28 obserwujących
533 notki
169k odsłon
  54   0

Polskie Lobby Przemysłowe - nasz wkład do raportu

Gdy zostałem poproszony przez tak szacowne grono o wypowiedź - nie odmówiłem. Ciekaw jestem co polegnie pod nożyczkami redaktorów jako nie przystające do naukowego paradygmatu.


Część diagnostyczna - niedopasowanie instytucjonalne gospodarki polskiej do wyzwań współ­czesnej konkurencyjnej gospodarki rynkowej

Józef Kamycki – maj, 2020r.

     Sądzę, że Polskie Lobby Przemysłowe powinno zwrócić uwagę na najważniejsze aspekty niedostosowania polskiego otoczenia biznesowego do wyzwań współczesnej konkurencyjnej go­spodarki rynkowej. Daleko nam bowiem do modelu, w którym to – według słów byłego Ministra Gospodarki Włoch Bruno Lamborghiniego – „przedsiębiorstwa powinny reagować na potrzeby ryn­ku całym swym organizmem, a nie tylko przy pomocy swych wyspecjalizowanych służb.” Podaję główne przyczyny.

Atomizacja gospodarki.

     Jednym z diabelskich sposobów na rozwalenie naszej gospodarki, oficjalnie nazywanym przemianą ustrojową, było wmówienie Polakom że małe „jest piękne”. Rozwalaliśmy więc dzielnie wszystko co było „bezbożnym państwowym molochem”. Co mamy? Otóż synonimem polskiej go­spodarki stała się dwuosobowa firma budowlana. Poza nielicznymi wyjątkami, wszystko co więk­sze znalazło się w obcych rękach. Małe jest – być może piękne – bo z reguły potrafi zabezpieczyć lepszą jakość życia w pracy niż duże przedsiębiorstwa o folwarcznym typie organizacji.
     Plankton gospodarczy nas nie wyżywi. Pomijając odwieczną i potrzebną rolę rzemiosła, wszystko co małe będzie drogie i nieefektywne. Światowe doświadczenie gospodarcze dowodzi, że konkurencyjny stosunek jakości do ceny dają struktury gospodarcze organizujące pracę dla tzw. trzech francuskich siódemek: siedem wydziałów mających po siedem działów zatrudniających po siedmiu pracowników. Wyjątek od tej zasady stanowią zawody mogące korzystać ze zmów korpo­racyjnych, grupujące osobników skłonnych traktować Polaków raczej jako potencjalne pożywienie niż swych współplemieńców. Jeśli domyślacie się o kim mówię, to domyślacie się dobrze. Cała reszta - jeśli miała szczęście – podczepiła się do łańcuchów dostaw wielkich międzynarodowych korporacji drżąc z dnia na dzień o to: czy jutro jeszcze pojawi się zlecenie i o ile trzeba będzie ciąć koszty.
     Aby ta „przemiana” była trwała, praktycznie, odcięto wszystkie ścieżki prowadzące do prze­skalowania naszej gospodarki, do powstawania polskich łańcuchów wartości dodanej. Przez ostat­nie 30 lat nie pojawiły się w polskim prawie rozwiązania gospodarcze, które by sprzyjały koncen­tracji kapitału strukturalnego (większej skłonności do współdziałania przedsiębiorców między sobą oraz przedsiębiorców ze swoimi załogami) oraz kapitału finansowego.

Kapitał strukturalny – skłonność załóg do współpracy z właścicielami.

     Polskie prawo gospodarcze głęboko tkwi w konfliktowym modelu stosunków przemysło­wych sprawiając, że jednostki mające elementarne poczucie swojej wartości i godności a często moralności wolą marny substytut etatu na swoim niż prostytuowanie się u złego pana. Sytuację po­garsza fakt, że w tym katolickim kraju dokonano wolty doktrynalnej zmieniając ducha encykliki Rerum novarum na „dogmat o predyspozycji”. Ponoć „Bóg tak chciał, aby biedni byli biedni a bo­gaci byli bogaci”. Nikt więc nie upomina się o jakże polski aspekt1 encykliki Piusa XI Quadragesi­mo anno
"65. Jednakowoż ze względu na obecne stosunki społeczne uważamy za bardzo wskazane, by umo­wa o najem pracy była w granicach możliwości uzupełniana umową spółkową, co już w różnych formach zaczęto praktykować z niemałym pożytkiem tak pracowników, jak właścicieli. W taki to sposób robotnicy i urzędnicy otrzymują udział we własności lub zarządzie przedsiębiorstwa, albo też w jakiś sposób uczestniczą w jego zyskach."
     Polska czeka na nowy rozdział w kodeksie spółek handlowych w których pracownicy stawa­liby się współwłaścicielami z racji świadczenia pracy. Wymaga to nowatorskiego podejścia zarów­no do zdefiniowania występujących tam form własności jak i form sprawowania nad nim za­rządu.
     Polska gospodarka tkwiąca w ciasnym gorsecie kodeksu spółek handlowych dusi się i nigdy nie będzie zdolna do komercjalizacji polskiej myśli innowacyjnej, nigdy nie zrodzi polskich marek. Potwierdzenie tej tezy jest 30 lat naszej – pożal się Boże – przemiany ustrojowej. Przypadek to czy świadome działanie naszych ekonomicznych okupantów?

Kapitał strukturalny – skłonność przedsiębiorców do głębszej kooperacji między sobą.

     Pomimo prowadzonej od 2005 roku akcji lobbingowej (wtedy to projekt ustawy o klastrach przed­siębiorstw rodzinnych został wniesiony do laski marszałkowskiej) nie doczekaliśmy się w Polsce wydania przepisów wykonawczych do „Międzynarodowego Standardu Sprawozdawczości Finanso­wej – wspólne ustalenia umowne”. W ten sposób został zablokowany proces tworzenia się w pol­skiej przestrzeni gospodarczej związków gospodarczych o integracji produktowej i strukturze sie­ciowej. Nie spotkacie zatem w Polsce niczego coby przypominało japońskie keiretsu, koreański czebol, lub baskijski Mondragon. Chodzi o rzecz doprawdy kosmetyczną, o drobne poprawki w rozporządzeniu fakturowym, aby przy pomocy faktury VAT w wersji „samofakturowanie” można było ewidencjonować proces „odwróconego łańcucha płatności”. Księgowi wiedzą o co chodzi.
     Największym grzechem związków gospodarczych o integracji produktowej wydaje się być to, że oparte są one o wielostronne umowy wspólnie kontrolowane. W polskim prawie umowy wielo­stronne są nieznane. Czasem myli się je z umowami konsorcjum, jednak nie są to umowy wielo­stronne gdyż redukowane są do kilku umów dwustronnych pomiędzy liderem konsorcjum a konsor­cjantami. Umowy konsorcjum nie nadają się także do prowadzenia działalności w sposób trwały i zorganizowany oraz tam gdzie brak jest wyraźnie zdefiniowanego zleceniodawcy.
     Wspólna kontrola praktycznie sprowadza się do ujawnienia i kontrolowania technicznego kosztu wytworzenia u każdego wspólnika wspólnego ustalenia umownego. Zyski ze wspólnego działania ustala się po sprzedaży produktu końcowego proporcjonalnie do poniesionych kosztów. Prawzorem takiego rozwiązania są „Stowarzyszenia do poszczególnych czynności handlowych na wspólny ra­chunek” z powszechnej ustawy handlowej zaboru austro-węgiergskiego z 1862 roku. Wspólna kon­trola łamie jeden z dogmatów gospodarki liberalnej jakim jest tajemnica handlowa. Dodatkowo mo­głoby się okazać, że wspólnicy byliby w stanie sfinansować swoją część procesu technologicznego ze środków własnych i banksterzy musieliby obejść się smakiem. Na to nasi ekonomiczni okupanci pozwolić sobie nie mogą o czym zdążyliśmy się przekonać wycierając sejmowe i ministerialne klamki.

Kapitał finansowy.

     Żadna gospodarka obciążona trybutem wynoszącym około 7% PKB na rzecz międzynarodo­wych instytucji finansowych nie będzie w stanie odbić się od dna.
     Spiritus movens funkcjonowania architektury monetarnej opartej o kreację pieniądza jako oprocentowanego długu jest istnienie luki popytowej czasem nazywanej głodem monetarnym. O taki stan rzeczy dbają instalowani u nas absolwenci zagranicznych wyższych uczelni ekonomicz­nych oraz tzw. użyteczni idioci. Jak mówił jeden z amerykańskich prezydentów „to dług rodzi pie­niądz a nie odwrotnie”. Ostatnio sprawa zaczęła się wymykać spod kontroli, gdyż zgodnie ze spra­wozdaniem „Podaż pieniądza M3 i czynniki jego kreacji” stan na 31.03.2020 gospodarstwa domo­we przestały być pożyczkobiorcami netto. Ich suma depozytów (906 770 mln zł) przekroczyła sumę kredytów (784 258 mln zł). Sytuacja w obszarze przedsiębiorców została uratowana przez premiera Morawieckiego, który to drogą Pracowniczych Programów Emerytalnych odessał z gospodarki kwotę około 30 mld zł skierowując ją do instytucji finansowych. Mity o jakichś bajońskich sumach posiadanych przez przedsiębiorców bledną w zderzeniu z oficjalnymi danymi. Przy depozytach wy­noszących 321 733 mln zł ich zadłużenie wynosi 404 427 mln zł. Kto zna realia ten wie, że nikt z rozsądnych przedsiębiorców nie trzyma pieniędzy w banku poza potrzeby regulowania bieżących transakcji. Są to zatem „środki pieniężne w drodze”, które w żaden sposób nie mogą służyć celom inwestycyjnym.
     Jeśli gospodarki starego świata popadają w marazm to między innymi dlatego, że przedsię­biorcy nie chcą już dłużej pełnić roli zdeterminowanych poborców lichwy dla banków. Model z polskich ogłupialni ekonomicznych: business plan, cacheflow, kredyt – to model dla gospodarczych samobójców. Tę sytuację trzeba zmienić zmieniając architekturę monetarną.

