Już od dłuższego czasu media bombardowane są informacjami o kolejnych falach protestów w świecie arabskim (i nie tylko, bo do niewielkiej i szybko rozpędzonej demonstracji doszło również i w Chinach), w których to protestach lud miast tradycyjnie domagać się chleba i igrzysk ruszył do walki o zdobycz współczesnej cywilizacji, czyli o demokrację. W walce tej do tej pory śmierć poniosła ogromna ich liczba, lecz wydaje się, że w większości przypadków sukces, chociażby częściowo w formie odsunięcia obecnie władających od sprawowanych przez nich funkcji, został lub dopiero co zostanie osiągnięty. Świat zachodni, w tym oczywiście media uległy hurra-optymizmowi związanemu z tym, że oto kolejni bracia dołączają do wielkiej rodziny państw demokratycznych i w całym tym szaleństwie nikt zdaje się nie zadawać pytania - po co im właściwie ta demokracja, dlaczego ludzie są gotowi umierać dla jakiegoś abstrakcyjnego pojęcia i czy po rewolucji będzie im lepiej czy gorzej? Oraz - czy w ogóle rewolucja demokratyczna daje jakiekolwiek szanse na zmianę? Czy może wbrew swojej nazwie nie zmienia się nic, poza formą organizacji społecznej biedy z autorytarnej na ludowładzczą?
Po upadku komunizmu w Europie Wschodniej mieliśmy do czynienia z już nie-jedną tego typu rewolucją, która w rzeczywistości nic nie zmieniła. Przyjrzyjmy się bowiem naszemu lokalnemu podwórku, a raczej podwórkom sąsiadującym z naszym polskim szarym blokowiskiem. Popatrzmy na Ukrainę, naszego wielkiego wschodniego sąsiada, który przez wiele lat był bądź to częścią naszego państwa (Rzeczpospolita Obojga Narodów), bądź naszym sojusznikiem (hetman Petlura), bądź działał jako nasz wróg (powstania kozackie), czy terrorysta wewnątrz naszego kraju (działalność terrorystyczna Ukraińców w czasach trwania II Rzeczpospolitej). Tym największym państwem Europy (jeżeli oczywiście uznamy, że Ukraina jest częścią Europy, oraz odmówimy europejskości Rosji; osobiście miałbym jednak uzasadnione wątpliwości czy cokolwiek na wschód od rzeki Bug może być uznane za Europę) przez długi czas rządził pachołek Moskwy, demokratycznie wybrany autokrata, prezydent Leonid Kuczma. Rządząc dokonywał okropnych czynów - gwałcił wolność słowa, ponoć zlecił zamordowanie jakiegoś dziennikarza, a przede wszystkim - fałszował wybory. Z czasem człowiek ów musiał ustąpić, chciał bowiem zachować pozory demokracji. Jego następcą miał zostać jego zausznik, dotychczasowy premier Wiktor Janukowycz. Wszystko było świetnie przygotowane, karty do głosowania za wczasu wypełniono, przygotowano się do kampanii, przeprowadzono głosowanie i klops. Wedle danych "oficjalnych" Janukowycz wygrał, lecz tłum wiedział swoje.
Swoje wiedział także i zachód, stąd też rozpoczęto odpowiednią medialną nagonkę na promoskiewski "reżim". Zachęcano ludzi do protestów i ludzie protestowali. Świetnie w tej sytuacji odnaleźli się nasi oficjelowie - zarówno p. Wałęsa, jak i p. Kwaśniewski którzy razem i solidarnie polecieli do Kijowa krzewić demokrację, tj. zachęcać do niej Ukraińców. Mimo mrozu Ukraińcy stali na Majdanie, wyrażając swoje wsparcie dla opozyjnego kandydata na prezydenta, Wiktora Juszczenki, przyodziewając się w kiczowate pomarańczowe stroje. Zaczęto nagrywać równie kiczowate piosenki o tym, że jest ich wielu i, że ich się nie pokona. Atmosfera była wprost euforyczna, bowiem rzeczywiście spodziewano się zwycięstwa, a zwycięstwo miało oznaczać przecież z dawna upragnioną zmianę. I faktycznie - udało się. Przeliczono głosy kilkakrotnie ponownie, nagle okazało się, że faktycznie Juszczenko wygrał i w ten oto sposób został on prezydentem. Zachód tryumfował, bo zdobył kolejnego sojusznika przeciwko Rosji, a biedny ukraiński lud naiwnie myślał, że jeżeli teraz nastanie demokracja to i ich byt się poprawi. Niestety, życie zweryfikowało ten pogląd.
Co się bowiem stało? Wystarczy spojrzeć na to, kto obecnie rządzi Ukrainą. Pomarańczowi okazali się być taką samą bandą złodziei i krętaczy jak niebiescy, ba - okazali się być nawet bardziej skłonnymi do korupcji niż ich poprzedniczy, a na dodatek - dość szybko się pokłócili między sobą o władzę. Czyli wraz z demokracją nastało wszystko to, co demokracjom "niedorozwiniętym" (upośledzonym?) jest właściwe. Z czasem historia się zacierała, skrzętnie zaczęto wyrzucać z szaf i komod pomarańczowe ciuchy, płyty z nagraniami pro-pomarańczowych utworów zniszczono i ogólnie uznano za muzyczną tandetę, kicz i brak gustu. Na ulicach Kijowa coraz częściej zaczęto zastanawiać się czy za tego Kuczmy to naprawdę tak źle było. No i doszli do wniosku, że było tak samo, ale może i trochę spokojniej. Jeżeli dodamy do tego fakt, że byli rządzący, którzy wtedy byli już opozycją wobec władzy między innymi "żelaznej Julii" szybko nauczyli się tej nowej gry i dzięki sprawnej kampanii wyborczej zapewnili sobie zwycięstwo bez potrzeby uciekania się do jakichś przekrętów, czy innych nieczystych zagrywek. A Juszczenko odszedł, jako zmarnowana szansa i zapewne prędko nie wróci. Oczywiście kolejna zmiana na górze nic nie oznacza dla szarego Ukraińca, tak samo jak wszystkie przyszłe rotacje u sterów władzy. Jak było źle - tak wciąż będzie. I nawet jeżeli nadejdzie kolejna rewolucja, kolejny "Majdan" to skończy się to tak samo.
Innym miejscem pro-zachodniej i pro-demokratycznej rewolucji była Gruzja. Tam sytuacja wygladała i obecnie również wygląda trochę inaczej niż na Ukrainie. Wprawdzie znów mieliśmy podobny scenariusz, czyli prorosyjski autokrata pseudo-demokrata nie chce oddać uczciwie władzy (co ciekawe, w Gruzji mieliśmy do czynienia ze specyficznym autokratą, gdyż był nim były minister spraw zagranicznych Związku Radzieckiego, Edouard Szewardnadze), więc tłum postanawia go usunąć przy użyciu średniowiecznego elementu publiczno-prawnego, obecnego już w monarchiach patrymonialnych, czyli wiecu. Wiecowano więc bardzo długo, a aby dodać wiecowaniu dodatkowy wymiar symobliczny - wiecowano dzierżąc w swoich rękach różę, co miało podkreślać, że wiec jest pokojowy, że nikogo nie zamierzamy zabić, że nadchodzi nowe i od tej pory żadnych dyktatur, ograniczania wolności i innych tego typu szatańskich wynalazków nie będzie. Efektem tego działania było wprowadzenie na gruziński tron prezydenta Michaela Szaakaszwillego. W porównaniu z jego rewolucyjnymi kolegami z Ukrainy wydaje się on być człowiekiem dużo bardziej rozsądny i faktycznie zainteresowanym poprawą bytu statystycznego Gruzina. Cóż, kiedy jego działania są naprawdę różne.
Szczęśliwie jednak wciąż nam on panuje, nie wiadomo jednak czy to z powodu zaufania jakie ma wśród gruzińskiego społeczeństwa, czy z powodu słabości tamtejszej opozycji. Na plus jego rządów zaliczyć należy na pewno liberalizację gruzińskiej gospodarki, pójście właściwym tropem, czyli przyjęcie szlaku wolnorynkowych przemian, co powinno poprawić byt gruzińskich rodzin. Powinno, lecz efektów nie widać z pewnego innego powodu. Otóż jak wiadomo, Saakaszwili tak jak i pomarańczowi Ukraińcy jest i był politykiem pro-zachodnim. Przy tak deklarowanej postawie w polityce zagranicznej mając za północnego sąsiada wielkiego rosyjskiego niedźwiedzia jego sytuacja była conajmniej niekomfortowa. Na dodatek zamarzył on sobie o przyłączeniu do Gruzji pewnej z dawna zbuntowanej prowincji, jaką jest Osetia Południowa, na której łapę trzymał wspominany już niedźwiedź. Rezolutny Gruzin uknuł więc sprytny plan niespodziewanego ataku i postawienia Rosjan w sytuacji czynu dokonanego. Dodatkowo, w iście napoleński sposób wymyślił sobie, by Rosję napaść akurat w momencie, kiedy jej ciała decyzyjne będą w Pekinie na otwarciu tamtejszej olimpiady. Niestety, plan się nie udał, Osetyńcy stawili opór, Rosjanie szybko otrząsneli się z szoku powypadkowego i ruszyli do kontrataku. Jedyne co zostało Saakiszwillemu to zacząć przedstawiać siebie i swój kraj jako ofiarę. Faktycznie, stał się on ofiarą nie tylko rosyjskich nalotów, ale również i jego niedokońca przemyślanych działań. Szlag trafił cały wzrost gospodarczy, który zresztą i tak był marnotrawiony na nadzwyczaj duże jak na tak mały kraj wydatki zbrojeniowe.
Drogą dygresji warto zauważyć coś jeszcze - oto przedstawia się demokratycznie wybranych władców jako kogoś, kto miłuje pokój. Saakaszwili jest o tyle bardziej demokratyczny, że faktycznie sprawuje władzę z woli ludu - to lud bowiem chciał i dał temu wyraz w demonstracjach, by ten zastąpił nieudolnego pachołka Kremla i poprowadził Gruzję ku świetlanej przyszłości. Tymczasem jego zachowanie częściowo przypomina zachowanie właściwe raczej wyniesionym do władzy przez wojsko satrapom. Oto nie dość, że zaczyna on wojny, to jeszcze podejmuje zupełnie niedemokratyczne działania takie jak chociażby wprowadzanie stanu wyjątkowego połączonego z wyłączeniem wszystkich nie-rządowych mediów i jednoczesnym wprowadzeniem cenzury.
Skoro przy cenzurze mediów jesteśmy - możemy rzucić okiem na jeszcze jedną demokratyczną rewolucję ostatnich czasów, czyli zmianę władzy na Węgrzech. Po tym jak premier Gyurcsany raz w życiu powiedział prawdę o tym, że oszukiwał naród podając nieprawdziwe dane dotyczące stanu węgierskiej gospodarki został on zmuszony do rezygnacji przez domagający się jego głowy tłum. Tłum ten oczywiście, metodą sprężenia zwrotnego utorował drogę do władzy dla największego przeciwnika socjalistów, z ramienia których premierem był p. Ferenc, czyli dla rządzonego przez Victora Orbana Fideszu. Rok temu Fidesz wygrał wybory i zaczął rządzić, lecz rządy tego ugrupowania dosyć dalekie są chyba od oczekiwań jakie pokładali w nich węgierscy wybory. Oto bowiem Fidesz wprowadził bardzo specyficzne i niedemokratyczne prawo prasowe, które zapewnia Węgrom powrót lat cenzury, nie widzianej tam od czasów upadku komunizmu. Czyli mamy - jakby nie patrzeć - krok w tył. Fidesz jednak realizuje przy tym "ambitny plan reform gospodarczych", nad którym zachwycają się tak liberałowie jak i socjaliści. Co bardziej rozsądni ekonomiści widzą w tym jednak dążenia do psucia gospodarki, niewykorzystywanie danej Węgrom szansy, co z kolei musi doprowadzić do spadku stopy życiowej. Ach, po raz kolejny naiwny tłum dał się nabrać elitom. Znów żadnej zmiany. Dodatkowo wątpliwości budzi styl rzadów Orbana, lecz tu nie ma co się dziwić - mając większość konstytucyjną skupioną w jednej partii nie sposób nie "odpłynąć" - nie od dziś bowiem wiadomo, że każda władza demoralizuje, ale władze absolutna demoralizuje absolutnie.
Jak w tym świetle wyglądają perspektywy dla demokratycznych rewolucji w świecie arabskim? Trzeba sobie powiedzieć szczerze, że optymizm jest tchórzostwem, że dobrze nie będzie, a nadzieja nie nakarmi i łóżka nie pościeli. Widać to zresztą już teraz, po tym jak obalono prezydenta Mubaraka. Władzę przejęło wojsko. Nie ma żadnych zapowiedzi reform, nie będzie demokracji, a nawet jeśli będzie to wybory wygrają islamiści i będzie jeszcze gorzej niż jest. Ba, przejęcie władzy przez wojsko nie jest tak w rzeczywistości żadną zmianą - prezydent Mubarak był stronnikiem Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie - ano był, więc był dla Amerykanów wygodny, przez co nikt się specjalnie biedą panującą w Egipcie nie przejmował. Z kolei wojsko wyraża sympatie proamerykańskie? Ano oczywiście, że wyraża, a więc nikt nie będzie się przejmował losem szarego Egipcjanina, byleby tylko Zachód miał bazę do kontroli sytuacji na Bliskim Wschodzie. Jeżeli wierzyć doniesieniom co poniektórych, że do rewolucji podburzali radykałowie islamscy i za organizacją demonstracji stał rząd w Teheranie to bez wątpienia należy powiedzieć sobie, że również i im się nic nie udało. Status quo zostaje zachowane. Ale czy zmieniłoby się, gdyby nawet owa rewolucja doprowadziła do przejęcia władzy takiego chociażby noblistę Mohammeda El-Baradei? Mam wątpliwości, spodziewałbym się, że ów człowiek stałby się egipskim Juszczenką, Saakaszwillim, Orbanem, lub w najlepszym wypadku - Wałęsą. Czyli, jeżeli doszłoby do jakiegokolwiek rozwoju to raczej niezależnie od jego woli, lecz dzięki np. "przypadkowemu" uwolnieniu gospodarki.
Długi czas zastanawiałem się nad tym na ile te rewolucje są autentycznym zrywem ludności wymierzonym w znienawidzone reżimy. Spoglądając bowiem na sytuację gospodarczą krajów w których doszło do antyrządowych wystąpień dało się zauważyć, że PKB per capita jest w nich bardzo niski. Wydawało mi się, że skoro Egipt jest jednym z najbiedniejszych krajów regionu to nie jest to bunt przeciwko Mubarakowi, lecz jest to akt desperacji związany z tym, że tak w brzuchu jak i w portfelu pusto. Mubarak miał być bowiem owym symoblem, przyczyną owego złego stanu rzeczy, którego usunięcie miało zaskutkować nagłą poprawą i uczuciem sytości. Nie muszę mówić jak naiwna jest to postawa. Swój pogląd zweryfikować musiałem jednak wraz z wybuchem zamieszek w rządzonej przez pułkownika Kadaffiego Libii, kraju - jakby to nie patrzeć - o wiele bogatszym niż Egipt, co ma rzeczywiste przełożenie na tamtejszą stopę życiową. Siły wymierzone w pułkownika są oczywiścice siłami demokratycznymi, czy jednak lud tak po prostu domaga się demokracji? Tak nagle? Po prawie 5 dekadach od przeprowadzenia ludowej rewolucji wynoszącej Kadaffiego do władzy? Czy to możliwe, że Libijczycy nagle uwierzyli w istnienie jakichś praw człowieka? Załóżmy jednak, że również i ich bezsensowna rebelia jest buntem autentycznym, wszak nigdy nie jest tak dobrze, żeby mogło być lepiej, zwłaszcza, że mimo względnego bogactwa Libii to w porównaniu z poziomem europejskim jest tam jednak nie aż tak wesoło jak chciałby tego Przywódca Ludowej Rewolucji.
Rewolucja libijska jest co ciekawe wymierzona - w przeciwieństwie do tych w Libanie, Tunezji, Egipcie, Jordanii czy Bahrajnie - we władzę o nastawieniu antyamerykańskim. Kadaffi może być przyjacielem Berlusconiego, lecz Obamy zapewne szczerze nienawidzi. Co jeszcze ciekawsze - rzekomo wielu z demonstrantów na miejsce obecnej flagi libijskiej umieszcza flagę Królestwa Libii, co miałoby być odwołaniem do stanu sprzed objęcia władzy przez pułkownika. Arabskie monarchie mają tendencję do popierania Waszyngtonu, tak samo więc byłoby zapewne i w tym wypadku. Nic nie gwarantuje wprawdzie, że wprowadzona zostanie tam monarchia, bądź nawet demokracja, ale jakiś nowy ośrodek władzy po tym jak tłumy osiągną swój cel musi się wyłonić. Marzenie libertarian o tym, że po obaleniu tyrana kraj staje się anarchokapitalistyczną utopią byłoby hurra-optymizmem i ferowanie takich sądów o przyszłości kwalifikowałoby ferującego do grona osób nie dokońca sprawnych psychicznie. W takim układzie władzę przejmie albo wojsko, na co już się zanosi ze względu na przejście na stronę protestujących człowieka numer 2 w Libii, czyli dowódcy wojska i szefa ichniego ministerstwa obrony narodowej. Co przejęcie władzy przez wojsko by oznaczało możemy przeczytać w akapicie poświęconym analogicznej sytuacji w Egipcie. Jeżeli realizacja prywatnych ambicji głównodowodzącego armii miałaby efektem rewolucji, w wyniku której śmierć poniosło już prawie pół tysiąca ludzi, to byłby to efekt niezwykle smutny i pokazawywałby on, że śmierć tych dzielnych synów i cór Libii była śmiercią niepotrzebną i bezsensowną. Na tym jednak polega polityka. Będzie tak jak było, tylko że zamiast Kadaffiego z plakatów spoglądać będzie inna twarz.
Wszystko to brzmi niezwykle brutalnie i dosadnie, ale w moim ujęciu tak wygląda prawda - wszystkie owe demokratyczne rewolucje są realizacją prywatnych celów tych, którzy są wyżej postawieni. Nie ma szans na zmianę, bo brak jest ludzi z poczuciem misji, takich jak dawniej generał Pinochet (obalił Allende, przeprowadził odważne reformy gospodarcze), generał Franco (powstrzymał socjalistyczną rewolucję, następnie również przeprowadził reformy, zapewnił Hiszpanii ogromny wzrost gospodarczy, przywrócił monarchię), czy z innej strony barykady - Kim Ir Sen (zdemolował Koreę, co mimo negatywnego wydźwięku było jednak jakąś zmianą), czy Ajjatollah Choemini (przemienił Iran z wzorowej niemalże demokracji w państwo wyznanionowe). Nie da się jednak ukryć, że również i owi ludzie z misją mają swoje wady, wszak dwaj wspominani wyżej generałowie mają na rękach krew wielu osób, a zarówno Kim jak Chomeini nie potrzebują dodatkowego komentarza. Dlatego też sytuacja wygląda następująco - albo pojawi się ktoś, kto przejmie władzę i poprowadzi Egipt, Libię, Liban, Jordanię, Bahrajn, czy Tunezję w lata światłego prosperity (przy czym oczywiście nie będzie pozbawiony wad i parę nowych problemów także stworzy), albo pojawi się ktoś z pomysłem, kto władzę przejmie i kraj wprowadzi w jeszcze gorszą nędzę niż do tej pory, bądź - co jest najbardziej prawdopodobne - bliskowschodnie rewolucje pójdą śladem wytyczonym przez ich europejskie odpowiedniczki i nie zmieni się zupełnie nic, bieda będzie trwać mimo zmiany władzy, a ofiara setek ludzi pójdzie na marne. Bardzo chciałbym się mylić, lecz nigdy nie miałem skłonności do bycia hurra-optymistą.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)