6 obserwujących
41 notek
25k odsłon
  562   0

Przyczyny wyborczej klęski prawicy - zarys analizy

Od momentu, gdy stało się jasne, że obydwa ubiegające się o wejście do Sejmu prawicowe komitety (KWW Nowa Prawica JKM oraz KWW Prawica) nie zdołały skutecznie przeprowadzić zbiórki podpisów i na czas zarejestrować list wyborczych w co najmniej 21 okręgach, minęły 2 dni. To zbyt mało, by otrząsnąć się szoku i frustracji – ale dość wiele, by móc sformułować pierwsze konkluzje dotyczące przyczyn klęski oraz wstępne prognozy i zalecenia na przyszłość. Jako że summa summarum mówimy o trzech partiach (KNP, UPR, PR), ja zaś sympatyzuję jedynie z pierwszymi dwiema – to ich sytuacji poświęcę ten szkic.

Tak dla UPR, jak i dla KNP początkiem dramatu była sama decyzja o rozdzielnym starcie w wyborach. Oznaczało to bowiem eo ipso rozproszenie kapitału ludzkiego, który w warunkach normalnych pracowałby na korzyść jednego wolnościowego ugrupowania. Pisząc o „warunkach normalnych” mam na myśli takie, kiedy względnie spójne ideowo a jednocześnie nieliczne środowisko nie dzieli się sztucznie na dwa obozy, mnożąc polityczne kanapy wyłącznie wskutek osobistych i nie do końca jasnych animozji pomiędzy liderami. Niezależnie od tego, jak oceniamy stopień odpowiedzialności obydwu stron za dekompozycję UPR, należy wszelako zauważyć, że u progu tegorocznej elekcji większą skłonnością do koncyliacji wykazał się Janusz Korwin-Mikke. To jego ugrupowanie od początku było motorem napędowym negocjacji dotyczących zjednoczenia stronnictw „na prawo od PiS” (co jest formułą tyleż popularną, co niefortunną; NIE MA wszak w polskim parlamencie partii, która znajdowałaby się od PiS na lewo). Wysiłki te zostały zlekceważone przez PJN i wręcz storpedowane przez Marka Jurka oraz Bartosza Józwiaka (dla niezorientowanych: obecnego prezesa UPR), którzy domagając się od KNP startu bez Janusza Korwin-Mikkego jako warunku sine qua non podjęcia współpracy, najprawdopodobniej świadomie dążyli do jej udaremnienia, licząc na miejsca na listach wyborczych Prawa i Sprawiedliwości.

To rozdwojenie struktur w większym stopniu – jak sądzę – zaważyło na sytuacji nowego tworu Korwin-Mikkego, aniżeli sojuszu UPR-PR. Po pierwsze: prezes KNP, zdobywając w ubiegłorocznej elekcji prezydenckiej dwukrotnie więcej głosów od Marka Jurka, udowodnił, że – pomimo swoich dziwactw i oczywistego braku politycznego talentu – jako polityk dysponuje od swego prawicowego adwersarza znacznie większym potencjałem, który w przypadku zebrania właściwej liczby podpisów na pewno pozwoliłby na uzyskanie wyniku na poziomie 2-3%. Nie jest to, rzecz prosta, szacunek rzucający na kolana – niemniej dawał on nadzieję na uzyskanie chociaż dotacji z budżetu państwa, zaś dla połączonych sił duetu Jurek-Józwiak i to było raczej wynikiem nieosiągalnym. Dla nich udział w wyborach – nawet gdyby udało się wystartować – i tak na 99% zakończyłby się spektakularną klapą.

Po drugie: warto zwrócić uwagę, że na rozproszeniu terenowych działaczy UPR i KNP także więcej stracili ci drudzy. Unia zachowała wszak najbardziej doświadczonych ludzi, otrzymała też wsparcie zaprawionych w wyborczych bojach działaczy PR. Tym potencjałem KNP nie dysponował. Przeciwnie: młodzi zapaleńcy, którzy po kwietniowym kongresie zasilili szeregi partii, mimo wielkich chęci i zapału do pracy nie posiadali często wiedzy i doświadczenia koniecznych do codziennej pracy w terenie. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć można fakt, że list nie udało się zarejestrować w tak dużych miastach, jak Poznań czy Gdynia? Aktywistów z Poznania nie znam – ale popisy prezesa okręgu w Radiu Kontestacja przed kilkoma miesiącami chyba na nikim nie wywarły dobrego wrażenia. Zbiórką w Gdyni kierował z kolei Artur Dziambor: człowiek niewątpliwie solidny i rzetelny. Pytanie brzmi: czy o jego współpracownikach można powiedzieć to samo?

Po trzecie wreszcie: widać już dziś, że pomiędzy KNP a UPR rysuję się pewne różnice programowe – i w kontekście pragmatyki wyborczej działają one na korzyść tej pierwszej formacji. Nowa prawica jest – jak się wydaje – bardziej libertariańska i mniej konserwatywna, co spowodowane jest bliskim libertarianizmowi stanowiskiem ideologicznym JKM oraz młodszą strukturą wieku działaczy tej partii. UPR tymczasem, łącząc się z Markiem Jurkiem i Prawicą RP, wszedł w alians z propagatorami m. in. zakazu pornografii oraz polityki „prorodzinnej” dokonywanej za pomocą państwowego przymusu i centralnej redystrybucji dobrobytu. Z punktu widzenia politycznego PR był to strzał w stopę. Wbrew bowiem temu, co od lat – na przekór oczywistym faktom i poniekąd osobistej godności – roją sobie przywódcy obozu wolnościowego, ich przeciętny wyborca nie przypomina w niczym trzonu elektoratu Marka Jurka: socjalizującego warchoła z resztkami obiadu pod sumiastym wąsem, który wprawdzie jest prawowiernym katolikiem i dlatego głosuje na czołowego polskiego pro-lifera, ale jednocześnie główne zagrożenie widzi w spiskach „agentów”, „ruskich”, „układu” i „wielkiego (i/lub <<obcego>>) kapitału”, podzielając tym samym co do pryncypiów obłąkańczy światoobraz Jarosława Kaczyńskiego i innych przedstawicieli tzw. „środowisk patriotycznych”.

Wyborcy KNP i UPR to natomiast przeważnie osoby w młodym wieku, dość dobrze wykształcone, aideologiczne, niemniej ceniące te partie przede wszystkim za ich liberalizm. Do tego dochodzą dwie inne – węższe – grupy: świadomych, ideowych klasycznych liberałów i libertarian oraz (w stopniu najmniejszym) autentycznych konserwatystów, którzy mając na uwadze ogólną zbieżność priorytetów, przymykają oko na stosunek JKM i ludzi z nim związanych chociażby do legalności narkotyków czy pornografii. Słusznie atoli pisał niedawno Jacek Sierpiński o konieczności położenia w kampanii wyborczej nacisku na zagadnienie wolności gospodarczej i – nade wszystko – osobistej.

Mniemam, że zalecenie to należy wziąć sobie do serca również w bardziej długofalowej perspektywie – i istotnie zrewidować przekaz polityczny, nie rezygnując przy tym z własnej tożsamości. Konkretyzując: konieczne jest przede wszystkim złagodzenie języka: rezygnacja z epatowania potencjalnego wyborcy histerycznymi wynurzeniami o „agenturze”, „homosiach”, „feminazistkach”, „krwi na rękach” – co nie będzie w żadnym razie oznaczać zaprzestania patrzenia na ręce bezpieczniakom, agresywnym pederastom, feministycznym terrorystkom i polit-poprawnym wrogom kary głównej; tym też trzeba się zająć – ale nie kosztem zrażania wyborcy.

Tego jednak nie dokona ani JKM, ani jego oponenci z dzisiejszej UPR, przynajmniej pod dawnym szyldem partyjnym. On jest zbyt niereformowalny, oni – zbyt słabi organizacyjnie. Aby móc skutecznie budować przyszłe struktury polskiej prawicy, potrzebnych jest co najmniej kilka lat żmudnej pracy organicznej, zorientowanej przede wszystkim na działania edukacyjne i przestrzeń metapolityczną. Stwierdzam natomiast ze smutkiem, że w obecnych warunkach istnienie żadnego bytu stricte politycznego nie ma na prawicy racji istnienia. Czy kolejne lata będę sprzyjać jego powstaniu – pokaże czas.

Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale