3 obserwujących
186 notek
14k odsłon
60 odsłon

B.59 Zapiski wartownika - 20 marca cd

Wykop Skomentuj


Po paru latach Mama przyznała mi rację. Iwonka była lubiana przez wszystkich. I nachalnie aczkolwiek skutecznie to wykorzystywała. Szczytowym osiągnięciem swego kunsztu, dobrego wizerunku i sympatii u innych, było kupienie komuś jakiegoś prezentu a potem pożyczenie go na wieczne nieoddanie. Nikt nie protestował. Bo przecież jest taka miła i jej się może przydać.

Jeden z adwokatów, pan Ryszard, który przejął po moim Tacie szefowanie w branży, powiedział o Iwonie " Fałszywa Koreanka". Myślał o wyglądzie... A może nie?

Z Jarka wyciągnęła co się dało. Dojścia do środowiska zawodowego, mieszkanie, wychowanie dziecka. Nawet remont domu pod Smoczym Grodem. A na koniec zostawiła chłopa samego.

Czytałem na internecie o różnych głupotach w jej wykonaniu, ale nie chce mi się teraz pisać. Tej pani o mocno tynkowanej facjacie też przebaczam wszystkie kłamstwa,obrazy i kombinacje, których stałem się ofiarą.

Jarek - syn Jarka i Iwony. Cóż ja mogę napisać o tym przesympatycznym dziecku. Oczko w głowie Dziadka i moim także. Nieraz opiekowałem się nim gdy była potrzeba. Płakał raczej rzadko. Jeśli zdarzyło się coś naprawdę niedobrego, siadał w kąciku i cichutko szlochał. Ale łatwo go było uspokoić , utulić. Wracał do dobrego humoru.

Chodził do szkoły na swoim osiedlu. Uczniem był dobrym. W domu lubił zajmować się komputerem. Nawet kulinaria były mu bliskie. Iwona kupiła melakser i mały codziennie sam piekł różne babki i murzynki.

Jareczek od małego był kreowany na następcę Dziadka. I Ojca. Miał być adwokatem. Zrobili mu nawet zdjęcie w todze, gdy Dziadek przechodził na emeryturę. Wiem, że Mały zrealizował ten plan. Skończył prawo i jest adwokatem w Krakowie. Być może pomaga Matce. Może korzysta z jej sławy? Nie wiem. Zniknął mi z pola widzenia.

21 marca 2014 piątek

 Tym razem piszę na drugiej zmianie. Jest pół szóstej.

W mojej historyjce doszedłem już do matury. Do tej pory dużo pisałem o szkole. Wydaje mi się jednak, że nie mogę pominąć jeszcze paru zdarzeń ze sfery rodzinnej. Dlatego cofniemy się teraz aż do podstawówki.

W latach siedemdziesiątych pojawiło się disco. I imprezy towarzyskie przeniosły się z restauracji ( dancingi) i domów (prywatki) do dyskotek. Kto umiał organizował takie imprezy. Przy głośnej muzyce i kolorowym oświetleniu. W mojej szkole też takie były. Najczęściej rocznikowe, organizowane przez komitet rodzicielski. Trzy takie imprezy pamiętam.

Pierwszą, chyba w szóstej klasie odpuściłem. Mimo, że Mama poszła ( była w trójce), ja się uparłem, że nie pójdę. Nie pamiętam teraz dlaczego. Może nie umiałem tańczyć i bałem się kompromitacji? Chyba bardziej to drugie bo ruszać się lubiłem i mogłem. W każdym razie nie poszedłem.

Gdy Mama wróciła, schowałem się na piętrze i udawałem, że śpię. A Mama wróciła z panią Marią- wychowawczynią klasy A. Wydaje mi się, że obie były na lekkim gazie, Mama przyjęła gościa w dużym pokoju. Pani Maria wychodząc powiedziała na pożegnanie: " Kazik przegrał życie". Nie zmam kontekstu, ale to zdanie zostało na długie lata w mojej głowie. Czasem się zgadzam z tym... A czasem chyba jednak nie. Albo w małej części. Póżniej wrócimy może do tego problemu.

Druga dyskoteka była już w ósmej klasie, na początku roku szkolnego. Ta sama świetlica, w której kazano nam oglądać towarzysza Wiesława. Prawie pusta. W kącie stolik z magnetofonem szpulowym. Obok jakieś proste głośniki. Światła przygaszone, kolorowe. Wtedy jeszcze nie migające. Znowu cały rocznik.

Zabawa poszła na maksa. Naprawdę, bardzo dobrze się bawiliśmy.   (cdn)


Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura