0 obserwujących
97 notek
136k odsłon
  198   0

Europa na rozdrożu

 

Europejski kryzys zadłużeniowy to coś więcej niż kłopoty finansowe państw członkowskich. To problem, który zmieni oblicze całej Unii Europejskiej.

Pytanie tylko, w jakim kierunku pójdą zmiany? Aby na nie odpowiedzieć, należy zastanowić się, czym tak naprawdę jest europejski kryzys. Wśród komentatorów i znacznej części ekonomistów dominuje przekonanie, że istotą kłopotów jest niestabilność europejskiej waluty spowodowana nieodpowiedzialną polityką gospodarczą państw strefy euro. I z czysto finansowego, rynkowego punktu widzenia, sprawa rzeczywiście może tak wyglądać. Nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że obecna fala kryzysu doprowadzi do politycznych zmian swoją wagą znacznie przekraczających kolejne miliardy € wydawane na ratowanie krajów-bankrutów.

Krach Grecji (gdzie dług publiczny w zeszłym roku wynosił 142,8% PKB), kłopoty Włoch (119% PKB długu) i Portugalii (93% PKB długu), czy spektakularne tarapaty na „zielonej wyspie” (dług publiczny Irlandii w latach 2007-2010 wzrósł niemal czterokrotnie, z 25% do 96,2%) dały przywódcom eurozony do myślenia.

Wspólna waluta, wspólny problem
Wśród wewnętrznych przyczyn tej sytuacji wymienić należy utratę kontroli nad polityką pieniężną przez państwa członkowskie (na rzecz Europejskiego Banku Centralnego, na którego czele stoi Francuz Jean-Claude Trichet), brak koordynacji polityki finansowej w poszczególnych krajach członkowskich, a także bardzo zróżnicowane i często zupełnie odmienne regulacje wewnętrzne w zakresie gospodarowania budżetem państwa. Odpowiedzią na te problemy miał być tzw. „Pakt Euro Plus”. Dzisiaj jest już jednak dla wszystkich jasne, że „ściślejsza koordynacja gospodarcza państw członkowskich” to za mało.

Projekt waluty wspólnej dla – docelowo – wszystkich członków Zjednoczonej Europy okazał się bowiem niemożliwy do realizacji przy zachowaniu obecnego poziomu suwerenności państw Starego Kontynentu. Rozbieżności w prawnym uregulowaniu sfery finansowej, ale także różnice w zwyczajach i kulturze budżetowej poszczególnych krajów okazały się zbyt wielkie. To niemożliwe, by Europejski Bank Centralny prowadził politykę pieniężną korzystną dla państw socjalnych i jednocześnie zgodną z bardziej odpowiedzialną linią budżetową. Tych dwóch koncepcji – wiary w oddolną inicjatywę, obywatelską siłę, oraz przekonania o konieczności niesienia ludziom państwowej pomocy i dogadzania im kolejnymi przywilejami – nie da się pogodzić. Także na poziomie finansowym.

Nowa czy Stara Europa?
Drogi wyjścia z kryzysu zadłużeniowego są w takiej sytuacji dwie. Pierwszą jest odstąpienie od projektu wspólnej, europejskiej waluty i powrót do polityki pieniężnej regulowanej na poziomie narodowym. Byłaby to jednak spektakularna porażka całej Unii Europejskiej, podważająca zaufanie zarówno do tego ponadnarodowego tworu, jak i do poszczególnych państw strefy euro. Takie rozwiązanie mogłoby skutkować nawet pogłębieniem problemów i długotrwałą recesją.

Drugi scenariusz zakłada konieczność ograniczenia różnic występujących w sferze finansowej pomiędzy państwami strefy euro. To rozwiązanie wyrasta na przekonaniu, że projekt europejskiej waluty chyli się ku upadkowi nie dlatego, że jest zły czy nierealistyczny, ale dlatego, że złe są różnice w politykach finansowych prowadzonych przez poszczególne rządy. Zła więc staje się różnorodność, którą od 2000 roku UE niesie na swych sztandarach (hasło Unity in diversity).

Ograniczenie różnic w polityce gospodarczej  poszczególnych państw wymaga jednak powołania nowej, potężnej i wpływowej instytucji w ramach eurozony. Tu nie wystarczą cykliczne spotkania szefów rządów czy ministrów finansów. Tutaj potrzebna jest armia urzędników-specjalistów, zdolnych do opracowania, wynegocjowania i wdrożenia daleko idących, często bolesnych reform w każdym z 17 państw.

Europejski rząd
W tym wariancie, na który Europa ustami Merkel i Sarkozy’ego oficjalnie zdecydowała się 16 sierpnia tego roku, potrzebny jest niespotykany do tej pory konsensus, determinacja i przede wszystkim… władza.

Trudno sobie bowiem wyobrazić, by instytucja zarządzająca nie tylko polityką pieniężną, ale znaczną częścią polityki finansowej kilkunastu państw, mogła działać wyłącznie w oparciu o prestiż i autorytet. W tym przypadku potrzebna jest formalna władza, konkretne przepisy, regulacje, umowy… Ustanowione przez Belin i Paryż regularne spotkania „ekonomicznego rządu strefy euro” stanowią zapewne jedynie preludium do dalszych prac w zakresie integracji władzy wykonawczej w Europie.

Ten proces najprawdopodobniej doprowadzi nas do kolejnego wielkiego traktatu. Tym razem ustanawiającego faktyczny, europejski rząd gospodarczy. Kosztem suwerenności państwowej, rzecz jasna.

Czy taki projekt ma szanse na realizację? Biorąc pod uwagę społeczny sprzeciw wobec europejskiej konstytucji, europejskiego hymnu i europejskiej flagi, można mieć wątpliwości. Z drugiej strony nie możemy zapominać, że przy okazji ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego Bruksela pokazała, iż niechęć Europejczyków do Europy nie stanowi dla polityków żadnej przeszkody.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale