W niedzielę w Kościele katolickim w Polsce odbywa się liczenie wiernych. Wyniki tegoż liczenia mają na celu zbadanie niedzielnych praktyk religijnych Polaków. Zachodzi tylko jedno pytanie: Po co to wszystko?
Niedzielny poranek. Niewielka, czteroosobowa rodzina wybiera się do kościoła. Wybiera się tam ze względu na swoją wiarę, na swoje przyzwyczajenia. Nieważne czy plasują się oni do grupy niewierzących praktykujących, ważne, że są. Czy o to właśnie chodzi Kościołowi? Czy chodzi o to by było nas jak najwięcej, a tak naprawdę tylko ¼ z nas wiedziała dokładnie co robi w niedzielny poranek wśród tłumu, jak tu ujmie nastolatek, „moherowych beretów”? Kościół każdego roku po przeprowadzeniu takiej „listy obecności” narzeka. Przez najbliższy tydzień dochodzą do nas wzmianki z radia, telewizji, gazet, o tym jaki nasz naród jest leniwy, o tym, że tyle z nas pozapisywanych jest do parafii, a tak niewielu z nas do nich uczęszcza.
Według mojego skromnego zdania takie sprawdzanie to absurd. Kościół powinno interesować zaangażowanie wiernych, a nie ich bierny pobyt przez godzinę w kościele z telefonem komórkowym pod ławką. Tak więc sprawdzanie obecności pozostawmy placówkom szkolno-wychowawczym, bo jeśli tak dalej pójdzie w kościele będą zaznaczać nam spóźnienia, a na koniec roku liturgicznego wyliczać średnią.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)