246 obserwujących
1040 notek
2361k odsłon
9739 odsłon

Ekspert NASA: brzoza nie urwała skrzydła

Wykop Skomentuj128

Polski Tu-154 nie mógł utracić skrzydła po uderzeniu w brzozę – wynika z analizy przeprowadzonej przez prof. Wiesława Biniendę, dziekana wydziału inżynierii Uniwersytetu Akron w stanie Ohio i członka Grupy Ekspertów ds. Wypadków Lotniczych NASA. Wyliczenia te obalają tezy raportu Millera, potwierdzając jednocześnie słuszność ustaleń dziennikarzy „Gazety Polskiej”.

Analizy przedstawione 8 września 2011 r. przed smoleńskim zespołem parlamentarnym mają przełomowe znaczenie dla badania katastrofy, w której zginęła para prezydencka, najważniejsi polscy dowódcy wojskowi, prezesi NBP i IPN oraz wielu posłów i senatorów. Według Antoniego Macierewicza, przewodniczącego Zespołu Parlamentarnego ds. Badania Przyczyn Katastrofy Tu-154M, uprawniają one do publicznego postawienia następujących pytań:

Dlaczego tak długo nas okłamywano?

Dlaczego eksperci komisji Jerzego Millera podpisali się pod fałszywym raportem?

Co rzeczywiście stało się nad Smoleńskiem?

Miller bez argumentów

Szczególną wartość mają wyniki eksperymentu dokonanego przez prof. Biniendę przy pomocy specjalnego programu obliczeniowego LS-DYNA3D. Zostały one zweryfikowane przez ekspertów FAA (amerykański odpowiednik polskiego Urzędu Lotnictwa Cywilnego) i NASA (słynną agencję kosmiczną). Rezultat tej analizy nie pozostawia wątpliwości: skrzydło Tu-154M powinno przeciąć brzozę, a jego ewentualne uszkodzenie – utrata niewielkiego fragmentu krawędzi skrzydła – nie zmniejszyłoby stabilności samolotu.

Zespół prof. Biniendy wziął pod uwagę przy przeprowadzaniu tego doświadczenia m.in. masę i prędkość tupolewa, średnicę i gęstość drzewa, budowę i parametry materiałowe skrzydła, a więc wszystkie elementy, które całkowicie pominęła w swoim raporcie tzw. komisja Millera. Przypomnijmy, że eksperci ministra spraw wewnętrznych oparli swoją wersję zdarzeń (uderzenie w brzozę, utrata sporej części skrzydła, obrót samolotu o 180 st.) przede wszystkim na... zdjęciach Siergieja Amielina, rosyjskiego dziennikarza wychwalającego pracę MAK i Tatiany Anodiny. Nawet w mającym zawierać szczegółowe ekspertyzy protokole do raportu komisji Millera nie przedstawiono żadnych wyliczeń czy analiz, które uzasadniałyby podstawową tezę tego dokumentu – zbieżną, jak wiemy, z wersją Rosjan.

Nie dziwi zatem, że podczas prezentacji przed zespołem Antoniego Macierewicza prof. Binienda publicznie wezwał Jerzego Millera do przedstawienia szczegółowych badań rządowej komisji dotyczących zderzenia samolotu z brzozą. Czy doczeka się reakcji? Ministerstwo Spraw Wewnętrznych odpowiedziało nam, że komisja Millera zawarła wszystkie wyniki przeprowadzonych badań w raporcie, protokole oraz załącznikach.

Zaznaczmy, że autorytet naukowy Wiesława Biniendy jest nie do podważenia. Profesor jest dziekanem wydziału inżynierii Uniwersytetu Akron w stanie Ohio oraz członkiem grupy ekspertów ds. badań katastrof lotniczych takich instytucji i firm jak NASA, FAA oraz Boeing. Może się także pochwalić doktoratem z dziedziny badania wytrzymałości materiałów, honorowym członkostwem Amerykańskiego Stowarzyszenia Inżynierów Lądowych (ASCE) oraz stanowiskiem redaktora naczelnego „Journal of Aerospace Engineering”. Przeróżni komentatorzy, którzy do tej pory próbowali dezawuować pracę Antoniego Macierewicza, nazywając go samozwańczym ekspertem od lotnictwa, mają więc dziś trudny orzech do zgryzienia.

Podejrzane stenogramy? Mieliśmy rację

O tym, że lansowana od samego początku w mediach wersja katastrofy jest niewiarygodna, „Gazeta Polska” pisała już 28 kwietnia 2010 r. w tekście pt. „Samolot nie mógł rozpaść się na kawałki”. Potem, gdy teoria pancernej brzozy zyskała status oficjalny, a więc po publikacji raportów MAK i komisji Millera, wielokrotnie ukazywaliśmy wątłość tej hipotezy, wskazując na brak dowodów pozwalających na taki przebieg zdarzeń. Publikowaliśmy też zdania ekspertów, m.in. pilota Tu-154 kpt. Janusza Więckowskiego, który mówił m.in., że wykonanie przez ten samolot półbeczki po zderzeniu z drzewem jest niemożliwe.

Niedawno okazało się, że mieliśmy rację także w kwestii oceny wiarygodności odczytów nagrań z rejestratora rozmów w kokpicie Tu-154 (CVR). Gdy komisja Millera zarzuciła pilotom Tu-154, że korzystali w ostatnim etapie lotu z niewłaściwego wysokościomierza, napisaliśmy: „Jedyną poszlaką wskazującą na takie zachowanie załogi jest synchronizacja komend z odczytanego przez Rosjan rejestratora rozmów (CVR) z zapisami polskiej skrzynki (ATM-QAR). Synchronizacja ta obarczona jest jednak najprawdopodobniej błędem (...), a komendy nawigatora dotyczące wysokości nie pokrywają się z przypisywanymi im wskazaniami wysokościomierza radiowego”.

To, co zobaczyliśmy w opublikowanych przez ekspertów Millera stenogramach rozmów z kokpitu, przerosło nawet nasze „spiskowe” spekulacje. Oto przykład: różnica czasów między stenogramem MAK a stenogramem komisji Millera wynosi 3 s, co wynika – mówiąc najprościej – z różnicy między „zegarami” rejestratorów lotu. Tak więc według stenogramu MAK o godz. 10:38:20 (czas moskiewski) w kokpicie padły słowa: „pół mili nam zostało”, natomiast według stenogramu Millera zdanie to zostało wypowiedziane o godz. 10:38:23. Różnica wynosi 3 s, co pokrywa się z wielkością wspomnianego wyżej „przesunięcia czasowego”.

Ale kilkadziesiąt minut wcześniej, według stenogramu MAK o godz. 10:03:54, jeden z pilotów rozpoczyna zdanie: „Na koniec kariery... (niezrozumiałe)”. To samo zdanie w stenogramach Millera zaczyna się jednak o godz. 10:04:03, różnica w tym wypadku wynosi, nie wiedzieć czemu, aż 9 sekund! Oznacza to, że rosyjscy i polscy eksperci słuchali dwóch zupełnie różnych taśm.

Takich przykładów jest znacznie więcej (w internecie zebrał je bloger Robert Kujawski). Wskazują one nie to, że błędnie zsynchronizowano zapisy rejestratorów lotu z nagraniami kokpitu, lecz że te ostatnie zostały po prostu zmontowane.

Medialna kontrofensywa „michnikowszczyzny”

Mainstreamowe media oczywiście zgodnie przemilczały zarówno ustalenia zespołu Antoniego Macierewicza (poparte międzynarodowym autorytetem prof. Biniendy), jak i szokujące niezgodności w opublikowanych przez komisję Millera stenogramach. To zresztą metoda stosowana od dawna – wcześniej nieoficjalną cenzurą obłożono m.in. artykuły „GP” o reklamowaniu przez biuro Bronisława Komorowskiego jednej z firm remontujących Tu-154 czy informacje o wyłączeniu komputera pokładowego tupolewa na wysokości 15 m.

Zamiast tego „Gazeta Wyborcza” i inne media, które od kwietnia 2010 r. dzielnie wspierały Rosjan w ich dezinformacji w sprawie Smoleńska, na powrót zajęły się hipotezą „naciskową”.

Najpierw, 5 września 2011 r., Polska Agencja Prasowa rozesłała depeszę sporządzoną na podstawie rozmowy z emerytowanym pilotem Tu-154, Lechem Kasprowiczem. „Jego zdaniem z zapisów stenogramów można wywnioskować, że »jednak była presja, i to duża«. Według Kasprowicza świadczą o tym fragmenty, w których w kokpicie rozmawiano m.in. o godzinie rozpoczęcia uroczystości w Katyniu, braku decyzji prezydenta, które lotnisko zapasowe wybrać” – mogliśmy przeczytać w wiadomości wyeksponowanej głównie w „Gazecie Wyborczej” i radiu TOK FM.

Tego samego dnia gazeta Adama Michnika opublikowała obszerny tekst autorstwa Bogdana Wróblewskiego, poświęcony zawartości stenogramów Millera. Już nagłówek artykułu sugerował, że za katastrofę odpowiada śp. Lech Kaczyński. Jak mogliśmy przeczytać: „»Ja się tylko martwię tym, (co mi?)...« (...) – to słowa kpt. Arkadiusza Protasiuka oczekującego na decyzję prezydenta, czy i gdzie lądować 10 kwietnia 2010 r. Nieznane fragmenty zapisu nagrań w kokpicie pokazują dramat dowódcy, który decyzję musiał podjąć sam”.

Następnie dziennikarz „Wyborczej” (który zasłynął tekstem pt. „Rosja robi wszystko, aby pomóc w śledztwie” z 13 kwietnia 2010 r.) twórczo rozwinął swoją tezę: „Decyzja o wyborze lotniska zapasowego należała jednak do dysponenta lotu, czyli prezydenta Lecha Kaczyńskiego. I aż do tragicznego finału lotu nie została podjęta. Stenogramy pokazują dramat pilotów, którzy wiedzieli, że warunków do lądowania w Smoleńsku nie ma. Czekali na tę decyzję, gdzie skierować samolot. I się nie doczekali”. W tekście Wróblewskiego nie zabrakło też spopularyzowanej przez ekspertów MAK i Jerzego Millera analizy psychologicznej: „Być może – w protokole tego wprost nie znajdziemy – obu pilotom przypomniał się tzw. incydent gruziński z 2008 r.”.

Leszek Misiak, Grzegorz Wierzchołowski

Wykop Skomentuj128
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale