Blog
Za Mostem Uniwersyteckim
Człowiek zwany Ickiem
Człowiek zwany Ickiem leszcz polityczny
0 obserwujących 12 notek 6746 odsłon
Człowiek zwany Ickiem, 16 listopada 2009 r.

Dwulatka! Dwulatka!

 Premier występował dzisiaj w jakimś programie na tvn24. Był niezwykle spokojny i opanowany, schludny i elegancki i właściwie brakowało mu tylko filiżanki z tea aby być prawdziwym gentleman. Siedział więc wyprostowany, choć jakby lekko zgarbiony, i mówił dużo i mogło się wydawać, że mądrze o dobrym rządzeniu. Gdyby miał parasol, a stał niestety zbyt daleko od łóżka, mógłbym w tej nadmiernej uprzejmości poczuć się jak englishman in Poland.

 
Bo co by nie mówić, to nasz premier maniery ma całkiem niezłe! Nie to co minister spraw zagranicznych, który czasem chlapnie coś o dobijaniu watah, nie to co niektóre panie minister rzeczowo nakazujące spierdalać. Czy wypierdalać? Już nie pamiętam przyćmiony słońcem Tatr. Premier jest zmęczony, to widać, i jak można wyczytać z jego przesłania, rządzenie wcale nie jest tym co go kręci. Ba! Wręcz przeciwnie, nasz Premier poświęca się dla dobra Państwa i sprawuje sprawiedliwe rządy nad wieloma rodzinami, zupełnie jak mawiał Bodin.
 
Premier ocenił sam siebie na czwórkę. Nie wiem czy kierowała nim skromność czy może oko dostrzegające to, czego zwykły leszcz nie dojrzy. Jednak zupełnie jak Prezydent czy Marszałek Sejmu czy wielu innych polityków, tak samo nasz Premier czuje się prawdziwym Mężem Stanu, inkarnacją Piłsudskiego, Ghandim polskiej sceny politycznej. Gdyby włożył suknię mógłby przypominać Dalajlamę lub Margaret Tchatcher (cholera, ona chyba sukni nie nosiła?). No ale nie umierajmy już w zachwycie! 
 
Z pewnością do wad naszego słońca Tatr należy zbyt rozbudowany moduł głosowy. Premier lubi mówić dużo o tym co powinno być, ba, powinność to jego konik. Być może byłby nawet całkiem niezłym uczniem Husserla, pierwszym ontologiem Rzeczypospolitej, który gdyby nie fakt, że życie ciężko doświadczyło go urzędem premiera. Pisywałby znakomite i znane na całym świecie rozprawy o bycie i nie-bycie. Z drugiej strony zawsze może sięgnąć po pióro i napisać coś o bycie swoim Premiera (np. „Ja, Premier”) oraz nie-bycie politycznym Grzegorza Schetyny, który stając na czubkach palców ledwo wygląda zza politycznych pleców Donalda Tuska. Premier mówi więc pięknie o autostradach, zarobkach i wynagrodzeniach, snuje niesamowitą baśń o państwie dobrobytu, miłości i wzajemnego szacunku. Jest jakby Brzechwą, podczas gdy bracia Kaczyńscy to zaiste bracia Grimm, których wizja jest mroczna i straszna, w których oczach i nawet najbardziej sprawiedliwy w końcu umrze zadeptany przez siły zła i ciemności. Z jednej więc strony ciągła gadanina Premiera może lekko przyprawić człowieka o mdłości, z drugiej zaś tak jakby lżej oglądać jego wystąpienia i mowy do narodu. Trudno więc koniec końców stwierdzić, czy dla takiego leszcza jak ja, to ciągłe zaciemnianie obrazu jest faktycznie tak złe. Wszak Premier jest jakby bardziej przyjazny.
 
Nie rozpatrzywszy więc czczej gadaniny, warto znęcać się nad premierem jeśli chodzi o prywatyzację. Wszak to senne marzenie każdego liberała miało ruszyć jak rozpędzony furiat wraz z objęciem rządów przez nową ekipę. Spółki Skarbu Państwa miały przestać być spółkami Skarbu Państwa, miały rozpocząć nowy, lepszy żywot w rękach prywatnych inwestorów. Premier więc przemierzał pustynie, oceany i morza, szukając inwestorów w krajach niezwykle egzotycznych lecz z natury swojej sojuszniczych wobec Polski. Ta piękna i kolorowa bajka skończyła się jak skończyła i tutaj można postawić jednoznaczny minus, wielki minus tego rządu. Nieudolne próby sprzedania, dojenie KGHMu, tworzenie z tych spółek zaplecza ekonomicznego państwa – to wszystko była niezwykle antyliberalne. Jak gdyby Premier do końca nie mógł zrozumieć swojej natury.
 
Drugim pełnym minusem jest to, jak Premier dobierał sobie Ministrów Sprawiedliwości a zwłaszcza próba wizerunkowego zagrania panem Czumą. Trudno było się spodziewać, że będzie on dobrym fachowcem, jednak najbardziej przerażające jest to, że okazał się fatalnym zarządcą. Jedno z najbardziej kluczowych ministerstw zostało oddane w ręce człowieka, który o prawie nie miał najmniejszego pojęcia, człowieka, który rzucił swój wielki autorytet na głębokie wody polityki i stracił w dużej mierze to, na co pracował latami swojego życia. Smutne ale i prawdziwe.
 
Tak samo jak i smutny i rozczarowujący jest minister Sikorski. Medialny showman budujący pozycję wpływowego na zachodzie człowieka, okazał się być tylko pionkiem w grze wielkich. I nie mówię tutaj o linii politycznej rządu, bo akurat w dziedzinie stosunków międzynarodowych cieszy jej ostrożne wyrachowanie, ale o tym, jak znajomości ministra Sikorskiego okazały się złudne gdy przyszło rozmawiać o tarczy czy o kilku innych rzeczach. Zaraz obok ministra Czumy jest to z pewnością ogromne rozczarowanie. 
 
Moim osobistym rozczarowaniem okazał się również minister którego niezwykle lubiłem – minister Drzewiecki. Najsympatyczniejsza ta postać w rządzie ministra Tuska z niewiadomych dla postronnego obserwatora przyczyn (przecież ten człowiek do najbiedniejszych nie należał) uwikłała się w dziwną grę, która skończyła się dymisją. A minister Drzewiecki miał w sobie to coś – wulgarny dowcip, krótkie, cięte zdania i pewnego rodzaju charyzmę. Kolejne dwa lata mogły dać dużo dla sportu w Polsce, ale nie ma co gdybać – minister zgasł i odszedł w niebyt jak wielu przed nim i pewnie wielu w przyszłości.
 
Ale są też zalety, prawdę powiedziawszy pisząc ten tekst nie spodziewałem się, że zalet będzie znacznie więcej niż wad. Dlatego nie będę się o nich rozpisywał zbyt długo, aby nie zakłócić proporcji całej obserwacji. Ale nie sposób pominąć zaletę numer jeden – ministra Rostowskiego. Jak to określiła pewna znana mi osoba, minister Rostowski ma to do siebie, że „nie słucha się nigdy ekspertów, co jest najbardziej czarujące”. Minister ma swoje zdanie i swoją opinię, jest twardogłowym liberałem i pewnego rodzaju tyranem czy dyktatorem budżetowym, ale właśnie to, w połączeniu z całkiem mądra polityką na dobę kryzysu, czyni go człowiekiem interesującym i wartym wysokiej oceny.
 
Problemy mam za to ogromne z osobą minister Kopacz. Jeszcze kilka tygodni temu umieścił bym ją w pierwszej trójce najbardziej nieudolnych ministrów tego rządu. Dzisiaj jednak muszę rozgraniczyć tę ocenę – pani minister z pewnością była niezwykle nieudolna jeśli chodzi o reformy służby zdrowia za co dla całego rządu należy się minus, jednak w kluczowym momencie pokazała, że jest poza sferami interesów koncernów farmaceutycznych i stanęła na stanowisku lekarza, nie zaś polityka. To jest ogromny plus. Koniec końców trudno powiedzieć aby się to równoważyło – raczej należy to potraktować jako dwie zupełnie osobne oceny.
 
Plusy są jeszcze inne – od Orlików po budżet, od polityki wewnętrznej po międzynarodową. Jednak nie zmienia to faktu, że koniec końców ocena dla rządu to trzy w skali od dwóch do pięciu. Gdyby oceniać rząd przez kontrast poprzedników, wtedy miałbym pewien problem. Otóż rządy Marcinkiewicza a potem Kaczyńskiego zdały na cztery plus a może nawet i pięć egzamin z gospodarki. I nie mówię tu o dobrej koniunkturze, tylko o fakcie, że wykorzystały ją fantastycznie. Ograniczanie deficytu budżetowego, ograniczanie socjalnych aspektów państwa, stawianie na rozwój i inwestycje. Z tymże trudno wystawić jakąś miarodajną ocenę, kto był w dziedzinie gospodarki lepszy, dzisiaj bowiem mamy kryzys i słuchając propozycji Kaczyńskiego można odnieść wrażenie, że znów wchodzi w buty populisty. Coś mi jednak mówi, że gdyby nadal był u władzy, zachowałby się jednak podobnie do Tuska. Dlatego też za gospodarkę Kaczyńscy otrzymują 4,5, zaś Tusk z pewnym wahaniem jednak tylko 4,0. Dlaczego? Otóż Kaczyński miło zaskoczył i gdyby nie pewne, bardzo drobne niedociągnięcia jak becikowe, byłoby 5,0. Tusk zaś trochę rozczarował – miało być liberalnie a jest statycznie.
 
Polityka prawna też jest niejednoznaczna. Ogólnie minister Ziobro był pewnym dużym nieporozumieniem, podobnie jak minister Czuma. A jednak minister Ziobro wprowadził znane nam „szybkie” sądy oraz rozpoczął drogę do wprowadzenia elektronicznego dozoru wykonywania kar, zaś za Tuskowych ministrów mamy chwalebne i długo oczekiwane rozdzielenie prokuratora generalnego od ministra sprawiedliwości. 4,0 dla Kaczyńskiego i 4,0 dla Tuska. 
 
Polityka międzynarodowa to najsłabsza strona obu rządów, jednak mając na uwadze wspomnienie minister Fotygi, nie waham się bez długiego zastanowienia wystawić 3,0 Kaczyńskiemu i 4,0 Tuskowi. Mogłoby być spokojnie 4,5 dla Tuska gdyby nie przereklamowany jak margaryna minister.
 
Na koniec warto wyjaśnić, dlaczego koniec końców Tusk, zresztą tak jak i Kaczyński, dostaje trzy. Jak dziś wygląda sprawa z Tuskiem i Kaczyńskim? Oni rozgrywają swoje karty patrząc w przyszłość, ale celem dla każdego z nich jest to, co nazwalibyśmy własnym ego czy osobistą ambicją. Nie mają w sobie nic z mężów stanu. Są zwykłymi politykami jakich wielu. Produktami medialnych spektakli. I dlatego też nie zasługują na więcej niż trzy. Mimo całkiem niezłych ocen w poszczególnych rozwiązaniach. Mam tylko nadzieję, że kiedyś się to zmieni.
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Teksty, które warto przeczytać: . . . http://coryllus.salon24.pl/138156,przyjaciel-esesmana-landaua

Ostatnie notki

Ostatnie komentarze

  • @Chevalier Popisałem się indolencją? Pan wybaczy, ale to Pan jako pierwszy zaproponował...
  • @Chevalier Czyli jednym słowem wie Pan o czym pisze podobnie jak bloger Azrael. Ale to i tak on...
  • Autor Rozumiem, że podobnie do blogera Azraela jest Pan wybitnym znawcą tematu i specjalistą...

Tematy w dziale