Tezę, iż ten, kto wygra wybory na wsi – wygra je w ogóle, sformułował w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych Tomasz Żukowski. W związku z przemianami demograficznymi i społecznymi w ostatnich dwudziestu latach oczywiście przestała ona być aktualna. Przyznał to sam jej autor, co na własne uszy słyszałem, podczas rozmowy z innym profesorem socjologii.
Ale jakaś logika w tym, co ostatnio czyni Jarosław Kaczyński i jego PiS jest. W wyborach głosuje ok. 5 milionów mieszkańców wsi. Oczywiście nie wszyscy są małorolnymi chłopami, korzystającymi z de facto socjalnego wsparcia ze środków UE. Jednak z punktu widzenia Prawa i Sprawiedliwości warto o nich zabiegać.
Dodatkowo przeciągnięcie na stronę PiS choć drobnej części wyborców PSL, spowoduje konieczność zawarcia przez Platformę koalicji z SLD, albo trójkoalicji z obiema tymi partiami. Czyli: strategicznie, długofalowo leży interesie PiS.
Zaś co do tego, że Jarosław Kaczyński swoimi działaniami przeciw PSL potwierdza, iż nie ma aspiracji do rządzenia po październiku 2011 – to chyba jasne. Ludowcy są ugrupowaniem pragmatycznym, ale nie cierpią, kiedy ktoś próbuje podbierać im ich elektorat… A w to, że PiS mógłby rządzić samodzielnie nikt, jak sądzę, nie wierzy.
J. Kaczyński z pewnością też nie zawraca sobie głowy tym, że wzywa do petryfikacji sytuacji na wsi. Do utrwalenia biedy tych, którzy ją i dziś klepią, oraz utrudnienia poprawy konkurencyjności tych gospodarstw, które mogłyby walkę na rynku europejskim wygrywać. Nie zawraca sobie głowy – bo to pasuje do konserwatywnego (konserwującego) charakteru tej partii.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)