3 obserwujących
153 notki
12k odsłon
30 odsłon

B.17 Zapiski wartownika - 26 stycznia jeszcze raz

Wykop Skomentuj

Być może nie był to asfalt tylko jakaś inna substancja, ale w każdym razie kładli jakąś nową nawierzchnię. Mimo zimna, była już jesień, zabawiliśmy tam raczej długo. Dotarłem do domu pewnie z "pomocą" Mamy. Potem zjadłem obiad, obejrzałem "Zwierzyniec", odrobiłem lekcje. Siadając do kolacji widziałem w telewizorze, że towarzysz " Wiesław" jeszcze gada. To znaczy przemawia. Ponoć miał przerwę w czasie Zwierzyńca. Łącznie na czysto ponad siedem godzin występu. Niestety dzieci z klas drugich jednej naszej podstawówki przetrwały tylko pół godziny. Całkowity brak zainteresowania. I to miała być przyszłość PRL? Hańba! Ale cóż , stało się.

Wspominałem chwilę wcześniej o wakacjach. Zwykle jednak bywały przyjemniejsze niż te z Trójmiasta. A może ja byłem grzeczniejszy i nikt nie musiał straszyć mnie niczym ani nikim. W każdym razie było fajnie.

Zaczęło się parę lat przed moim urodzeniem. Oto wśród prawników- znajomych mojego Taty- zorganizowała się grupa rodzin, która pojechała na wakacje do Łeby. Znam to tylko z opowieści. Jedynym środkiem lokomocji była wtedy kolej. Najczęściej zatłoczona. A w środku tego tłumu parę rodzin z małymi dziećmi. I walizkami. Na dodatek podróż oczywiście z przesiadkami. I kilka razy walka o miejsca siedzące. Bo nie było miejscówek ani Inter City.

Ale za to w Łebie były już luzy. Nie było jeszcze ośrodków wczasowych. Całe miasteczko tylko parę uliczek na krzyż. Kilkanaście domków- zagródek. A w każdym praktycznie jakaś rodzina z Kielc. I nikogo więcej. Kilka, kilkanaście w porywach par dorosłych i kilkanaście (minimum) dzieci. Jeden z sędziów zorganizował niby drużynę harcerską. To musiało być piękne- kolonia w Łebie.

Za moich czasów już było trochę inaczej. Już jeżdziło się samochodami. W sześćdziesiątym pierwszym pojechałem pierwszy raz. Na dodatek z taksówkarzem. Pan Stanisław miał oczywiście opłacony pobyt. Potem, aż do osiemdziesiątego roku często nas woził, głównie Tatę, stając się niemal osobistym kierowcą. Nad morze regularnie jeżdziliśmy do końca lat sześćdziesiątych. Potem też, ale już trochę rzadziej.

Ale się rozpisałem. I to wszystko w pracy. Ale coś trzeba robić... Przy takiej pracy...

28 stycznia wtorek

Znowu piszę w pracy. Musiałbym raczej napisać, że jak zwykle. Znowu jestem na Towarowej. Zostanę jeszcze na noc. Ale już jako dowódca w Akwarium. Zima lekko odpuszcza. Jest jakieś sześć do siedmiu na minusie. Zapowiadają, że od czwartku wrócą plusy. Oby. W czwartek mam nockę na Wiodącej.

Z wakacji utkwiły mi w pamięci, aczkolwiek niezbyt dokładnie te z lat sześćdziesiąt sześć do osiem. Chociaż w tej chwili nie jestem na sto procent pewny co kiedy było.

Na pewno w roku sześćdziesiątym szóstym, bo w tym czasie były piłkarskie mistrzostwa w Londynie, nasza rodzina pojechała warszawą nad morze. Razem z nami pojechał mój chrzestny, wujek Zenek z rodziną. Ta rodzina to: żona Władysława, córki Ewa i Basia oraz synek Adaś. Za miejsce rozbicia obozu - dwa namioty- wybrano stary poligon obok Ustronia Morskiego. Z powodu betonowych dróg przecinających teren w różnych kierunkach, zwano ten obszar Betonami. Parę dni było fajnie. Plaża, starsi pływali na pontonie po morzu. W ogóle luzy na łonie przyrody.   (cdn)


Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale