Szokuje mnie brak wiedzy historycznej młodych Polaków. Nawet rozumiem, że nie "czują bluesa", gdy toczy się dyskusja na temat PRL-u, komunizmu czy SB. Skoro nie mają własnych doświadczeń z tym systemem, skoro w domu nikt z nimi na ten temat nie rozmawia, skoro nie czytali "Innego Świata" Herlinga Grudzińskiego czy "Archipelagu Gułag" Sołżenicyna, a nawet "Małej apokalipsy" Konwickiego, to skąd mają wiedzieć, że system komunistyczny był znacznie bardziej nieludzki niż faszyzm i pozbawił życia w sumie znacznie więcej ludzi niż III Rzesza i inne państwa faszystowskie razem wzięte.
Skąd młodzi ludzie mają np. wiedzieć, że tak zwana destalinizacja oznaczała co prawda zmianę liczby ofiar śmiertelnych systemu, ale nie zmianę jakościową. Po roku 1953, komuniści nie zakopywali już w ziemi żywcem swych ofiar, by je po kilkunastu minutach wykopać, a po paru minutach znowu zakopać, i tak aż do śmierci człowieka. Dostosowali się do epoki. Za Chruszczowa czy Gomułki dysydentów nie umieszczano już w specjalnych komorach, w których wzrastała temperatura do momentu, gdy krew zaczynała wypływać z ciał. Nie owijano już szczelnie ciała mokrym płótnem żaglowym, które wysychając ściskało tak mocno ofiarę, że traciła przytomność.
Stosowano bardziej subtelne metody. Dysydentów zamykano w klinikach psychiatrycznych i faszerowano ich psychotropami. Jednym z takich "pacjentów" jest np. Władimir Bukowski. Ciekawe, ilu spośród czytelników Wiadomości24.pl czytało jakąś książkę Bukowskiego?
W latach 30. "postępowi" intelektualiści zachodni, którzy odwiedzali Związek Sowiecki, nie zauważali milionów ofiar śmiertelnych głodu na Ukrainie. Po powrocie do Francji czy Anglii pisali o postępie cywilizacyjnym ZSRR. Jeden z czołowych polityków brytyjskiej Partii Pracy, Harold Laski oświadczył w roku 1934, po wycieczce do ZSRR: "Nigdy w historii człowiek nie osiągnął takiej doskonałości, jak w państwie sowieckim...", zaś Bernard Shaw - w czasie wielkiego głodu na Ukrainie - stwierdził: "Nigdy nie jadłem tak dobrze, jak podczas podróży po Związku Sowieckim... Jutro opuszczam tę ziemię nadziei i powracam na Zachód, gdzie króluje beznadzieja".
Już Lenin mawiał o lewicowej inteligencji zachodniej, iż to "użyteczni idioci", którzy są gotowi sprzedać Sowietom sznur, na którym zostaną przez bolszewików powieszeni. Sartre, jeden z najwybitniejszych umysłów Europy także w pewnym momencie należał do tej grupy! W latach 70. i 80., liberalna inteligencja niemiecka uważała stan wojenny w Polsce za wewnętrzną sprawę bloku sowieckiego, a kanclerz Schmidt obściskiwał się z Breżniewem, gdy Polacy byli pałowani na ulicach. Dzisiejsza ignorancja historyczna młodych Polaków kojarzy mi się z wyobrażeniami inteligencji zachodniej na temat komunizmu.
Twierdzę, iż niemożliwe już jest nauczenie młodych Polaków historii, skoro połowa społeczeństwa (w tym także ci, którzy żyli w PRL-u) uważa stan wojenny za słuszny wybór (mimo że dostępne są dokumenty, świadczące, że Sowieci nie mieli zamiaru wkraczać wówczas do Polski). Z wypowiedzi młodych ludzi wynika, że poziom nauczania historii po 1989 roku jest tak zastraszająco niski, iż wytłumaczalna jest wypowiedź na temat "moralnego prawa esbeków do obrony demokracji", cytowana na początku tego tekstu. Na zdjęciu tu prezentowanym widać podręcznik historii dla liceum ogólnokształcącego ze stroną, poświęconą słynnym procesom moskiewskim. W podręczniku tym zacytowano fragment mojej pracy pt. "Z historii czerwonej dyktatury 1917-1953", wyd. w 1989 r. Cytat liczy tylko 6 zdań.
Gdy na początku lat 90. wykładałem politologię na Uniwersytecie Gdańskim, odwiedzałem czasem Andrzeja Gwiazdę, legendę polskiego Sierpnia (ale kto go dzisiaj pamięta!) i widziałem, jak przymiera głodem. W tym samym czasie sędziowie sądów wojskowych, którzy skazywali na śmierć wielu polskich patriotów po wojnie, pobierali wielotysięczne emerytury. Anna Walentynowicz (ciekawe, ilu czytelników wiadomości24.pl wie, kto to jest?) nie miała pieniędzy na lekarstwa. Czyż po 1989 roku nie zafundowaliśmy sobie orwellowskiego modelu - wszystko jest dokładnie odwrotnie, jak być powinno.
Teraz, po kilkunastu latach, ktoś w końcu chce zredukować emerytury esbekom. Ci, którzy sami nazywają się "lewicą" (a faktycznie nią nie są, gdyż - jak wiadomo od Oleksego - mają ubogich w "d...e") podnoszą larum, że to sprzeczne z Konstytucją, którą wcześniej sami (no może nie sami, lecz z pomocą obozu Mazowieckiego i Geremka) uchwalili. Ustawa może wejdzie w życie. Następnie zakwestionuje ją Trybunał Konstytucyjny. A esbecy będą śmiać się w twarz takim ludziom, jak Gwiazda i Walentynowicz.
oryg.w:W24



Komentarze
Pokaż komentarze (24)