28 obserwujących
35 notek
188k odsłon
2047 odsłon

Czterech jeźdźców Apokalipsy

Wykop Skomentuj10

    Trudno przecenić wpływ pandemii Marka Aureliusza, będę się trzymał tego terminu, na życie polityczne, społecznie i gospodarcze imperium rzymskiego. Było równie dewastujące jak epidemia „czarnej śmierci”, w 12 wieków później. Epidemia trwała około 15 lat, gdy wygasła ostatecznie około 180 roku nic w imperium nie było takie jak wcześniej. Jeśli to była ospa, to na ciałach i twarzach tych co przeżyli chorobę zostawiła blizny, dzioby po ospie. Okropnie szpecące. Musiała to być katastrofa, zwłaszcza dla kobiet. Można powiedzieć, że pandemia Marka Aureliusza złamała kręgosłup imperium. Imperium rzymskie przetrwało, ale ciężko poszkodowane, kalekie. Wypaczone. Inne. Nigdy już nie wróciło do dawnej potęgi. W dwa wieki później, w 350 roku liczyło około 40 milionów mieszkańców, 2/3 stanu z początku panowania Marka Aureliusza. Pandemia zmieniła nieodwołanie również balans sił między imperium rzymskim a barbarzyńcami na północ od Dunaju i na wschód od Renu. Pandemia przekroczyła Ren i Dunaj, ale plemiona barbarzyńskie rozproszone na dużych obszarach i nie mające wielkich miast ani skupisk ludzkich, ponieśli niewielkie straty od zarazy. Teraz barbarzyńcy byli znacznie mocniejsi, lub inaczej to Rzym był o wiele słabszy.

    Wspominałem, że zaraza najmocniej pożerała ludzi w ludnych miastach. Były jeszcze dwa centra zarazy. Pierwszym z nich to były obozy wojskowe. Żołnierze przynieśli zarazę ze wschodu. W osiemnaście wieków później, pod koniec I wojny światowej sytuacja powtórzyła się. Obozy wojskowe i koszary stały się wylęgarnią nowej pandemii, zwanej grypą hiszpanką. Powracający do domów żołnierze przynieśli epidemię, na którą umarło więcej ludzi niż zginęło od bomb i pocisków w czasie całej wojny. Tu wirus ptasiej grypy, tam, prawdopodobnie, wirus ospy. Żołnierzy kochają nie tylko panienki, lecz także wirusy. Marek Aureliusz spodziewając się uderzenia barbarzyńców ściągnął ze wschodu wysłane wcześniej tam legiony i skoncentrował je razem z pozostałymi na miejscu jednostkami, również tymi ze świeżego zaciągu. Logiczne, militarne posunięcie. Lecz nie w czasie zarazy. Żołnierze przynieśli ze sobą zarazę, która w skupisku ludzi stłoczonych w koszarach na niewielkiej przestrzeni wybuchła niczym stogu siana. Żołnierze służyli 20 lat, mieli żony, czy konkubiny i dzieci. Obok obozu wojskowego mieścił się drugi obóz, cywilny kilkukrotnie liczniejszy. Wszyscy i cywile i żołnierze padali ofiarą zarazy. Niewiele o tym wiemy, rzymscy kronikarze tylko o tym napominają, ale straty musiały być ogromne. W cywilach mniejsza, ale straty pośród legionistów były nie do przeceniania. Bez wyciągania mieczy z pochew rzymskie legiony poniosły większe straty od zarazy niż w najcięższej i przegranej wojnie.

   Wobec grozy zarazy i ogromnej liczby zmarłych i chorych załamała się rzymska dyscyplina, szerzyła się masowa dezercja. Rzymska dyscyplina była… bezlitosna. Nasz rzecznik Praw Obywatelskich zgłupiałby do szczętu, gdyby słyszał, jak traktowano legionistów. Za uśniecie na warcie – śmierć. Winowajcę musieli zatłuc na śmierć koledzy z drużyny, których naraził! Wszystkie przewinienia karano okrutną chłostą i/lub śmiercią. W każdym legionie na etacie zatrudniano kata, który miał pełne ręce roboty. Ale czasami kat nie dawał rady i musiał zatrudniać pomocników. Najsurowsza karą była decymacja, czyli dziesiątkowanie. W jednostce, która stchórzyła, co dziesiątemu, losowo wybranemu, żołnierzowi kat odrąbywał głowę na pniaku. W legionie liczącym około 5000 żołnierzy łatwo policzyć, ile to głów do odrąbania. Nic dziwnego, że kat się czasem nie wyrabiał. Karą za dezercję była śmierć, i to okrutna. Dezerterów krzyżowano, lub dla rozrywki zmuszano do walki przeciw sobie, czy rzucano na pożarcie dzikim zwierzętom. Egzekucje dezerterów, jak twierdzą historycy, dały początek walkom gladiatorów na arenie. Wobec grozy zarazy wielu żołnierzy wolało dezercje i tylko prawdopodobną śmierć w przypadku złapania, niż pewną śmierć w armii od choroby. Zresztą w ówczesnej sytuacji za bardzo nie było komu ścigać i łapać dezerterów. Licząc łącznie zmarłych, chorych i dezerterów rzymskie legiony mogły stracić od połowy do nawet 2/3 stanów. Lub więcej. Takie straty oznaczają, że stały się niezdolne do walki. Prócz prostych żołnierzy zaraza zdziesiątkowała też kadrę: oficerów i podoficerów. Trzeba było lat na odrobienie strat i odbudowę zdolności bojowych legionów. Dezerterzy uciekali głownie do barbarzyńców. No bo gdzie mieli się schronić? Ci, co wracali do domów stawali się karmą dla niedźwiedzi, czy lwów.

    W każdym traktacie, jaki Rzym zawierał z barbarzyńcami uparcie powtarzał się jeden punkt: barbarzyńcy mieli wydać rzymskich uciekinierów. Podobnego punktu w druga stronę nie było. Widać w którym kierunku uciekano: do barbarzyńców. Nie w drugą stronę. Powinno to dać historykom do myślenia, bo ludzie zawsze uciekają z gorszego do lepszego, ale… szkoda gadać. Upór z jakim Rzymianie ten punkt forsowali, świadczy o tym, że pozostawał martwą literą. Barbarzyńcy pod przymusem zgadzali się na papierze wydać uciekinierów, ale gdy uścisk Rzymu malał pogodnie to ignorowali. Dezercja z rzymskiej armii wielce służyła wrogom Rzymu. Po pierwsze osłabiała rzymskie legiony. Po drugie, dezerterzy byli źródłem nieocenionych informacji na temat rzymskiej armii: jej uzbrojenia, taktyki, stanu oddziałów i umocnień, zapasów żywności i broni, nawet charakterystyki dowódców. W drugą stronę to nie działo. Rzymianie niewiele, lub nic nie wiedzieli o barbarzyńcach i ich planach. Nic dziwnego, że na początku ponosili klęskę za klęską.

Wykop Skomentuj10
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura