Na łamach "Rzeczpospolitej" ukazała się recenzja Piotra Gontarczyka Biografia niedopowiedzialna książki Pawła Zyzaka o Lechu Wałęsie.
Jest ona niezwykle agresywna i co ważne, w wielu miejscach, w częsci lub nawet całkiem bezzasadna.
Pan Gontarczyk, w swoim tak ostrym ataku na Zyzaka, że wyglada na to iż powodowany jest przede wszystkim wielką zawiścią do Zyzaka za "podebranie" tematu, sam popełnia sporo istotnych błędów, równie znacznych jak zarzucane Zyzakowi.
1. Błędna jest jego tak wielka dyskredytacja ustnych "relacji o osobach publicznych składanych po kilkudziesięciu latach", powiększona - jak stwierdza - po tym jak na spotkaniu w Gdańsku jakaś osoba "krzyczała na sali, że były przywódca „Solidarności“ jest bez wątpienia wieloletnim agentem NKWD".
Wygląda na to że pan Gontarczyk ma problem z odróżnieniem informacji od opinii.
Bo owo wykrzyczane przekonanie że Wałęsa jest "bez wątpienia wieloletnim agentem NKWD", nie jest relacją, a tylko opinią wyrażoną przez ową osobę, zapewne próbującą w ten sposób wyjaśnić przyczyny takiego a nie innego zachowania Wałęsy na przestrzeni ostatnich 30-40 lat.
Pan Gontaryczyk kompromituje się też twierdząc, że "historię tę mogę opowiadać jako swoiste kuriozum, ale nigdy nie przeniósłbym jej do żadnej książki o naukowych aspiracjach", jako że wbrew temu co pisze, historyk, by być rzetelnym i uczciwym musi o takiej opinii w pracy naukowej o Wałęsie wspomnieć, a następnie przedstawić wszelkie informacje jakie na ten temat zebrał i naświetlić z czego może wynikać taki pogląd.
Trzeba umieć oceniać wiarygodność relacji, a nie uznawać z góry wszystkie takie relacje za mniej wiarygodne niż dokumenty archiwalne. Bywa, że jest dokładnie odwrotnie, że właśnie tylko relacja ustna jest wiarygodna, trzeba tylko umieć to ocenić.
2. Wręcz żenujące jest dezawuowanie przez pana Gontarczyka wiarygodności "politycznych przeciwników" Wałęsy, a to: Andrzeja Gwiazdy, Krzysztofa Wyszkowskiego i Anny Walentynowicz.
Przekonanie pana Gontaryczka, że powoływanie się na przekazy tych osób kompromitują warsztat naukowy pana Zyzaka wskazuje na braki warsztatowe, ale pana Gontarczyka. To że relacje tej trójki "mogą być nacechowane emocjami", nie oznacza że nie przedstawiają prawdziwych informacji, zwłaszcza gdy np. dowiemy się, że dokładnie to samo głosili lat temu 30, ale tylko w wąskim gronie by nie szkodzić "sprawie".
3. Bardzo "niskiego lotu" - a nawet wręcz dyskredutyjący pana Gontarczyka jako rzetelnego recenzenta - jest jego "dowcip", że pan Zyzka czerpie wiedzę z relacji "czasem kilku wsi chyba zwoływanych przez niego na wiecach" i jako dowód podaje „relacja mieszkańców Popowa, Sobowa i Chalina“. Każdy rozumny czytelnik wie doskonale i jednoznacznie o co chodzi w sformułowaniu użytym przez pana Zyzaka, i czepianie się tego jest żenujące. Podobnie jak użyte przez pana Gontarczyka sformułowanie o "nadmiernych urologicznych pasjach pana Zyzaka".
Śmieszna jest też pretensja, że źródła relacji ustnych ("tych bardzo negatywnych dla obrazu późniejszego przywódcy „Solidarności“") wykorzystanych przez pana Zyzka są panu Gonataryczkowi nieznane, bo to przecież nie znaczy - jak chciałby pan Gontarczyk - że one nie istnieją. Zwłaszcza że wobec tego co się dzieje w Polsce, w pełni zrozumiałym jest ukrywanie ich w tajemnicy. Kto chciałby narazić się jakiś proces sądowy, gdzie przecież nie da się udowodnić, że to co się widziało to prawda, albo na "bliskie spotkanie trzeciego stopnia z nieznanym sprawcami"?
4. Pan Gontarczyk, kompromituje się też - jako historyk- sformułowaniem "na temat rzekomego nieślubnego dziecka Wałęsy". Bo oznacza ono, że takiego dziecka nie było. Na jakiej podstawie pan Gontarczyk tak twierdzi? Czy przeprowadził stosowne badania by tak twierdzić, czy jest to tylko gołosłowna wypowiedź?
Dodam, że o istnieniu nieślubnego dziecka Wałęsy w "S" mówiono już w 1980 r.
5. Śmieszne jest też dyskredytowanie wartości relacji o zachowaniach Wałęsy w młodości, jak np. tej o piciu piwa pod sklepem. To że pan Zyzak usłyszał relację na ten temat z drugiej ręki (o czym jak wynika z recenzji pana Gontarczyka wyraźnie napisał), nie oznacza iż jest ona nieprawdziwa.
Podobnie też zdumiewające jest negowanie wartości innych "podanych przez Zyzaka informacji na temat młodzieńczych lat późniejszego przywódcy „Solidarności“, dotyczących jego kradzieży, udziału w rozróbach, pobicia nauczyciela czy rzekomego nasikania przez młodego Wałęsę w kościele do kropielnicy". Na jakiej podstawie pan Gontarczyk je neguje?
Mnie takie krytykowanie pana Gontarczyka dziwi dodatkowo o tyle, że o takich "przygodach" Wałęsy w młodości słyszałem już w 1980 r.
Gołosłowny jest też zarzut Gontarczyka, że Zyzak w opisie młodzieńczych lat Lecha Wałęsy, podał wiele bardzo negatywnych dla Wałęsy informacji "na podstawie anonimowych i niesprawdzonych źródeł". Na jakiej podstawie pan Gontarczyk twierdzi że nie są to źródła niesprawdzone? Zbadał je by tak orzec? I powtórzę, że to iż Gontarczyk tych źródeł nie zna, nie znaczy że są niewiarygodne. A przez zachowanie anonimowości, osoby te mogą one być znacznie bardziej wiarygodne niż znane mu z imienia, bo nie obawiają się mówić znanej sobie prawdy, tak niemile widzianej przez Gontarczyka.
6. Śmieszne też jest doszukiwanie się błędu w stwierdzeniu pana Zyzaka, "że po 1956 r. w Polsce rozpoczęła się „nieśmiała dekolektywizacja“", i pytanie: "A kiedy w Polsce mieliśmy „śmiałą kolektywizację“?".
Widać że nie mając argumentów, pan Gontartczyk po prostu "czepia się". Pokazują to i inne jego pretensje do pana Zyzaka, jak np. o to iż o pamiętnikach Rakowskiego napisał „przed publikacją zostały zapewne objęte odpowiednią autocenzurą, co w tym wypadku oznacza, że co bardziej kompromitujące informacje zostały raczej usunięte niż zniekształcone“, bo nie przedstawił on na to dowodów.
Nie podoba mu się też to iż Zyzak informując o zakupie przez Wałęsę na początku lat 70. fiata 126p, pisze następnie że„Henryk Lenarciak tłumaczy, że w celach werbunkowych SB obiecywała stoczniowcom załatwienie samochodu czy mieszkania“. Choć przecież nabycie przez Wałęsę w tamtym czasie samochodu, wydaje się być elementem doskonale pasującym do całej układanki i to już jest wystarczają poszlaką do takiego powiązania tych zdarzeń.
Z jednym stwierdzeniem pana Gontarczyka można w pełni się zgodzić: "Jest rzeczą oczywistą, że historyk winien dążyć do wyłączenia własnych emocji i opisywane fakty traktować uczciwie, zgodnie z kanonami naukowego rzemiosła", ale niestety sam pan Gontarczyk zapomniał całkiem o tej zasadzie przystępując do pisania recenzji z książki pana Zyzaka, i chyba zaślepiony zawiścią do niego, napisał tak nierzetelny w całej swojej wymowie tekst.
I parafrazując recenzenta:
"Ta recenzja Gontarczyka jest jego porażką i prawdopodobnie również – w świecie nauki i życiu publicznym – klasycznym harakiri. Recenzja jest zła i szkodliwa także dla polskiej historiografii, bo zwolennikom wolności badań naukowych wyrządza niedźwiedzią przysługę. Ich przeciwnicy wezmą recenzję Gontarczyka i będą triumfalnie pokazywać, że tu nie o żadną prawdę historyczną chodzi, tylko o dokopanie Zyzakowi. Ja się na taką naukę, jaką zaprezentował Gontarczyk, zwyczajnie, po ludzku, nie zgadzam. Lech Wałęsa to postać skomplikowana i ciekawa. Jakkolwiek by oceniano jego polityczną biografię, to trzeba zachować rygory naukowe i niezbędną dozę obiektywizmu. Cokolwiek byśmy o nim sądzili, na traktowanie a la Gontarczyk recenzent po prostu nie zasługuje".


Komentarze
Pokaż komentarze (15)