dr Wincenty Kalemba dr Wincenty Kalemba
212
BLOG

Po polsku mówimy i piszemy „na”, a nie „w” Ukrainie

dr Wincenty Kalemba dr Wincenty Kalemba Społeczeństwo Obserwuj notkę 19
„W” czy „na” Ukrainie? Kwestia sporna. Temat stary, ale wciąż głupio obecny w naszej przestrzeni. Putin mówi „w Ukrainie” („в Украине”). Nie mów jak Putin!

Językoznawcy uznają, że w pewnym stopniu, obie formy są poprawne. Z gramatycznego punktu widzenia nie ma przeszkód, aby mówić „w Ukrainie”. Tylko po co to czynić? W tym wypadku jednak gramatyka ma spore znaczenie. Wybierając dany przyimek, możecie bowiem okazać swój szacunek dla ojczystego języka, albo podać w wątpliwość tradycję istniejącą w polskiej kulturze. Nie ma w polszczyźnie reguły mówiącej, że przyimek „w” stosuje się wobec państw, a „na” – wobec prowincji. Mówimy „w Wielkopolsce”, „w Siedmiogrodzie”, „w Tyrolu”, a jednocześnie „na Łużycach”, „na Morawach”. Większość państw wymaga przyimka „w”, ale kraje wyspiarskie („na Cyprze”) oraz sąsiadujące z Polską z reguły domagają się użycia „na”. Stąd „na Łotwie”, „na Litwie”, „na Białorusi”, „na Ukrainie”, „na Słowacji” i „na Węgrzech”. Już samo wyliczenie tych państw obala inny argument, że przyimek „na” podkreśla obecną lub dawną przynależność do państwa polskiego jakiegoś obszaru. Ani Węgry nie były częścią Polski, ani mówienie „w Tyrolu” nie oznacza postulowania niepodległości tego regionu.

W Poradni Językowej Słownika Języka Polskiego PWN głos w tej sprawie zabrał prof. Mirosław Bańko z Uniwersytetu Warszawskiego i stwierdził, że przyimek „w” zdaje się „lepiej podkreślać samoistność polityczną danych obszarów”. Czy to oznacza, że jeśliby, nie daj Boże, Ukraina utraciła swoją „samoistność polityczną” to pan profesor zaleci stosowanie zaimka „na”? Totalna bzdura. Takie irracjonalne, głupie nielogiczności pojawiają się w języku, gdy propagandowe zadęcie przesłania zdrowy rozsądek. Niewątpliwie znów mamy do czynienia z bezmyślnym kalkowaniem z języka angielskiego („in Ukraine”), gdzie grupa niedouczonych polskojęzycznych dziennikarzy zaczęła używać kalki „w Ukrainie” a potem powstała do tego wielka ideologia.

Formy „w Ukrainie” do niedawna używały środowiska lewicy uznające, iż priorytetowym kryterium rozstrzygania sporu nie jest prawda, lecz wrażliwość jego uczestników. Cóż, z pewnością nic nie jest wieczne, nie każdą zmianę należy odrzucać, ale w takim ujęciu pojawia się pytanie, co z podróżami „na Litwę”, „na Słowację” lub też „na Węgry”? Czy w tym wypadku też mamy zrezygnować z tradycyjnej formy? Owszem, mieliśmy z Węgrami wspólnych monarchów, ale przecież ani my nie uważamy, że Węgry są nasze, ani też Węgrzy nie sądzą podobnie. Wydaje się więc, że przykład węgierski – najczystszy, bo dotyczący narodu o równie wielkich tradycjach jak nasze – powinien ostatecznie obalać argumentację tych, którzy widzą w podróży „na Ukrainę” ukryte odwołanie do tradycji imperialnej.

Poza tym przywołajmy jeszcze jeden argument: to Rosjanin powiedziałby, że „jedzie w Ukrainę”. Formuła „w Ukrainie” to więc w istocie rusycyzm. Utworzony całkowicie niepotrzebnie, bo – jak widzimy – twierdzenie, że wersja „na Ukrainie” jest w jakiś sposób degradująca czy też poniżająca, nie wytrzymuje krytyki. Znany filolog Gościwit Malinowski, dr hab. nauk humanistycznych w dziedzinie literaturoznawstwa, profesor nadzwyczajny w Instytucie Studiów Klasycznych, Śródziemnomorskich i Orientalnych Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego słusznie napisał: Każdy kto mówi „w Ukrainie” nie tylko mówi jak kacap, używa rusycyzmu, ale do tego usuwa Ukrainę z serc i pamięci Polaków.

Już dość dawno głos w tej sprawie zabrał prof. Jan Miodek, najbardziej znany polski językoznawca, wspierając tradycjonalistów. „Odwieczna tradycja jest taka, że jeździmy do Urugwaju, do Paragwaju, do Argentyny, do Niemiec, do Portugalii, do Francji, do Hiszpanii. Ale od wieków jeździmy na Węgry, na Litwę, na Łotwę, na Białoruś i na Ukrainę.” – przypomniał, dodając, że forma „na” jest znakiem „odwiecznych relacji między nami”, choć jednocześnie wprowadza pewien element „swojskości”.

Najlepiej zaś cały „spór” podsumował Leszek Żebrowski, ekonomista i publicysta historyczny: „Ludzie specjalnej troski – niezwykle podatni na tandetną propagandę miotają się od ściany do ściany, chcąc specyficznie zabłysnąć. No cóż, wolno im. Ale to nie znaczy, że owczym pędem musimy wszyscy temu ulegać. Nastała moda na szczególną niby poprawność (czyli niepoprawność), czego przejawem jest m.in. kacapienie własnego języka. Zwrot: „w Ukrainie”, choć zdarzał się w przeszłości, jest dziś uznawany za rusycyzm. A Polacy nie gęsi, więc nie powinni zbiorowo gęgać.”

O! To, to, to, to! O to właśnie chodzi. Tak powinniśmy się zachowywać. Skoro językoznawcy twierdzą, że w zasadzie obie formy w pewnym sensie są poprawne, ale używanie przyimka „w” wynika ze zwyczajnej polit-poprawnościowej propagandy oraz w jakimś sensie nieznajomości języka polskiego, a „na” wypływa z uznanej tradycji, to nas nie zaboli korzystanie z tego drugiego. Będzie za to symbolicznym uznaniem i podziwem dla własnej kultury.

W skrócie: korzystanie z przyimka „na” oznacza szacunek dla ojczystego języka. Jeśli mimo to z uporem maniaka, w imię źle pojętej solidarności z ofiarami rosyjskiej agresji czy też sprzeciwu wobec językowej tradycji będziecie dalej używać „w” ktoś może uznać was za dupków. Tak, to naprawdę jest aż tak prosta sprawa.

za: Łukasz Adamski „Rzeczpospolita”; Rafał Christ, rozrywka.spidersweb.pl; Jacek Karnowski, idziemy.pl; nacjonalista.pl

Jestem energiczny, ekstrawertyczny, ufny swoim możliwościom, zawsze dążący do osiągnięcia konkretnego celu.

Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo