Ponieważ według sondażu TNS OBOP 8% Polaków (a więc jakieś 2 i pół miliona) wierzy, że przyczyną katastrofy 10 kwietnia był zamach, spróbowałem sobie wyobrazić jak by to wyglądało. Poniższy scenariusz piszę bez staranności co do szczegółów realnych zdarzeń (nie chce mi się tracić czasu na ich sprawdzanie, pozostawiam to lepszym pisarzom political fiction), ale opieram je całkiem mocno o moją wiedzę dotyczącą mechanizmów polityki. A więc:
Premierzy Tusk i Putin widzą się 1 września 2009 roku na Westerplatte.Spotkanie zaczynają przy sopockim molo. Spacer i rozmowa na molo trwają blisko pół godziny. Pogoda jest wietrzna, obaj panowie wyraźnie rozluźnieni. Rozmowa toczy się trochę po angielsku, trochę po rosyjsku (jak dotąd to cytat; naprawdę tak było). Politycy postanawiają doprowadzić do poprawy stosunków polsko-rosyjskich. Putin zapowiada, że za parę godzin wygłosi bardzo koncyliacyjne przemówienie z okazji rocznicy wybuchu II wojny światowej. Obaj wstępnie ustalają, że premier Rosji przyjedzie do Katynia w kwietniu 2010 roku. Stwierdzają jednak, że na drodze pojednania stanie nieprzejednany Lech Kaczyński; opinię tę zresztą potwierdza wojownicze wystąpienie prezydenta RP po południu tego samego dnia. No, więc przeszkodę tę trzeba usunąć – zgadzają się. „My się tym zajmiemy, jeśli tylko Kaczyński znajdzie się na naszym terytorium” – mógłby powiedzieć rosyjski przywódca. „O to zadbamy” – odpowiada polski premier. Postanowione. Więcej o tej sprawie nigdy już nie rozmawiają; dla zachowania sprawy w maksymalnej tajemnicy.
Tylko – po co? Kaczyński ma dramatycznie niskie notowania jako urzędujący prezydent. Szans na reelekcję praktycznie nie ma. Wygląda na to, ze za rok od tamtej rozmowy w Sopocie zastąpi go właśnie Tusk (decyzję o rezygnacji z wyborów ogłosi dopiero w styczniu 2010).
I czy obaj premierzy na tyle znają języki obce, by o tak delikatnej sprawie – gdzie znaczenie mają półsłówka, niuanse – rozmawiać bez tłumacza? No, bo z pośrednictwa tłumacza oczywiście skorzystać by nie mogli. Czy były warunki, nawet na molo, do absolutnej dyskrecji? Nie, wykluczone: wokół tłum urzędników, pomocników, sekretarzy; tłumacz w pobliżu, nawet jeśli dostałby dyspozycję odejścia, nie pozwoliłby sobie na odejście zbyt daleko. Więc, nie, taka rozmowa o 9.30 mieć miejsca nie mogła. Może więc spotkali się tajnie później w ciągu dnia? Nie dałoby się takiego dodatkowego spotkania utrzymać w sekrecie. Przyjazd Putina zogniskował zainteresowanie opinii publicznej i mediów.
Może więc zamach bez udziału Tuska? Putin sam to sobie obmyśla, dochodzi do wniosku, że w sumie fajny gość ten Donald, z Polską trzeba się ułożyć, bo w Europie mają już dość ciągłych konfliktów na linii Warszawa-Moskwa. Cały czas nie wiadomo, po co miałby podejmować tak ryzykowną akcję w perspektywie zmiany prezydenta RP po wyborach w 2010 r. Ale, załóżmy, że premier Rosji (znany z wyrachowania i kalkulacji) stracił kontakt z rzeczywistością.
Informuje więc swojego polskiego odpowiednika, że przyjedzie do Katynia, ale: nie 10, lecz 7 kwietnia i pod warunkiem, że nie będzie tam Kaczyńskiego. Prezydent niech leci 3 dni później, jak planowano. To się da wytłumaczyć względami protokolarnymi. Tusk przynętę połyka, zaczynają się przygotowania do zamachu. Wywoła się sztuczną mgłę, samolot 101 naprowadzi podając nieprawidłowe dane. Ilu ludzi musi w nich uczestniczyć? Ekipa do sztucznej mgły (nie mam pojęcia jak liczna), kontrolerzy lotu (wiemy, że było tam 5 osób, patrzących sobie na ręce – wszyscy musieliby być wtajemniczeni; plus osoby w Moskwy, do których dzwoniono), później ludzie do zatuszowania sprawy (eksperci MAK – no, kilkadziesiąt osób, żeby żaden z nich nie dostrzegł faktu, który ujawniłby całą operację), ktoś do koordynacji całości. Zdecydowanie za dużo. Ryzykowne nawet w Rosji. Tam też coraz częściej zdarzają się przecieki.
Co więcej: Putin musiałby założyć, że ekipa prezydenckiego TU-154 będzie najbardziej doświadczona, świetnie wyszkolona, odporna na stres; po prostu najlepsza. On zawsze lata z takimi pilotami, do głowy mu nie przychodzi, że może być inaczej. Musi założyć, że w trudnej sytuacji po prostu samolot odleci na lotnisko zapasowe. Jak zmusić załogę do lądowania wbrew procedurom, zasadom i zdrowemu rozsądkowi? Przekupić dowódcę? Ale ceną jest jego śmierć, śmierć prezydenta i 94 innych osób. Jaka musiałaby być cena? Chyba nie ma takiej ceny. Poza tym decyzja o wyznaczeniu załogi zapada zbyt późno, by można było wobec pierwszego pilota podjąć taka próbę.
Pełna klapa. Moja wyobraźnia nie pozwala mi na narysowanie scenariusza zamachu, który miałby chociaż jakieś elemenciki prawdopodobieństwa. To się po prostu nie trzyma kupy.


Komentarze
Pokaż komentarze (148)