dziewczynie.
Ale to nie był koniec niezwykłych wydarzeń. Oto na niebie, od strony północy pojawiła się świetlista smuga, jaką pozostawia za sobą samolot odrzutowy albo międzykontynentalna rakieta. Nad Warszawą lecące „coś” zniżyło się i wbiło w dach hotelu. Oniemiała Kasia oczekiwała eksplozji, przemiany budynku w kulę ognia. Jednak nie nastąpiło nic takiego, chmury zasunęły się znowu, zaćwierkały ptaki... Tego było za wiele. Mocnym szarpnięciem obudziła Kamila.
– Widziałeś? – zapytała dramatycznym szeptem.
– Co?
– Tych cudzoziemców.
– Jakich cudzoziemców? – ziewnął.
Rozejrzała się. Faktycznie na nadbrzeżu nie było nikogo. Czyżby miała sen albo halucynacje? Bez zwłoki postanowiła wracać do domu. Kamil dość niechętnie doprowadził ją do windy. Pojechałby dalej, ale ostudziła go krótkim: „Koniecznie chcesz obudzić mojego ojca?”.
Po dotarciu na górę i prześlizgnięciu się na paluszkach (żeby nikogo nie zbudzić) do swego pokoju, podeszła jeszcze do okna, z którego rozpościerała się szeroka panorama Powiśla, Wisły i Saskiej Kępy. Poszukała wzrokiem dwójki dziwnych cudzoziemców.
Byli tam! Choć zdążyli przemieścić się nieco dalej ku północy. Jednak rozmowa właśnie dobiegła końca. Pożegnali się bez podawania sobie rąk. Blondyna wstąpiła na wiślaną falę toczącą głównie ścieki przemysłowe i pospolite fekalia. Nieomal nie dotykając ich stopą obutą w srebrne pantofelki, przeszła na drugą stronę, udając się najwyraźniej do jednego z kapitalistycznych przedstawicielstw dyplomatycznych zlokalizowanych na prawym brzegu Wisły. W tym samym czasie mężczyzna w meloniku podszedł do Wisłostrady, przeskoczył ją, bijąc równocześnie rekord świata wzwyż i w dal. Na parkowej alejce dostrzegł pedałującego rowerzystę, w którym rozpoznał popularnego przed laty satyryka podtrzymującego w ten sposób swoją tężyznę fizyczną, i stanął w poprzek dróżki. Artysta ledwie zahamował. Facet w meloniku wydarł spod niego rower i pchnięciem palca cisnął go na trawnik.
– Nic nie będzie już takie samo – powiedział wskakując na siodełko. – Ani Polska, ani pan, panie Jacku.
I nie zważając na nieskładny protest rowerzysty, oddalił się, kierując w stronę odległej o parę kilometrów ambasady ZSRR.
Tego Kasia miała już naprawdę dosyć. Odwróciła głowę w drugą stronę i zobaczyła odległą figurkę Kamila, który na wiadukcie oczekiwał autobusu w stronę Przyczółka Grochowskiego, gdzie zamieszkiwał. Choć nie mógł tego zobaczyć, pomachała mu ręką, i zastanawiając się, czy właśnie spotkała miłość, na jaką czekała od lat, poszła spać.
*
Na następny odcinek zapraszamy jutro wyjątkowo o godzinie 16.


Komentarze
Pokaż komentarze