*
W odróżnieniu od Szwendały desygnowany przez niego na pierwszego niekomunistycznego premiera Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej Tadeusz Małopolski dopiero co zdołał zasnąć zmordowany wieloma godzinami bezsenności. Wszystko działo się tak szybko – zdecydowanie zbyt szybko jak na wieloletniego naczelnego redaktora miesięcznika, który już w skórze szefa tygodnika „Solidność” czuł się nieswojo, a funkcja premiera – przypominała najbardziej wydawanie dziennika. Co wymagało tempa trzydziestokrotnie większego od tego, do którego przywykł. W dodatku w odróżnieniu od Szwendały, ludowego trybuna kierującego się impulsami, a nie politycznymi przemyśleniami, Małopolski w pełni zdawał sobie sprawę z odpowiedzialności i zagrożeń kryjących się wszędzie.
Nauczył się żyć w komunizmie. Stopień po stopniu, dwa kroki do przodu, jeden w tył, walczył o poszerzanie wolności, marzył o statusie drugiej Finlandii, śnił o socjalizmie z ludzka twarzą. Nawet teraz, po wyborach czerwcowych, w pełni wolna Polska wydawała mu się czymś niewyobrażalnym – Związek Radziecki przecież nie zniknął, owszem modyfikowały się Węgry, ale Czechy, NRD, Rumunia czy Bułgaria trzymały się mocno, nie tolerując ani dysydentów, ani społecznych aspiracji, w dodatku bardzo słabo tam artykułowanych.
Małopolski przeżył kilka karnawałów wolności. Węgierski w 1956 złamały sowieckie czołgi, a Imre Nagy, buntownik z przypadku, który zaczynał swą karierę jako członek ekipy katów rozwalających rodzinę cara Mikołaja II w Jekaterynburgu, sam stanął pod murem. Czechosłowacja do tej pory nie mogła się pozbierać po efektach „praskiej wiosny” i interwencji państw Układu Warszawskiego, a Polska? Dokładnie pamiętał mroźną noc 13 grudnia, kiedy wprowadzono stan oblężenia, a on sam wylądował w obozie internowanych.
Co prawda nastały inne czasy. Michaił Korbaczow nie przypominał żadnego ze swych poprzedników, ale kto zaręczył, że pewnego dnia postępowy gensek nie zniknie bez śladu i powróci stary sprawdzony kurs.
W dodatku ten Szwendała! Na co liczył, wyznaczając go na premiera na przekór kalkulacjom lewicy laickiej? Że będzie sam powoził rządowym zaprzęgiem z Gdańska? Małopolski nie zamierzał być malowanym szefem rządu, uważał, że historyczna rola przewodniczącego dobiega końca. A jego ludzie? Jakie szczęście, że nie wpuścił żadnego z tych oszalałych syndykalistów czy liberałów do rządu!
Pamiętał minę Jarosława Indykiewicza, kiedy zaproponował mu stanowisko prezesa cenzury. Obraził się. Bardzo dobrze. Bracia bliźniacy byli jeszcze bardziej narwani niż sam „wódz”. Ich pomysły groziły rewolucją. A ta była zbędna. Komuniści dobrowolnie dzielili się władzą, trzeba było szerokiego konsensusu dla reform. I niedrażnienia sąsiadów. Nie mówiąc o możliwym przebudzeniu demonów nacjonalizmu. Co mógł temu przeciwstawić. Chyba tylko „siłę spokoju”.
– Dobry slogan! Trzeba będzie użyć go w jakimś właściwym kontekście – obrócił się na drugi bok i wreszcie zapadł w płytki sen. Śniła mu się Finlandia.
Na następny odcinek zapraszamy w poniedziałek o godzinie 18.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)