Ekonomiści i analitycy zwykli używać barwnego opisu stanu światowej gospodarki przyrównując ją do czterosilnikowego samolotu, w którym tylko jeden silnik działał sprawnie. Miała to być gospodarka USA.

Jednak w I kwartale i ten „motor” zawiódł, bo jak się okazuje amerykańskie PKB wzrosło w tym okresie zaledwie o 0,2 proc, a więc niemal stoi w miejscu! Gdyby trzymać się przemawiającego do wyobraźni porównania z samolotem - teraz już bez napędu i noszenia - to czeka nas nieunikniona katastrofa.

Tym bardziej, że w coraz większe kłopoty gospodarcze uparcie brną Chiny (drugi silnik). Spada eksport i import. Na rynku wewnętrznym rosną napięcia w sektorze bankowym i budowlanym spowodowane pęknięciem bańki na rynku nieruchomości i upadkiem dużej państwowej firmy deweloperskiej. Na dodatek bank HSBC przestrzega przed dalszym spowolnieniem w przemyśle, na co wskazuje ogłoszony właśnie wskaźnik PMI na poziomie 48,9 (zamówienia w przemyśle, poziom 50 to granica między spowolnieniem a wzrostem), najniższym od kwietnia ubiegłego roku. W przypadku Chin ekonomiści zwykli używać innego przyprawiającego o dreszcz porównania rodem z aeronautyki, przepowiadając „mięknie lądowanie” bądź „krasz” (brzmi okropnie nawet bez znajomości angielskiego).

W strefie euro (trzeci silnik) bez zmian i bez wzrostu gospodarczego, choć z jednym wyjątkiem – pączusia opływającego w europejskim maśle, czyli Niemiec. Ci podtrzymują popyt na swoje towary w strefie euro poprzez zgodę na dodruk pieniądza i szczodrobliwość Deutsche Banku wobec siostrzanych banków centralnych. Podczas, gdy niemal wszyscy partnerzy ze strefy euro popadają w coraz to większe długi (efekt deficytu handlowego), Niemcy w 2014 roku odnotowały prawie 300 miliardów nadwyżki w handlu zagranicznym. Czwarty silnik światowej gospodarki, Japonia, trochę jak strefa euro w przypadku Niemiec, chroni swoje konglomeraty przemysłowe poprzez dodruk pieniądza i permanentne osłabianie lokalnej waluty, jena. Mimo to, tak jak Europa cierpi na chroniczną deflację i brak wzrostu.

Aby urealnić nieco obraz tego, co ma miejsce tu i teraz na świecie, wart wspomnieć o „piątym” silniku, z którego od dawna wydobywa się smuga dymu i buchają płomienie ognia. To poszerzająca się strefa wojny, upadku i uciekinierów, a więc kraje Północnej Afryki, Bliskiego Wschodu, Azji Środkowej, ale też Rosja i Ukraina - zaraz za polską granicą. Trudno tym razem odpowiedzialnie szacować straty przeliczając je na spadki PKB, gdy w grę wchodzi destrukcja, ludzkie tragedie i śmierć.

Gdy nakreśliliśmy obraz światowej gospodarki, pora zadać tytułowe pytanie: „Gdzie ucieka kasa w światowym systemie finansowym?” Dziś jest ono jak najbardziej zasadne. Dotąd globalnymi finansami kierowały pewne reguły. Jedną z nich, która zadawała się racjonalnym mechanizmem, była swoista równowaga między rynkiem długu w USA i w Europie. Z reguły, gdy rentowność amerykańskich obligacji (w dolarach) rosła, to rentowność europejskich obligacji (w euro) spadała i na odwrót, co łatwo można było tłumaczyć przepływem kapitału spekulacyjnego z i do USA, z i do strefy euro.

Dziś świat finansów konfrontuje wzrost kosztu pieniądza i długu zarówno w USA jak i Europie. Nie wróży to dobrze, bowiem kapitał traci miejsca gdzie dotąd znajdował spokojną przystań. Inwestycje na rynku akcji przy obecnych poziomach zadłużenia (zarówno zadłużenie suwerenne jak i korporacyjne) i przy jednoczesnym wzroście kosztu długu też okaże się niezwykle ryzykowne. One to ratowały dotąd globalną gospodarkę przed zapaścią. Ich pompowana wraz z dodrukiem pieniądza wartość dawała iluzoryczne poczucie przezwyciężenia kryzysu. Wzrastająca na papierze wartość akcji była też zgubnym uzasadnieniem coraz to większych lewarów z rynku długu i nieogranicznego rozrostu rynku instrumentów pochodnych. Cała ta budowla przy wzrościa kosztu pieniądza i długu zawali się jak domek z kart. Wzrost rentowności obligacji państwowych w strefie euro, mimo dodruku 60 miliardów euro miesięcznie przez EBC, należy odczytywać jako przestrogę, by nie powiedzieć, zapowiedź kolejnej fazy kryzysu, który wciąż nie przerwanie trwa.

Geopolityczne postscriptum

Jakby tego było mało, centralną rolę w gospodarce gra obecnie stara i złowieszcza geopolityka. Mamy do czynienia z sytuacją, gdy podtrzymywanie gospodarczych trupów, jak na przykład Grecja w strefie euro, zdaje się decyzją czysto polityczną i z punktu widzenia finansów krańcowo nieracjonalną. Stąd pro-rosyjska retoryka rządzącej Syrizy, która szantażuje partnerów ze strefy euro i Niemcy podbiciem geopolitycznej stawki. Podobnie, w piętkę goni Rosja licząc na kooperacje Turcji w budowie gazociągu okrążającego Ukrainę kosztem dziesiątek miliardów dolarów.

Turcja, bowiem wobec ekspansji Rosji w basenie Morza Czarnego, zwąchiwania się Rosji z Grecją, jak i napięcia między Armenią a Azerbejdżanem, może czuć się równie zagrożona imperializmem Putina jak… Polska. Ale geopolityka to odwieczny „temat bez końca” od Azji Środkowej po Chiny, Morze Chińskie aż po USA. Gdy zajmuje centralne miejsce w gospodarce, kończy się zwykle pożogą wojenną i „resetem” długów. Stąd tytułowe pytanie pozostanie póki co bez odpowiedzi…