2 obserwujących
225 notek
17k odsłon
48 odsłon

B.122 Zapiski wartownika - 14 maja jeszcze raz

Wykop Skomentuj

Dasy trafiła na przechowanie do jednego z kolegów, który miał duży ogród gdzieś na przedmieściach.  

Kiedyś spytałem tego kolegę ( wziął psa na przechowanie) co z Dasy? Odparł tak: " A same problemy mam... Z sąsiadką, która miała kota persa... Kiedyś kot nieopatrznie przelazł przez płot... Pies go dopadł. Parę razy rzucił o ziemię. Potem zakopał w ogrodzie. Sąsiadka to widziała..." No cóż, niełatwo być hodowcą kotów.

Ze służby na szpitalu wróciłem znowu za kierownicę. Zostałem dyspozycyjnym kierowcą samochodu służbowego. Jechałem rano po paliwo, potem zawoziłem Bogdana ( kierowcę) na drugi koniec miasta po bankowóz. Póżniej rozwoziłem pocztę po okolicznych placówkach: Knurów, Czerwionka, Jastrzębie. Około południa z inkasentką jechałem na trasę. Bielsko, Żywiec, Kęty. Gazownie, skarbówka, parę hurtowni. Wieczorem inkaso końcowe. Bank w Wodzisławiu, trzy banki w Rybniku.

Raz wyładowując kasę do wrzutni w Wodzisławiu zobaczyłem, że dojechał do nas samochód. Ktoś wysiadł i podbiegł do naszego. Inkasentka zdrętwiała. Ja prawie też... A to tylko moja żona chciała się zabrać do domu. Tereska pracowała wtedy w ognisku muzycznym w Wodzisławiu.

Kiedyś pędząc przez Bielsko dwupasmówką , byłem na środkowym pasie. Po lewej wyprzedzał mnie jakiś inny wóz. Wpuściłem go przed siebie. Gdy był na skos, jadący przed nim opel zahamował. Trzask tłuczonych lamp... Depnąłem po hamulcach! Było sucho i polonez stanął niemal w miejscu. Dosłownie centymetry od wyprzedzającego! Inkasentka czerwona... Ominąłem ich po prawej. Zaraz był skręt do gazowni. Na parkingu inkasentka powiedziała: " Ale był pan blady". Poszła po kasę . Przez kwadrans zdążyłem się opanować...

Dyrektorowej nie podobało się, że rano najpierw przywożę Kasię do pracy - oczywiście jeśli akurat miałem auto w domu - a potem jadę po Bogdana do Boguszowic. I załatwiła mi powrót na Famagór. Zresztą chyba nie wiedziała jaką straszną krzywdę mi zrobiła! Nie musiałem obawiać jazdy z gotówką bez uzbrojenia. I na dodatek na zakład miałem aż pięć minut na piechotę! Tym razem byłem na bramie osobowej. Trafiłem tam pod koniec pażdziernika albo na początku listopada.

Wśród współpracowników miałem Bruna. Tu specjalizował się w dzwonieniu na 0-700. Długo podobno robił to dyskretnie, ale kiedyś ktoś go nakrył. I zaczęli go pilnować i kablować. Zwłaszcza pan Heniek. Starszy , łysy facet o ksywie Jankes. Ten stawał za plecami Bruna i spisywał wykręcane przez niego numery.

Oprócz tego pracował tam też Antoni. Starszy pracownik, często szczerzący w uśmiechu szczękę uzbrojoną w trzy może cztery zęby. Ubrany w uniform służbowy wyglądający (i pachnący) na równolatka właściciela. Antek kurzył potężne ilości sportów... Był znany z gadulstwa. Potrafił przegadać całą szychtę. Przy nim ciężko było pospać.

Antek opowiadał, że gdy miał szesnaście lat uciekł z domu, bo ojciec zabronił mu iść na tańce. I do tej pory nie wrócił! A lat miał wtedy sześćdziesiąt. Objechał całą Polskę. Pracował w kopalni, stoczni, w cyrku i w zakładzie psychiatrycznym oraz wielu innych miejscach.

Był też Jan. Były górnik i judoka. Raczej małomówny. O jego nałogowym hazardzie dowiedziałem się póżniej.

Przodowym był Ryszard. Emerytowany górnik z Jankowic. Nasz niby szef, planista no i przodowy.

Pracowało też trzech innych górników - emerytów. Na przykład Kazimierz. Rencista po wypadku. Urazu głowy doznał na dole. Był lekko spowolniały. Miewał zaćmienia w myśleniu. Był znany z zamiłowania do roślin wszelkich. (cdn)


Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura