*
Ubierając się, Szwendała usiłował poukładać sobie jakoś w głowie i zrozumieć, co się dzieje. Ale nie szło. „Obcy”, który w nocy zagnieździł się w jego mózgu, zadomawiał się tam w najlepsze i dyktował inny sposób wypowiadania się, a co gorsza myślenia.
Normalnie nie potrzebował lustra do golenia. Tym razem dłuższą chwilę bardzo uważnie przyglądał się swojej gminnej twarzy, której wąs dodawał elementu staroszlacheckiego... Nie wyglądało, żeby ktoś go podmienił. Obrączka ślubna tkwiła na palcu, a Matka Boska lśniła w klapie garnituru.
Był tym samym Szwendałą co wczoraj, a także wówczas, kiedy włażąc na koparkę przy stoczniowej bramie, nieodwracalnie przeszedł do historii. Co się zmieniło? Jeszcze wczoraj nie użyłby słowa „nieodwracalnie”, podobnie jak „Nolens volens”, które o wiele chętnie zastąpiłby swojskim zwrotem „Nie chcę, ale muszę”. Czuł się, jakby ktoś otworzył mu głowę i nasypał tonę informacji, których tam przedtem nie było. Co gorsza, ów stos śmieci sprawiał, że myślenie stało się trudniejsze. W dodatku co chwila odkrywał w sobie nowe umiejętności. Kiedy w recepcji dorwał go jakiś dziennikarz BBC, omal nie odpowiedział mu po angielsku na zadane pytanie, nie czekając, aż zostanie mu przetłumaczone.
– To ja znam angielski? – zdziwił się ogromnie.
W samochodzie Wachmistrzowski przytoczył najnowszy dowcip obiegający Warszawę: „Kandydat na premiera ma same zalety i jedną wadę. Jaką? Jest Mało polski...” Lew nie zarechotał jak dawniej.
Jednak nie przestał być sobą. Nawet jeśli ktoś zrobił mu z mózgu intelektualny śmietnik, pozostawał w głębi ducha małym Lewkiem, który dla kawału sikał do parafialnej chrzcielnicy – ambitnym, pazernym i chytrym. To chytrość kazała mu nie zdradzać się przed nikim z nagle odkrytych umiejętności. Miało to swoją dobrą stronę, jak choćby wówczas gdy w kuluarach sejmowych podsłuchał swego doradcę profesora Bronisława Hajduka, który udzielał właśnie wywiadu jakiejś postępowej dziennikarce francuskiej z miną, jakby dopiero co ją przeleciał albo zamierzał to zrobić przy pierwszej okazji.
Widząc przewodniczącego, skłonił mu się, ale nie zamierzał przerywać słowotoku. Szwendała przysiadł więc z boczku i udając, że przegląda gazetę, przysłuchiwał się rozmowie.
Hajduk mówił piękną, płynną francuszczyzną wyniesioną z czasów, kiedy był sekretarzem podstawowej komórki partyjnej PZPR przy polskiej ambasadzie w Paryżu. Dorzucał dla ubarwienia narracji gwarowe określenia rodem z paryskiego argotu, owego języka wielkomiejskich kurew i ludowych rzezimieszków. Podkreślał rolę polskiego przełomu dla rozwoju myśli lewicowej, wspominał o perspektywie „trzeciej drogi”, naturalnie bez naruszania status quo w Europie.
Zapytany o rolę Szwendały scharakteryzował go jako dzielnego sankiulotę, którego dziejowa rola, choć owocna, właśnie dobiegała końca.
Dziewczyna miała na końcu języka pytanie, jak może mówić tak ktoś uważany powszechnie za przyjaciela przewodniczącego, w dodatku należący do grona kilkuset wybrańców, którzy trafili do Sejmu kontraktowego jedynie dzięki zdjęciu z przewodniczącym, ale Hajduk ją ubiegł, przechodząc na temat nastrojów społecznych i przyznając, że w czerwcowych wyborach wygrałaby nawet krowa, pod warunkiem że do łaty miałaby przypięty znaczek „Solidności”.
Szwendała przygryzł wąsa. Skądś nasunęło mu się powiedzonko: „Et tu Brute contra me?”, i już miał zamiar skoczyć na profesorka, szarpnąć za jego kozią bródkę i wyrzucić przez najbliższe okno, ale powstrzymała go inna złota myśl:
„Zemsta najlepiej smakuje na zimno!”.
Na następny odcinek zapraszamy jutro o godzinie 17.00


Komentarze
Pokaż komentarze (5)