3 obserwujących
161 notek
12k odsłon
48 odsłon

B.18 Zapiski wartownika -28 stycznia

Wykop Skomentuj

Aż którejś nocy nastąpił atak. Otoczyło nas wojsko. Na przeciw namiotów postawiono reflektor, który oświetlał całe obozowisko. Skonfiskowano nam ponton, a tatusiowie pojechali do miasteczka w celu złożenia zeznań. Byli tam cała noc. Rano wrócili. Nie jestem pewien dlaczego, ale chrzestny zniknął potem chyba na cały dzień...

Cała sprawa zakończyła się oczywiście naszym wyjazdem. Byliśmy podejrzani o próbę ucieczki do Szwecji. Ciekawe jak? Dziesięć osób na niedużym pontonie? Dobrze chociaż, że nam go oddali. Pojechaliśmy do Łeby. Mieszkała tam jedna pani, którą rodzice znali od kilku lat. Dawała nam namiary na wolne kwatery.Tak trafiliśmy do rodziny miejscowych rybaków. Mieszkali w trzy rodzinnym budynku. Każda rodzina zajmowała trzy poziomowy segment. Na dole część gospodarcza, wyżej mieszkalna, a na samej górze strych. Ta rodzina przenosiła się na strych a w mieszkaniu instalowali się letnicy. Czyli w tym przypadku my. Gospodarze odwiedzali nas czasem. Panie wymieniały przepisy kulinarne. Pamiętam, że byli bardzo zdziwieni, gdy jedliśmy kanie. Tych grzybów było mnóstwo w pobliskich lasach, a oni tego nie jedli. Myśleli, że trujące.

Chrzestny z rodziną gdzieś wyjechał. Chyba nie bardzo im się podobało.

Na tych wakacjach było fajnie. Jedną z atrakcji były obiady w jadłodajni na dworcu kolejowym. Te pierogi jagodowe na deser! Palce lizać!

Biegając kiedyś po trawniko-łące przed budynkiem ( było tego wzdłuż kanału chyba z pół hektara). natknąłem się na dwójkę miejscowych dzieci bawiących się na trawie. Przyglądałem im się przez chwilę. On leżała goła na kocu. On siedział na jej kolanach. Bawili się pewnie w lekarza. Nie załapałem co oni robią. Toteż byłem zdziwiony, że chłopak na mnie wrzeszczał. Chyba nawet rzucił w moją stronę jakieś kamyki. Odszedłem w stronę budynku. Nie chcą się bawić to nie. Bez łaski.

Inne wyjazdy kojarzą mi się z lotem ludzi na Księżyc. I wojną w Czechosłowacji. Tak , to musiały być dwa wyjazdy. Teraz jestem pewien. Lata sześćdziesiąt osiem i dziewięć.

Siostra Taty czyli moja ciotka Bronka i jej mąż Józek mieli wykształcenie pedagogiczne. Ona uczyła w podstawówce a on w technikum chemicznym a potem był wychowawcą w ośrodku wychowawczym w Bielsku. Bliższych informacji niestety nie mam. Wujek był bardzo wesołym facetem. Jeżdził syrenką, grał czasem na akordeonie. Kiedy wyjechał do Bielska pokazywał się bardzo rzadko. Nie wiem dlaczego.

Tamtego roku ( sześćdziesiąt dziewięć) oboje byli w ośrodku kolonijnym w Łazach pod Koszalinem. Ciotka była intendentką a wujek wychowawcą. Pojechaliśmy tam we czterech. Tata, moi bracia i ja. Ośrodek złożony z kilku domków kempingowych i pawilonu stołówki. Dokoła pełno piachu. Ale do plaży rzut beretem. I pogoda jak drut. Słońce, słońce,słońce... Utkwiły mi w głowie dwa zdarzenia. Kiedyś na kolację podano biały ser, czy raczej twarożek oraz kiszone ogórki. do popicia coś mlecznego. To prawdopodobnie spowodowało, że cała noc ośrodek biegał do kibelków. A były tylko dwa!. Toteż każdy robił gdzie mógł. Pięknie to wyglądało rankiem. Rzadka historia. Niezapomniany widok.

Zakwaterowany byłem w domku, w którym mieszkała pani kucharka. Sławomira żona Sławomira- jak sama powtarzała. Razem z nami mieszkali też jej dwaj synkowie. (cdn)


Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura