Pośród niesnasków Pan Bóg uderza
W ogromny dzwon.
Dla Słowiańskiego oto Papieża
Otwarty tron.
(...)
Twarz jego, słońcem rozpromieniona,
Lampą dla sług,
Za nim rosnące pójdą plemiona
W światło - gdzie Bóg.
Na jego pacierz i rozkazanie
Nie tylko lud -
Jeśli rozkaże, to słońce stanie,
Bo moc - to cud.
(...)
On rozda miłość, jak dziś mocarze
Rozdają broń,
Sakramentalną moc on pokaże,
Świat wziąwszy w dłoń.
Juliusz Słowacki (fragmenty)
Jan Paweł II zawsze był dla nas Polaków bardzo ważny, ale aż do momentu, kiedy zaczął odchodzić nie zdawaliśmy sobie sprawy jak bardzo. To, co się działo z nami w pierwszych dniach kwietnia 2005 roku, nie można nazwać inaczej jak wielką przemianą. W dniach, kiedy nasz kochany Ojciec Święty przechodził z życia do życia, cały naród jednoczył się. Coś takiego chyba się już za naszego życia nie powtórzy. To był czas smutku, ale jednocześnie wielkiego uniesienia, w tych pamiętnych dniach wszyscy byliśmy braćmi, po prostu Polakami. To była ta chwila w historii, kiedy wszelkie spory, polityka, wszystko to, co nas dzieli, nie miało znaczenia, wszyscy razem wiedzieliśmy, że straciliśmy kogoś najważniejszego - Ojca Narodu. Dorośli ludzie nie wstydzili się łez, wszyscy byliśmy dla siebie dobrzy i wyrozumiali, mieliśmy wielkie poczucie narodowej wspólnoty. To był niezapomniany, błogosławiony czas. Aż się nie chce wierzyć, że to było możliwe, a jednak tak było i dane nam było to przeżyć.
Czuliśmy ogromną stratę, zadawaliśmy sobie pytanie, co my teraz zrobimy, zostaliśmy sami, jak sieroty, jak my teraz dalej będziemy żyć?
Wielu z nas zdawało sobie sprawę, że jedyną sensowną odpowiedzią na śmierć Ojca Świętego musi być radykalna zmiana naszego życia.
Czy teraz po dwóch latach możemy powiedzieć, że jesteśmy lepsi, że coś w nas pękło, że się przełamaliśmy, że życie i śmierć największego z Polaków miało sens?
Wiem, można mieć wątpliwości. Wiem, że wielu już zapomniało, co wtedy czuło, wiem, że nasi politycy zmarnowali, może największą z szans na dobrą koalicję, zdolną naprawdę zmienić nasz kraj, wiem, że nasze wady narodowe znowu okazały się silniejsze niż nadzieja.
Ale w takich dniach jak dzisiaj, kiedy przywołujemy w pamięci tamte dni, odżywa we mnie tamta nadzieja. Kiedy wystawiam trochę głowę, z tego naszego ogólnonarodowego bajorka, w którym z taką lubością się taplamy, kiedy myśli wzlatują do spraw najważniejszych, to dociera do mnie, że jesteśmy dopiero na początku drogi. Widzę wtedy, że jestem zbyt niecierpliwy, że potrzeba dużo więcej czasu, może całych pokoleń, żeby nasz naród doświadczony przez zabory, zniszczony przez wojny i przeczołgany przez lata komunizmu znowu stał się prawdziwą wspólnotą. Ale ziarno zostało zasiane i będzie wzrastać, już kiełkuje. W rok po tamtych pamiętnych wydarzeniach urodził się mój pierworodny syn, daliśmy mu na chrzcie imiona Jan Paweł. On też należy do pokolenia JP2. Będziemy go wychowywać na tych wartościach, których nauczał nasz ukochany Ojciec Święty. Mam nadzieję, że jak dorośnie, to Polska, świat cały, w którym przyjdzie mu żyć będzie dużo lepszy, niż jest teraz.
Tylko od nas tylko zależy, jaki świat zbudujemy naszym dzieciom, więc niech każdy zacznie od siebie samego, każdy z nas ma swoje własne Westerplatte, którego powinien bronić.


Komentarze
Pokaż komentarze