Polska i Niemcy. Reparacje jako punkt przełomowy

Mateusz Morawiecki i Olaf Scholz. Fot. Kancelaria Premiera
Mateusz Morawiecki i Olaf Scholz. Fot. Kancelaria Premiera
Mylą się ci, co łamią ręce, że najlepsze w relacjach Warszawy i Berlina jest już za nami. Najlepsze i najciekawsze to się tutaj dopiero zaczyna!

Przez ostatnich 30 lat wiele się w relacjach Polki i Niemiec zmieniło. Po pierwsze, Polska zniwelowała znacznie swoje gospodarcze zapóźnienie wobec zachodniego sąsiada. Widać to nie tylko na gołych wskaźnikach ekonomicznych (w 2000 roku polskie PKB stanowiło 20 proc. niemieckiego, a dziś to ok. 40 proc.). Ale także, gdy chodzi o strukturę gospodarczą - coraz więcej polskich podmiotów z podwykonawcy staje się bowiem konkurentem podmiotów niemieckich. 

Zobacz: Będziemy oszczędzać energię w godzinach szczytu. Tak Unia chce odpowiedzieć Rosji

Dlaczego warto zabiegać o reparacje 

Po drugie, nie jesteśmy już nowicjuszem na arenie unijnej. Dorosło nam nawet pierwsze pokolenie Polek i Polaków urodzonych po akcesji do wspólnoty. Dla nich Unia to normalność. Nie zaś spełnione marzenie wokół którego trzeba chodzić na paluszkach, bo jeszcze pryśnie jak bańka mydlana.

Po trzecie, autorytet niemiecki w Europie uległ w ostatnich latach znaczącej erozji. Najpierw w wyniku sposobu rozwiązania kryzysu zadłużeniowego (na południu na dźwięk nazwiska ministra finansów Wolfganga Schaeublego do dziś słychać zgrzytanie zębów. I to nie tylko ze względu na trudną wymowę). Nowy cios przyszedł ostatnio, gdy legła w gruzach koncepcja Ostpolitik, którą Berlin w czasach Angeli Merkel suflował Europie.

Po czwarte, mam wrażenie, że głębokie wpływy Niemiec na polskie życie wewnętrzne też uległy w ostatnich latach zmniejszeniu. Trochę w sposób naturalny (niemieckie fundacje polityczne nie są już potentatami na tle innych podmiotów rządowych i trzeciego sektora na rynku idei). A trochę poprzez celowe ograniczanie ich wpływów (na przykład na rynku medialnym - patrz odkupienie sporej części prasy lokalnej od niemieckiego wydawcy Passauer Neue Presse).

Aby dostrzec szczegóły pozwólcie, że naszkicuję szerszy kontekst. Ci z was, którzy czytają mnie trochę dłużej wiedzą, że kiedyś siedziałem mocno w sprawach polsko-niemieckich. Niemcy i Polska to była moja studencka specjalizacja, mówię w ich języku i kilka razy miałem okazję dłużej pomieszkać w takich miejscach jak Berlin i Hamburg. To były - mniej więcej - lata 2005-2015. Pisałem wtedy sporo na ten temat.  

Putin zdradził, dlaczego zaatakował Ukrainę. Internauci wychwycili jego dziwne zachowania

Niepartnerskie relacje 

Dobrze pamiętam klimat relacji polsko-niemieckich z tamtych czasów. Był to klimat stosunków mocno niepartnerskich. Niemcy dominowały bowiem pod każdym względem. Gospodarczo, politycznie, kulturowo. Co do tego nie było żadnych wątpliwości. W tle mieliśmy doświadczenie lat 90. To znaczy czasu, gdy Niemcy przybrały wobec wschodniego sąsiada - bardzo dla siebie wygodną - rolę adwokata w jego prozachodnich staraniach. Nie tylko w drodze do Unii Europejskiej, ale także - jak dowodził bardzo aktywny wówczas publicystycznie szef warszawskiego biura Fundacji Adenauera Henning Tewes - do NATO.

Towarzyszyło temu objęcie Polski siecią bardzo aktywnych niemieckich fundacji partii politycznych. W czasach, gdy polski trzeci sektor dopiero raczkował i był potwornie niedoinwestowany, rola takich aktorów - takich jak Fundacje Adenauera (CDU) czy Eberta (SPD) - była dużo silniejsza niż się na pierwszy rzut oka wydaje. I niż - szczerze mówiąc - być powinna. Utwierdzało to brak równowagi we wzajemnych relacjach. Nierównowagi widocznej także na wielu innych polach: od ekspansji niemieckich wydawnictw medialnych nad Wisłą (na poziomie lokalnym oraz ogólnokrajowym) po rolę potęgę dużych koncernów budowlanych albo spożywczych. 

W TVP polecą głowy? Pierwsze decyzje nowego prezesa Telewizji Polskiej

Polskie elity polityczne radziły sobie z tym problemem starym dziecięcym sposobem. To znaczy poprzez zamknięcie oczu. Mówiono więc, że ta systemowa nierównowaga albo wcale nie istnieje. A nawet jak istnieje, to nie będzie miała żadnych skutków negatywnych i jest w nowej zjednoczonej Europie sytuacją zupełnie normalną. To droga którą poszła ogromna cześć establishmentu. Zwłaszcza tego, który sam określa siebie jako liberalny i proeuropejski. Każdy, kto zbyt głośno zwracał uwagę na polsko-niemiecką nierównowagę był metkowany jako pieniacz-nacjonalista, spadkobierca antyniemieckiej propagandy PRL i populista-antyeuropejczyk. A najlepiej wszystko na raz. Tym sposobem argumentacja wskazująca na problem systemowej dominacji Niemiec nad Polską została z debaty publicznej w Polsce wyrugowana. Stając się po prostu tematem tabu.

Taka tabuizacja nie była oczywiście zdrowa i skutkowała całym szeregiem problemów. Czasem nawet zabawnych. Sam pamiętam, jak w roku 2007 pojechałem do Berlina na wywiad z Guido Westerwellem. Ten (dziś już niestety świętej pamięci) polityk, był wówczas przewodniczącym FDP - a więc partii, która szykowała się wtedy do roli współkoalicjanta CDU po wyborach roku 2009. Sam Westerwelle miał zaś objąć rolę wicekanclerza i (zgodnie z tradycją) ministra spraw zagranicznych.

Lubię to! Skomentuj102 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka