Jeśli zrozumiemy, dzięki głębszemu wglądowi (za Arytotelesam, MacIntyrem), iż rzekoma demokracja, to w istocie oligarchia, to wszystko staje się jasne i zrozumiałe: pieniądze (choćby kradzione) okazują się miarą człowieka; dobry polityk to taki, co napędza kasę wpływowym oligarchom, zwalczajac mniej wpływowych.
Politycy, nieco bardziej staroświeccy, posiadający jakieś hamulce moralne i pobudki bardziej szlachetne (działając - przynajmniej także - pro publico bono) mogliby wygrywać zaciętą rywalizację z tymi drugimi, gdyby sędziowie tych rozgrywek mieli wzgląd na dobro wspólne i powszechne obywateli (przynajmniej) własnego kraju. To jednak nie zachodzi. Ci, co stanowią nadzór nad publicznym osądem i de facto głosowaniem (właściciele i dyponenci mediów), zainteresowani są swoimi korzyściami obecnymi, przyszłymi i na wieki wieków ich własnymi.
Żeby tak obywatele byli trochę choć przekorni, to od czasu do czasu doprowadzaliby do bankructwa najbardziej antobywtaelskich platform medialnych. Choćby z odrazy do chamstwa, łajdactwa i oszustwa. Może by wtedy niektórym mediom zaczęła sie opłacać rzetelna informacja i rzeczowa, sprawiedliwa opinia. czego Salonowi 24 i sobie życzę.
W oligarchii Kaczyński i PIS ma szanse nie za duże, ale czy nazywając oligarchię demokracją, zaklinając ją aby okazała się czym nie jest, po prostu się nie oślepiamy i nie osłabiamy?
Czas by nazywać rzeczy po imieniu i zmierzyć się z prawdziwym obrazem, nie z fantomami.
Może, gdzieś tam, na Zachodzie, istnieje coś bliższego autentycznej demokracji, lecz raczej wątpię. Nie chcę oczywiście prześlepiać różnicy między autokracjami a oligarchiami, z instytucjami powszechnych wyborów itd. Lecz to wystarczający powód, by mówić o jakiejś demokratycznej wyroczni w Polsce - to tylko kiepski teatr, gdzie większa część publiczności została wynajęta do oklaskiwania marnych aktorów, także wynajętych, itd. itp.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)