26 obserwujących
43 notki
176k odsłon
164 odsłony

O przyjaciołach i sojusznikach

Wykop Skomentuj

Za nami kolejny ciekawy tydzień. Nuda ma wiele wad i jedną, lecz wielką zaletę, że jest… nudna. Dla osób piszących nuda to wielka wada, bo o czym tu pisać, lecz w życiu nuda to zaleta. Aczkolwiek niby wszyscy tak tej nudy nie cierpią. Nawet rytualne narzekanie na nudę bywa wielce przyjemne. Jak po sytym obiedzie siedzi sobie człowiek w fotelu i w duchu narzeka: ale się objadłem, nie powinienem, ale znów zjadłem za wiele. Zawiniłem, ale było takie dobre jedzenie. I zupa dobra i świetne drugie danie. No i ten boski, słodki deser… Zgrzeszyłem obżarstwem, lecz więcej tego nie uczynnię, zaczynam nowe, lepsze życie, nowa dietę; kupię karnet na siłownie i będę chodził tam co najmniej dwa razy w tygodniu; będę biegał, jeździł na rowerze do i z pracy, rankiem popędzę na basen. Ale nie dziś. Jutro. Zacznę od jutra. I tak mu błogo z tej sytości i z tego narzekania i od tych postanowień zmiany… i już się czuje  zmęczony tym bieganiem, rowerem i pływaniem, i tym swoim nowym, lepszym ja, i tym swoim wyrazistym sześciopakiem na brzuchu. że zasypia snem sprawiedliwego.

   Ale to nam nie grozi, owo słodkie lenistwo i nuda miła i wygodna jak rozdeptane kapcie. W zeszłym tygodniu miała miejsce w naszej stolicy wiekopomna konferencja, a raczej miała być wiekopomna konferencja poświęcona… Właściwie nawet nie wiadomo, czego tyczyła się ta konferencja. Skoro nie znany jest temat konferencji, jej cel, to co mówić dalej? Oficjalnie celem konferencji miało być ustanowienie, a przynajmniej przybliżenie pokoju na Bliskim Wschodzie. Nieoficjalnie celem konferencji w Warszawie miałoby być zawiązanie nowej koalicji przeciwko Iranowi, uprzedzającej uderzenie na ten kraj. Tak przynajmniej głosiły władze Iranu i miały powody do obaw. Na szczęście dla Iranu nic z tego nie wyszło. Konferencja Bliskowschodnia w Warszawie ani na milimetr nie przybliżyła pokoju, ani wojny na Bliskim Wschodzie. Podobnie jak setki innych konferencji organizowanych w różnych krajach w tym samym zbożnym celu. Dyplomaci z różnych krajów zjechali się na wielka rytualną nasiadówę, pojedli, popili, podrzemali w fotelach konferencyjnych, udając, że słuchają wystąpień, przemówień ważnych oficjeli. Dyplomaci to zazwyczaj inteligentni ludzie, choć nie zawsze, jak się okazuje; doskonale wiedzą, że szkoda tracić czas na słuchanie kolejnych wspaniałych pomysłów na rozwiązanie problemu kwadratury koła. Lepiej się przespać lub podumać o niebieskich migdałach. Po czym rozjechali się do swoich krajów w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Kolejna konferencja o pokoju na Bliskim Wschodzie odfajkowana.

   Atoli ta konferencja była ciekawa przez wątki poboczne, czyli nasze, polskie. Polska przecież nie leży na Bliskim wschodzie i ma się nijak do konfliktu izraelsko – palestyńskiego, czy wrogości Izrael – Iran, a przecież to Polska stała się głównym tematem konferencji, przynajmniej w polskich, polskojęzycznych mediach. W sumie to zabawne. Amerykanie wymyślili, że zorganizują konferencję o sprawach Bliskiego Wschodu w Warszawie. Nie wiadomo w jakim celu: czy przeciwko Iranowi, czy za pokojem, ale zorganizują, i to nagle, całkiem znienacka i to w Warszawie. Może to Żydzi z Izraela to wymyślili, tę konferencję? Mniejsza kto wpadł na ten pomysł, ale to Amerykanie zadzwonili do naszego rządu i zawiadomili ich, że będą gospodarzami bardzo ważnej konferencji. Jak było dokładnie nie wiem, ale łatwo się domyślić, że nasz rząd gładko podchwycił temat. Jakże by inaczej: ważna konferencja bliskowschodnia w stolicy naszego kraju: co za nobilitacja, awans do wyższej ligi, a jeszcze gdy Amerykanie wspomnieli o forcie Trump to resztki lodów poszły. Nasz „niezależny” rząd z entuzjazmem podchwycił ideę organizowania konferencji w Warszawie. Wszyscy chcieli dobrze, wszyscy poza wrażym rządem Iranu, a wyszło, jak wyszło.

   Niewiele rzeczy tak podnieca naszych polityków jak ów mityczny fort Trump, czyli stała baza wojsk amerykańskich w Polsce. Fortu nie ma, nawet w planach, a już ma swoja nazwę i żyje swoim życiem. Jakim życiem… Nazwanie pozagrobowym nie pasuje, fort Trump żyje swoim przed-narodzinowym życiem. Tak jest poprawniej. Z drugiej strony to wyższy stopień abstrakcji przejść od wychwalania życia pozagrobowego do kontemplacji życia przednarodzinowego. I to naszych rządzących cieszy niepomiernie. Co prawda takie rozważania pasują bardziej do buddyzmu, do wędrówki dusz, reinkarnacji, do osiągnięcia całkowitego oświecenia, czyli oczyszczenia karmy, cokolwiek to oznacza, niż do chrześcijaństwa i katolicyzmu, które oficjalnie głoszą nasze władze, no ale nie takie rzeczy zdarzają się na tym świecie. Jeden mówi: aaaa, drugi słyszy beeee, a inny iiiiispier… Porzućmy metafizykę buddyjską na rzecz świata bardziej realnego czyli wirtualnego, tak więc wirtualny fort Trump niezmiernie cieszy naszych włodarzy. Nie ma go, a już jakże cieszy! Co będzie, jeśli się pojawi? Strach się bać.

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale