Marcin Wolski Marcin Wolski
1144
BLOG

Marcin Wolski, "Cud nad Wisłą" – odcinek dziesiąty

Marcin Wolski Marcin Wolski Polityka Obserwuj notkę 1

Z jednym wyjątkiem. Kiedy za kwadrans dwunasta wróciła tamtej soboty z redakcji i przemówiła do męża krótko i dobitnie: „Uciekaj!”.

Ryszard Barczewski rok spędził, ukrywając się w podziemiu. Złapany dał się namówić na wyjazd do Kanady i tam został. W międzyczasie Amelia w swych publikacjach zamieszczanych w „Sołdacie Swobody” wróciła do panieńskiego nazwiska Richter, które tyle zdrowia i niepokojów kosztowało ją podczas czystek roku 1968. Teraz jednak nie miało opozycyjnego nalotu. Była przekonana, że uda jej się wychować syna na swój obraz i podobieństwo. Pomyliła się! A właściwie nie uwzględniła jedynie dwóch elementów. Szkoły i dziadka Ignacego.

Szkoła, śródmiejski ogólniak o blisko stuletnich tradycjach i niezmiennie wysokim poziomie, leżała w fatalnym miejscu. Niedaleko Starówki, Grobu Nieznanego Żołnierza i uniwersytetu, wszystkich tych miejsc, które miały wybitnie zły wpływ na dorastającą młodzież. Tu odbywały się manifestacje, tu składano wieńce podczas źle widzianych rocznic. W latach siedemdziesiątych Kamil był zbyt mały, aby w nich uczestniczyć, ale wystarczająco duży, aby je obserwować.

Miał jedenaście lat, kiedy z gałęzi starego drzewa w Ogrodzie Saskim przyglądał się mszy odprawianej przez polskiego papieża, „Klechy z Wadowic”, jak określała go matka. Chłopak był niewierzący, nawet nieochrzczony, a jednak wezwanie biskupa Rzymu skierowane do Ducha Świętego, aby przybył i odnowił oblicze tej ziemi, zrobiło na nim wrażenie. Podobnie jak śpiewy, które wybuchły: „My chcemy Boga” i „Ojczyznę wolną racz nam zwrócić, Panie”. Przy tym ostatnim zdaniu stracił równowagę i ledwie utrzymał się na gałęzi. Co oni śpiewali?! Polska była przecież wolna. A od 1945 roku wolniejsza niż kiedykolwiek.

Jako dwunastolatek mógł obserwować wybuch „Solidności”, krótki okres euforii , a następnie rosnących podziałów między ludźmi. Kłócili się nie tylko dorośli. W szkole Kamila sporo młodzieży pochodziło z rodzin partyjnych, większość jednak kibicowała „Solidności”. Jego najbliżsi kumple, Andrzej Felgiewicz i Jurek Jarząbek należeli do prorządowej mniejszości. Ojciec Andrzeja, wysoko postawiony urzędas, od najmłodszych lat hodował syna na bezideowego konformistę, za to Jurek był synem pułkownika (dopiero po paru latach dowiedział się, że ten przystojny i małomówny mężczyzna nie jest zwyczajnym milicjantem, tylko oficerem Służby Bezeceństwa). Koleżeństwo i matka z „Sołdata Swobody” nakazywały Kamilowi trzymać z nimi. I bronić przed innymi. Zresztą Jurek świetnie potrafił roztoczyć wokół ich trójki klimat „wtajemniczonych” wiedzących więcej niż zanarchizowana reszta.

Może gdyby ojciec poświęcał mu więcej czasu, Kamil znalazłby się szybciej po drugiej stronie barykady. Niestety w tym gorącym okresie Ryszard praktycznie nie widywał się z synem. Jako aktywista związkowy jeździł po kraju, wspierał zrewoltowane zakłady, gasił dzikie strajki, uczestniczył w komisjach różnego szczebla, a w domu nie odzywał się, żeby nie drażnić matki. Może uważał za oczywiste, że potomek będzie podzielał jego poglądy.

Dwa dni przed 13 grudnia, kiedy to junta generała Karuzelskiego położyła kres okresowi „chaosu i anarchii”, Kamil zapadł na grypę. Jego stan był tak ciężki, że w sobotę 12-go ojciec nie pojechał na obrady krajówki i czuwał przy jego łóżku, zwłaszcza że matka wieczorem pojechała na jakieś pilne zebranie do redakcji.

To, co się wówczas wydarzyło, przeżył na wpół w malignie. Krzyki z pokoju rodziców, walenie do drzwi po północy. Dziwni brutalni faceci buszujący po mieszkaniu... Stres spowodował jeszcze podwyższenie gorączki.

Do zdrowia wracał długo, w łóżku przeleżał całe ferie. Odwiedzający go przyjaciele potwierdzali matczyno-mundurową wizję świata. Jurek twierdził, że zamierzano wieszać partyjnych, a Andrzej utrzymywał, że akcja wojskowej rady uchroniła kraj przed radziecką interwencją.

Od matki dowiedział się, że ojciec związał się z antysocjalistycznymi elementami, które zamierzały dokonywać aktów terroru i wpędzić kraj w wojnę domową. Musiał zresztą pogodzić się z tą wersją, choć jakąś cząstką ego kibicował swemu staremu, życząc mu, żeby go nie złapali.

Sprzeciw wobec jednostronnej wizji świata dojrzewał w nim powoli. Jeszcze w trakcie demonstracji majowych dał się zatrzymać w domu i tylko przez okna dobiegały go odgłosy pękających petard, i wdzierał się gaz łzawiący. Matce nie udało się go upilnować dopiero 31 sierpnia. Poszedł z ciekawości na Stare Miasto i do pewnego czasu odgrywał rolę gapia. Ale kiedy inni chwycili za kamienie... Wrócił zlany wodą ze śladem ciosu pałką i mocno podłamaną wiarą w system sprawiedliwości.

Poza tym jesienią owego niezwykłego roku odkrył dziadka.

To znaczy nie musiał odkrywać. Ignacy Barczewski istniał w jego życiu od zawsze, choć pod koniec lat siedemdziesiątych przestał ich odwiedzać. Matka nazywała go „starym sfiksowańcem”, „wykopaliskiem”, „dinozaurem” lub „anachronizmem” i chroniła przed możliwym zgubnym wpływem swego jedynaka, jak mogła. Na szczęście dziadek mieszkał pod Warszawą, w Otwocku, i to dodatkowo utrudniało kontakty, zwłaszcza gdy Kamil zrobił się na tyle duży, że brodzenie po brudnym Świdrze przestało go interesować. Sam nestor rodziny też niespecjalnie go interesował. Ani ciemny, pachnący grzybem drewniak, ani pouczenia wydawane tonem starego wojskowego nie robiły na nim dobrego wrażenia. Jedyne, co zapamiętał, to niezmienny optymizm starszego pana. „Jeszcze będzie dobrze” – powtarzał przy każdej okazji.

 

Na następny odcinek zapraszamy jutro o godzinie 17.

 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka