Latem 1982 roku umarła siostra babci, bezdzietna wdowa, pozostawiając dwupokojowe mieszkanie na Osiedlu Za Żelazną Bramą. Dziadek przeprowadził się chętnie do Śródmieścia, zwłaszcza że otwocki drewniak został przeznaczony do rozbiórki. I zaraz po przeprowadzce zadzwonił do Kamila, proponując mu, żeby go odwiedzał, kiedy będzie miał czas. Przez cały wrzesień chłopak czasu nie znalazł.
Tymczasem matka, niezadowolona ze szkolnej stołówki, której menu ograniczały przydziały kartkowe, wpadła na pomysł, aby syn przychodził na obiady do budynku redakcji „Sołdata Swobody” przy Grzybowskiej, gdzie z oczywistego powodu jedzenie było znacznie lepsze. Poza tym można było porozmawiać z odpowiednimi ludźmi. W pokojach i na korytarzach wokół ogromnego hallu kłębiło się mnóstwo redaktorów w mundurach, którzy mogliby mieć doskonały wpływ na rozwój umysłowy młodego człowieka. Sama nie indoktrynowała go. Poza obowiązkowymi szkoleniami nie pasjonowała się polityką, uprawiając w „Sołdacie” tak pasjonująca działkę jak „życie rodzin wojskowych”. Najczęściej w „zielonych garnizonach”. Kamil jeździł na te obiady przeważnie autobusem, ale czasami szedł pieszo, obserwując znikające resztki dawnej Warszawy.
Jesienna burza dopadła go pod jednym z gigantycznych prostopadłościanów przy Grzybowskiej. Patrząc na numer, uświadomił sobie, że stoi pod domem dziadka. „A gdyby go tak znienacka odwiedzić?”
Nie minęła minuta, a już żałował swej decyzji. Winda była brudna i pachniała szczynami, jej podłoga wydawała się w każdej chwili grozić zarwaniem, a nim dotarli na dziesiąte piętro, dało się odczuć, że parę razy dźwig miał wielką ochotę się zerwać. Zadzwonił.
– Kto tam? – zadudniło zza drzwi.
– Wnuczek – odpowiedział.
– Nareszcie. Serdecznie zapraszam.
Dziadek Ignacy liczył sobie osiemdziesiąt lat, ale zachował postawę starego szlagona. Z gęstą czupryną i sumiastym wąsem przypominał marszałka Piłsudskiego, którego portret wisiał vis-ŕ-vis wejścia. Ale nie jego zaskakująco dziarski wygląd zaskoczył Kamila. Oto z brudnego PRL-u trafił nieoczekiwanie na jakąś cudowną wyspę Pierwszej, a zarazem Drugiej Rzeczypospolitej – pełną książek, dosłownie niemieszczących się w regałach, tykających zegarów, skrzyżowanych szabel, halabard i bagnetów przywodzących wspomnienie lat przeszłych, a wielkich. Był i Kossak „Ułan i dziewczyna”, i malowidło pokazujące pościg za bolszewikami, i gipsowe figury nadwołżańskich brygadierów przywiezione z Rosji w epoce rewolucji, i cudem zachowane resztki dawnych serwisów... Babcia nie żyła od dość dawna, wszędzie jednak panował zaskakujący porządek, a intrygująca woń starych woluminów zderzała się z dziarskim zapachem wody kolońskiej.
– Aleś ty zmoknięty – powiedział starszy pan, rzucając mu ręcznik i jakąś flanelową koszulę do przebrania. – Ale nie przejmujmy się. Jeszcze będzie dobrze – tu przyjrzał mu się dokładniej i dorzucił: – Masz oczy twego ojca i usta mojej żony. Niezła kombinacja! Cieszę się, że wreszcie znalazłeś trochę czasu dla starego dziada. Napijesz się herbaty, a może zapalisz? – wyciągnął papierośnicę, najwyraźniej go sondując, ale Kamil pokręcił głową. – Czekaj, zgarnę tylko te papierzyska ze stołu.
Ignacy Barczewski zajmował się właśnie odcyfrowywaniem fotokopii jakichś rodowych papierów i jego wnuk ku swemu zaskoczeniu dowiedział się, iż jego rodzina ma korzenie sięgające piętnastego wieku i wywodzi się od jakiegoś bartnika z borów podlaskich, który otrzymał szlachectwo od Władysława Jagiełły.
Kamil dotąd historią interesował się umiarkowanie. Owszem, lubił filmy płaszcza i szpady czy sensacyjne obrazy wojenne, ale za szkolnymi podręcznikami nie przepadał. Sprawy dawno umarłych ludzi zgoła go nie interesowały. Kiedy jednak dowiedział się, że jego imiennik Kamil zginął podczas rzezi Pragi dokonanej przez Suworowa w 1794 roku, a inny uczestniczył w Sejmie Wielkim, baczniej nastawił ucha.
To nie były drętwe dzieje ojczyste opowiadane przez szkolnego historyka o aparycji spoconego kreta, ale jego własna genealogia. Trzeba przyznać, że dziadek nie usiłował go indoktrynować na siłę. Był niezłym pedagogiem, a widząc, że rybka połknęła haczyk, nie czynił niczego, co mogłoby sprawić, żeby nawiązany kontakt z wnukiem uległ przerwaniu. W dodatku wciągając go do współpracy w charakterze historyka detektywa, sprawił, że Kamil zdobywał wiedzę sam i poddawał ją krytycznej obróbce. Metoda okazała się dobra. Tym bardziej że nie skończyło się na jednym spotkaniu. Kamil zachodził do dziadkowej enklawy często, a potem coraz częściej. Pochłaniał pożyczane książki. Czasu mu nie brakowało.
Na następny odcinek zapraszamy jutro o godzinie 17.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)