Co to jest architektura monetarna?

     W erze pieniądza kruszcowego nikt takiego pytania nie zadawał, bo takiego pojęcia nie było. Wszystkie sprawy załatwiał kurs waluty rodzimej do złota lub dolara. W arsenale „instrumen­tów polityki pieniężnej” były jedynie wojny i mordowanie całych narodów. Taki los spotkał Indian, Inków, Zulusów i Aborygenów. Aż dziw bierze, że ciągle odżywają tęsknoty do parytetu złota cho­ciaż, poza zgubną dla gospodarki funkcją tezauryzacyjną, ten prymitywny pieniądz żadnej innej funkcji dobrze nie pełnił.
     Pojęcie architektury monetarnej pojawiło się zatem dopiero w erze pieniądza fiducjarnego inaczej zwanego pieniądzem statutowym. Składają się na nią dwa zasadnicze elementy:
- strategie kotwiczenia waluty. Odpowiadają one na pytanie: jakiego parametru monetarnego będą broniły dane państwa. Najczęściej spotykanymi strategiami są:
        - strategia obrony kursu walutowego.
        - strategia obrony celu inflacyjnego.
- instrumenty polityki pieniężnej.
     Co rząd może, a co Prezesowi NBP wolno, w obszarze polityki pieniężnej, zawarte jest w dokumencie „Założenia polityki pieniężnej” przyjmowanym rokrocznie wraz z ustawą budżetową. Każdy dorosły Polak powinien znać i rozumieć ten dokument nie wykluczając posłów i senatorów. Inaczej zbyt drogo to nas kosztuje. Oszacujmy zatem straty jakie ponosi nasze społeczeństwo z ty­tułu narzucenia nam architektury monetarnej polegającej na kreacji pieniądza jako oprocentowane­go długu.

1. Inflacja obniża naszą siłę nabywczą (przez co zwiększa potrzeby pożyczkowe) średnio o:

3,4% * 1 562 581 mln (kwota ze sprawozdania NBP „Podaż pieniądza M3 i czynniki jego kreacji – stan na 31 grudnia 2020r.”) /2 (dla uśrednienia) = 26 223 mln zł rocznie.


2. Wzrost PKB tworzy nowe potrzeby pożyczkowe średnio na kwotę:

3,4% * 2 257 200 mln (PKB za 2019 r.) = 97 059 mln zł rocznie

3. Lichwa wysysa z naszej gospodarki - poza potrzeby sfinansowania kosztów wtórnego obrotu pie­niężnego – średnio:

72 000 mln zł (lichwa zebrana w 2017 r) / 2 = 36 000 mln zł rocznie.

Razem roczny trybut płacony banksterom = 159 282 mln zł. Tak. Z poziomu gospodarstwa domo­wego tego nie widać!!!!

      Tę sytuację należy zmienić, i jednym z głównych źródeł finansowania kapitału gospodarki polskiej powinna być emisja przyrostowa pieniądza suwerennego. Polscy przedsiębiorcy mogliby inwesto­wać rocznie kwotę około 80 mld zł. wyższą niż są w stanie czynić to obecnie. Ludności i przedsię­biorcom rocznie pozostałoby w kieszeniach około 40 mld zł. z tytułu ograniczenia lichwy.

Literatura uzupełniająca:
- Józef Kamycki - „Filary państwowości naszej - realny plan podniesienia kapitału strukturalnego i finansowego gospodarki polskiej”, Wydawnictwo Polityka Polska, Rzeszów-Warszawa, 2018 rok.
- Józef Kamycki - „Suwerenny pieniądz głównym instrumentem polskiej polityki gospodarczej”,w formie elektronicznej.
- Józef Kamycki - „Koncepcja uwłaszczenia narodu na pieniądzu suwerennym i majątku produkcyj­nym”,w formie elektronicznej.
Wszystkie opracowania można pobrać ze strony: http://koreus.vot.pl/dokuments

 
1Jednym ze współtwórców encykliki Piusa XI Quadragesimo anno był wielki Polak, założyciel pierwszej na ziemiach polskich spółki właścicielsko-pracowniczej „Gazolina” S.A. Drugim - Oswald von Nell-Breuning ojciec duchowy niemieckiego prawa gospodarczego.

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale