Standardowym argumentem podnoszonym przez przeciwników demokratycznego wybierania władzy jest to, że grono elektorów, któremu dane jest wrzucenie karty do urny z krzyżykiem postawionym przy właściwym kandydacie, nie zna programów wyborczych, nie zna oferty startujących w wyborach ugrupowań, a swoje decyzje podejmuje w oparciu o przesłanki poza-polityczne, czyli takie jak ładnie zawiązany krawat na plakacie, dobra dykcja, wspaniały życiorys, czy wiele innych niewątpliwych zalet naszego kandydata. O ile oczywiście wskazujemy kandydata, a nie losową osobę na liście którą przypadkiem zdarzyło nam się popierać - ot takie uroki ordynacji proporcjonalnej. Towarzyszy temu przeświadczenie, że gdyby "motłoch" czytał programy wyborcze to by doskonale zdał sobie sprawę z tego, że ci wszyscy politycy głównego nurtu to złodzieje, szarlatani, a być może nawet i żydzi (zależnie od tego kto formułuje tego typu sądy) i na pewno poparł by program właśnie naszego ugrupowania, które to przecież ma program najlepszy, najrealniejszy i w ogóle. Szkoda, że zbyt mało atrakcyjny, by wpadł w oko wyborcy.
Przeświadczenie takie jest oczywiście absolutnie błędne z jednego prostego powodu - w programach niektórych masowych, głównych i rządzących partii są całe masy postulatów jak najbardziej słusznych, niestety - z bliżej niejasnych powodów - są to zazwyczaj postulaty nierealizowane. Ma to związek zapewne ze swego rodzaju formą prowadzenia polityki polegającą nie na konsekwentnym wprowadzaniu naszych własnych, z góry zaplanowanych, rozwiązań, lecz na szybkim reagowaniu na pojawiające się w mediach doniesienia o złej kondycji jakiejś części naszego ukochanego państwa. I tak jeżeli pojawi się problem dopalaczy to nie zastanawiamy się nad tym co na ten temat mówi doktryna naszej partii wyrażona w programie, lecz idziemy z wiatrem - media rozpętały nagongkę - to i my musimy zrealizować zachciankę ludu podejmując odpowiednie kroki mające na celu ukaranie złych ludzi trujących nasze dzieci. Swoją drogą dopalacze w rzeczywistości były czymś obrzydliwym i ohydnym, ale tymi przymiotnikami można określić również i wiele innych legalnie dostępnych substancji. Tego typu działanie pozwala nam na zastanowienie się nad pewną kwestią - co jest bardziej demokratyczne - realizowanie obietnic wyborczych wyrażonych w oficjalnych dokumentach, do czego legitymizował nas lud w powszechnym głosowaniu, czy może spełnianie spontacznich zachcianek elektoratu w trakcie kadencji? Czyli - czy wybieramy daną partię dlatego, że chcemy by realizowała ona SWÓJ progam, czy może dlatego, że chcemy by spełniała ona NASZE zachcianki?
Załóżmy, że do czytania programów wyborczych partii politycznych wyborców da się w jakiś sposób zmusić, odpowiednią stosując sugestywną funkcję wypowiedzi. Otóż ja, proszę państwa, ten program przeczytałem. Zrobiłem to z czystej ciekawości, by zweryfikować nie tylko zgodność działań premiera Tuska z tym, co uprzednio on deklarował, ale również celem porównania ogólnej retoryki stosowanej przez polityków Platformy Obywatelskiej RP w debacie publicznej z retoryką stosowaną przez tych polityków PO, którzy ów program napisali. Co z tego przeczytania wynikło? Ano, że gdybym nie wiedział, że za tym programem stoją ludzie, którzy z założenia chyba nie zamierzają go realizować, to bym na Platformę Obywatelską autentycznie zagłosował, lub przynajmniej głosowanie na nią poważnie rozważył! Z lektury wyłania się bowiem partia autentycznie konserwatywna (oparcie się na Dekalogu, zakaz eutanazji i ograniczenia badań genetycznych, ochrona życia ludzkiego), oraz liberalna (obniżanie podatków, prywatyzacja, decentralizacja ośrodków władzy). Wiele pomysłów jest bardzo rozsądnych i aż dziw, że nie zostały zrealizowane (szczególnie dziwi mnie, że nie zrealizowano postulatu podziału obecnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji na dwa odrębne byty - Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Mininisterstwo Administracji).
Taki stan rzeczy oznacza faktyczną klapę UPR-owskiej propagandy - program Platformy, mającej dziesięciokrotność poparcia Unii jest w rzeczywistości wersją light programu partii spod znaku krzyża św. Jerzego. Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że ów dokument mógłby służyć za przedstawienie swego rodzaju stanu przejściowego pomiędzy stanem obecnym, a docelową wizją kraju według UPR. Skoro więc mogę zagłosować na partię, która przeprowadzi choć część potrzebnych reform to zagłosuję na nią, a nie na - za przeproszeniem - podzieloną kanapę bez perspektyw na realizację szerszej i bardziej konsekwentniej wersji tych słusznych postulatów. Dlatego też z tego miejsca chciałbym zaapelować o powstrzymanie propagandy wzywającej do czytania programów partyjnych, gdyż zamiast nas oświecić wprowadzi to tylko dodatkowy zamęt w głowie. Chyba łatwiej odciągać ludzi od popierania bieżących działań rządu, niż od poparcia dla usystematyzowanego poglądu na wygląd przyszłej Polski, prawda?
W jednej z ostatnich kampanii wyborczej Sojusz Lewicy Demokratycznej zastosował niezwykle interesujące zagranie - jako swój program wyborczy przedstawił XXI postulatów "Solidarności". Nie było to oczywiście znakiem jakiegoś gwałtownego zwrotu Sojuszu w prawo, lecz raczej pokazaniem, że postulaty "S" były postulatami lewicowymi i, że do tej pory nie wszystkie zostały zrealizowane, ale nie wszystko stracone, gdyż partia ówcześnie kierowana przez Wojciecha Olejniczaka daje nadzieję na ich realizację. W obecnej sytuacji możnaby zastosować podobny manewr, lecz przy użyciu właśnie programy Platformy. Nie jest to oczywiście rola dla UPR, czy WiP, lecz dla pewnej miotającej się po sejmie zjawy - dla Klubu Parlamentarnego Polska Jest Najważniejsza (chciałem w tym miejscu wpisać odpowiednio odmienioną nazwę "Polska Jest Najważniejsza", ale autentycznie moje umiejętności językowe okazały się być niewystarczającymi, by to pojąć). Klub ów cierpi bowiem na pewien problem z samookreśleniem się. Dlatego też służę im swoją optatywą.
Zamiast niepotrzebnie angażować profesora Rybińskiego do pisania programu gospodarczego PJN, co odciąga go zapewne od brylowania w mediach jako naczelny propagator wolnego rynku, niechaj PJN przyjmie jako swój program - program Platformy. Ponoć przyszła partia pani Kluzik-Rostkowskiej ma być partią o profilu konserwatywnym społecznie i liberalnym gospodarczo. Porzucony przez Platformę program pasuje więc do takiego profilu niemalże idealnie. Miast kombinować coś z sileniem się na oryginalne postulaty - proponuję zorganizować konferencję prasową i ogłosić specyficzne hasło wyborcze, lub modus operandi. Na Węgrzech w roku 1956 węgierski proletariat strajkował pod hasłem "Socjalizm - tak, wypaczenia - nie", co miało wskazywać, że Węgrzy a i owszem akceptują dziejową zmianę dawnego kapitalistycznego ustroju na nowy i światły socjalizm, ale nie podobają im się metody jego wprowadzania i fakt, że w rzeczywistości nic z początkowych obietnic nie weszło w życie.
"Platforma - tak, wypaczenia - nie" powinno więc być naczelnym hasłem działania PJN-u. Na każdym kroku partia ta powinna powtarzać, że im się jak najbardziej program Platformy podoba, lecz niestety - Donald Tusk zszedł ze słusznej drogi i zajął się kontrakcjami na bieżące wydarzenia zapominając o - przecież swojej własnej - wizji Polski. Interesujące mogłyby być też działania ukazujące totalny brak orientacji w temacie wśród tych, którzy ten program mieli realizować - odpytywanie posłów PO ze swojego własnego programu na wyrywki nie dość, że dałoby nam ciekawy obraz rzeczywistości to na dodatek mogłoby być świetną rozrywką. Nie wymagajmy bowiem od elektoratów znajomości programu - wymagajmy znajomości i REALIZACJI programu od tych, którzy się do tego ponoć w 2007 roku zobowiązali.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)