Rozmowa z Abu Daudem przeprowadzona przez Witolda Gadowskiego i Przemysława Wojciechowskiego:
Po masakrze w Monachium rozpoczęła się operacja „Gniew Boży”. Izraelczycy was ścigali i zabijali. Zdradzi nam pan tajemnicę tego, że zadziwiająco bezpiecznie czuł się pan przez te wszystkie lata? Mieszkał pan nawet na terytorium Izraela i ciągle jest pan żywy.
Byłem na okupowanych przez Izrael terytoriach. Żyłem tam przez cztery lata. Gdyby chcieli mnie dorwać, to by mnie mieli. Widocznie nie byłem już wtedy ich celem.
Nawet zaraz po masakrze dość swobodnie poruszał się pan po Europie.
Podróżowałem po całej Europie. Ręce Izraela nie były takie długie. Poza tym oni chcieli zabić aktywnych działaczy OWP niezależnie od tego, czy mieli coś wspólnego z Monachium, czy też nie.
Jaki jednak był sekret tego, że był pan nietykalny?
(Śmiech). Tykalny, tykalny…
Co pan załatwiał, jeżdżąc po tej Europie?
Wiele spraw.
Prosimy konkretniej.
Mieliśmy wiele interesów w krajach socjalistycznych. Polska była jednym z nich. Kupowaliśmy u was broń. Polski przemysł produkował bardzo dobrą broń. Polskie karabiny były jednymi z najlepszych. Polacy produkowali także dobre pistolety maszynowe, bardzo przydatne do walki w mieście. Szczególnie utkwił mi w pamięci taki mały pistolet maszynowy. Nie pamiętam jego nazwy. Nazywaliśmy go „Shatajel”. (Prawdopodobnie chodzi o pistolet maszynowy PM 63 „Rak” produkowany wówczas w zakładach „Łucznika” w Radomiu – przyp. aut.).
Ile razy był pan w Polsce?
Nie pamiętam, ale było to bardzo wiele razy. Prawdopodobnie były to setki razy. Mieliśmy wiele zażyłych relacji z Polakami. Kupowaliśmy w Polsce bardzo dużo broni.
To były transakcje, o których wiedział polski rząd?
Przecież to nie mogłoby się odbywać bez zgody rządu. Z rządem robiliśmy interesy. Wtedy były bardzo dobre relacje pomiędzy Polską i OWP. Dobrze się rozumieliśmy. Polska też była okupowana przez Hitlera, więc Polacy dobrze rozumieli naszą sytuację, sytuację izraelskiej okupacji naszych ziem. Przecież między tymi sytuacjami nie było większych różnic. Wierzcie mi! My staraliśmy się nie przeszkadzać w wewnętrznej polityce w Polsce. Nie interesowaliśmy się problemami wewnętrznymi Polski. Interesowaliśmy się „Solidarnością”, ale tylko na tyle, żeby coś wiedzieć, nie chcieliśmy mieć problemów z polskim rządem. To były wasze sprawy. Może nie uwierzycie w to, co powiem, ale wtedy wydawało mi się, że my, Palestyńczycy, i wy, zwykli Polacy, czuliśmy to samo. Tak samo czuliśmy się okupowani.
Wspaniale, niedługo usłyszymy, że tak samo jak „Solidarność” walczyliście o wolność. Jest tylko drobna różnica. „Solidarność” nie używała siły.
To prawda. My byliśmy jednak w większej opresji. Byliśmy jak wasi partyzanci w czasie drugiej wojny światowej.
Tu się nie porozumiemy. Nic nie usprawiedliwia śmierci niewinnych ludzi. Chcemy panu także przypomnieć, że w czasach PRL to wy mieliście wspaniałe stosunki z komunistycznymi władzami. Piękne wsparcie dla walczącej o wolność „Solidarności”.
To były czyste interesy. Walczyliśmy i byliśmy gotowi współpracować z każdym, kto nas zrozumie.
Kiedy dokładnie bywał pan w Polsce? Dokumenty, które zdobyliśmy, mówią, że był pan w Polsce tylko trzy razy.
(Śmiech) Zapewniam, że byłem pewnie trzy razy pomnożone przez sto. Wiele dokumentów jest na tyle tajnych, że na pewno nie mogliście do nich dotrzeć. Ostatni raz byłem w Warszawie w 1981 roku.
A kiedy przyjechał pan do Polski z pierwszą misją?
O ile sobie przypominam, w 1975 roku.
Z kim się pan w Polsce spotykał?
Z bardzo wieloma ludźmi. Często z politykami reprezentującymi polski rząd. Pamiętam także spotkania z ludźmi „Solidarności”.
Od nich jednak nie mógł pan kupić broni.
(Śmiech) To fakt. „Solidarność” nie handlowała bronią. Broń kupowaliśmy z błogosławieństwem polskiego rządu od specjalnej centrali, która tym się zajmowała.
Ciekawe, czy zachowały się jakieś dokumenty z tych transakcji?
Bądźcie poważni. My byliśmy zawodowcami. Takie transakcje załatwiało się często tylko na zasadzie umów ustnych. W tej branży zawsze obowiązuje zasada: jak najmniej dokumentów!
(…)
Jak dużo broni kupowaliście w PRL?
To zależało od czasu. Najczęściej kupowaliśmy kałasznikowy, czasami mniejszą broń służącą do osobistej obrony. Nasi ludzie byli także szkoleni przez polskie władze w rządowych ośrodkach.
Jak wyglądały te szkolenia?
Naszych bojowników trenowali polscy komandosi. Polskie oddziały specjalne zajmujące się ochroną znanych osobistości były bardzo dobre. Oni uczyli nas specjalnych technik ochrony i działania.
Władze PRL o tym wiedziały?
Oczywiście, że wiedziały, przecież to działo się na ich polecenie. Nie działaliśmy w konspiracji. W tamtych czasach wszystkie kraje socjalistyczne współpracowały z nami.
Na tych szkoleniach uczyliście się zabijać?
Nie. Trenowaliśmy się tylko w ochronie ważnych osób, w obronie naszych polityków. Jak strzec naszych budynków, jak wykrywać bomby.
W Polsce była szkolona ochrona Jasera Arafata?
Tak, ale nie tylko w Polsce.
(…)
Po co przyjechał pan do Polski w 1981 roku?
Przyjechałem kupić partię pistoletów „Shatajel”. Ponieważ był piątek i wszystkie urzędy były już zamknięte, więc musiałem zaczekać do poniedziałku.
Czy pamięta pan przebieg wydarzeń w „Victorii”?
Och. Pamiętam wszystko. Zawsze spędzałem dużo wolnego czasu w siłowni. Tak było i tym razem. W sobotę po południu poszedłem poćwiczyć, potem trochę pływałem w hotelowym basenie i byłem w saunie. Tego wieczoru nie miałem już innych planów. Kiedy zszedłem do recepcji, znalazłem tam wiadomość od mojego znajomego z Bejrutu. Poszedłem wypić kawę do restauracji „Opera”. Usiadłem przy stoliku i poprosiłem kelnera, aby przyniósł mi kawę i butelkę wody mineralnej. Zanim wrócił kelner, podszedł do mnie ten mężczyzna i zaczął strzelać.
Fragment książki „Tragarze śmierci”, dziś (22.09) o 20.00 ciąg dalszy.
Komentarze
Pokaż komentarze