A stało się tak w artykule "Z chirurgiczną precyzją" opublikowanym w ostatnim numerze "Forum" /nr 8, 22-28.02.2010/. Jest to przedruk publikacji Ulricha Bahnsena i Christiana Heinricha z "Die Zeit" /28.01.2010/. Poświecona jest ona zastosowaniom najnowszych zdobyczy genetyki w onkologii. Przy okazji jednak dowiadujemy się wielu ciekawych rzeczy o prawdziwym stanie tej gałęzi medycyny.
Wszyscy niewątpliwie spotkaliśmy się z licznymi wypowiedziami onkologów reklamujących swoje kuracje. Wciąż informowano nas o tym, że oni wiedzą, jak leczyć raka, w przeciwieństwie do szarlatanów poszukujących jakichś alternatywnych metod postępowania. Winą za wszelkie niepowodzenia obarczano samych pacjentów, którzy jakoby zgłaszają się za późno do lekarza. Wysyłano w teren mammobusy, aby badać kobiety i ten sposób, jak twierdzono, umożliwiać wczesną diagnozę nowotworów. Organizowano marsze z różowymi wstążeczkami. Wypowiedzi lekarzy cechowała zawyczaj arogancja, buta i przekonanie o swojej wszechwiedzy. Coraz częściej miałam wrażenie, iż przydałoby się im trochę pokory.
Moje wątpliwości rosły w miarę porównywania tej propagandy z wydarzeniami w moim otoczeniu. Zetknęłam się w życiu z 14-oma przypadkami choroby nowotworowej. Wszystkie one były leczone przez onkologów w szpitalu. Z tych chorych tylko dwie osoby naprawdę wyzdrowiały. Pozostałe były leczone w bardzo nieprzyjemny sposób przez okres od dwóch tygodni do dwóch lat, po czym nastapił zgon. W dodatku jeden z tych szczęśliwych przypadków, to był stosunkowo łagodny nowotwór skóry. O ile dobrze pamietam, nosił on nazwę podstawczaka. Niedawno przeczytałam felieton Rafała Ziemkiewicza "Mamograficzna głupota" / "W sieci", wyd. Grasshopper, Lublin 2009/ w którym stwierdził on, że wszystkie przychodnie lekarskie wykonują badanie mammograficzne tylko na podstawie skierowania lekarskiego, i że nie nadają się one do wczesnej diagnostyki, więc te wszystkie mammobusy sa bezsensownym marnowaniem środków. Straciłam wtedy resztki zaufania do wspomnianej wyżej agitacji.
I oto we wzmiankowanym wyżej artykule w "Forum" czytamy, że "Konsekwencje nieposiadania tej wiedzy przez onkologów sa zastraszajace, ostrzega ekspert ds. genomów Hans Lehrach. - osiemdziesięciu procentom pacjentom cierpiacych na raka podajemy lekarstwa, które u nich w ogóle nie działają - mówi badacz z berlińskiego Instytutu Maksa Plancka. - Są po nich jeszcze bardziej chorzy i słabsi niż przedtem. (...) Mimo to wszyscy pacjenci leczeni sa tak samo (...) Za to skutki uboczne terapii dają sie we znaki wiekszości leczonych." Widać wyraźnie, iż zgadza się to z moimi osobistymi obserwacjami. W innym miejscu artykułu napisano: "Od lat medycyna na frontach walki z rakiem stoi w miejscu. Mimo sukcesów na pojedyńczych etapach nikt nie obwieszcza zasadniczego zwrotu, zwłaszcza w zaawansowanych stadiach choroby. (...) Onkologia do tej pory pozostaje w połowie sztuką lekarską, a w połowie towarzyszeniem przy umieraniu."
Zasadnicza treścią omawianej publikacji nie jest jednak narzekanie na onkologów. Jest nią przedstawienie ambitnych projektów badawczych mających na celu dokładne zbadanie genomów zarówno pacjentów, jak i nowotworów na które cierpią. Ma to na celu dokładne dopasowanie terapii do konkretnego pacjenta i jego guza. Fachowcy zgadzają się, iż może to być przyszłość onkologii. Pod koniec 2008 roku ośrodki badawcze z 22 krajów uprzemysłowionych założyły wspólne konsorcjum. Na poczatek ma ono rozszyfrować 50 najważniejszych rodzajów nowotworów. Badania te dają nadzieję, że opisany wyżej smutny stan rzeczy ulegnie w przyszłości znacznej poprawie. Artykuł robi wrażenie napisanego bardzo rzetelnie. Uzupełniony jest on opisem różnych metod leczenia nowotworów. Wszystkim zainteresowanym tą tematyką zalecam odżałowanie sześciu złotych, kupienie tego numeru "Forum" i przeczytanie omawianego tekstu w całości.



Komentarze
Pokaż komentarze (12)