Piszę tę notkę w poczuciu niezrozumienia zabiegów władz i pedagogów na rzecz podniesienia poziomu nauczania w szkołach, no i wychowania także.
W wielkopolskim dodatku do GW ( z 14/15 maja) ukazał się artykuł pt. „Promocja z pałą na świadectwie” z objaśnieniem: „po raz pierwszy w tym roku licealiści będą mogli przejść do następnej klasy z jedynką na świadectwie, a ci z dwiema jedynkami – dostać dwie poprawki. Uczniowie odetchnęli, nauczyciele spięli.”
Nie jestem pedagogiem i z tego powodu nie mam zamiaru ustosunkowywać się do owego pomysłu. Chcę jedynie – w niedzielnym nastroju – zadumać się nad problemami polityki oświatowo-wychowawczej praktykowanej we współczesnym świecie, czyli także w Polsce.
Należę do pokolenia urodzonego przed II wojną światową, więc łatwo zgadnąć jakie mam doświadczenia z obowiązujących metod wychowawczych w czasach mojego dzieciństwa i młodości.
Rozrywki młodzieży w tamtych czasach (bale, potańcówki) polegały bardziej na osobowej bliskości młodych, umożliwiającej szeptanie sobie miłych słówek, bez dzisiejszej bardzo głośnej „kultury techno” (dyskoteki) eliminującej kontakt słowny tańczących, a polegający wyłącznie na wzbudzanie wyższego poziomu adrenaliny (z prasy młodzieżowej).
W szkle nie znano wtedy pojęć „uczeń z dysleksją”, lub z ADHD. Tacy uczniowie kończyli szkoły po prostu z gorszymi świadectwami i odnajdowali się w życiu w zawodach nie wymagających wysokiego poziomu ortografii lub zdolności ograniczania „swojej nadpobudliwości”.
Dzisiaj obserwuję, że postęp nauki spowodował badanie przyczyn zachowań owych „gorszych uczniów” (tak ich kiedyś kwalifikowano) kończący się psychologiczną „diagnozą” : dyslektyk lub nadpobudliwy (ADHD), co automatycznie usprawiedliwia opóźnienia ucznia w nauce. Opóźnienia te nie osłabiają jednak inteligencji młodych ludzi, którzy wszystkie swoje zachowania natychmiast usprawiedliwiają tą psychologiczną dolegliwością, czyniąc życie nauczycieli i rodziców pasmem niesamowitych stresów wychowawczych.
Władze oświatowe i pedagodzy mają obowiązek dostosować się do „uwarunkowań psychologicznych” dzieci i młodzieży i uwzględniać taki stan rzeczy w programach edukacyjno wychowawczych. Więc dostosowują. Na przykład kiedy były kiepskie wyniki egzaminów maturalnych z matematyki – wycofano ten przedmiot z matury (na szczęście już przywrócony). W tym właśnie duchu idą „modyfikacje” klasyfikacji promocyjnych uczniów opisane w GW. Źle to czy dobrze?
Wielu nauczycieli mówi, że to źle, a nawet bardzo źle, co przytacza gazeta:
Glos pierwszy: ”To jest idiotyzm i łamanie zasad obowiązujących w szkole.”
Głos drugi: „Jeżeli o tej furtce dowiedzą się uczniowie, będą z niej korzystać. Na szczęście promocja z jedną jedynką nie jest automatyczna…”
Jak z powyższego widać poszukiwania sposobu na podniesienie poziomu nauczania i wychowania postępują cały czas i nie wydaje się żeby się to ustabilizowało. Póki co efekty są nad wyraz kiepskie. Dyscyplina wychowawcza w domach, szkołach i imprezach młodzieżowych coraz gorsza. Efekty nauczania także (dzieci i młodzież nie rozumieją czytanych tekstów, a także matematyki i przedmiotów ścisłych), nie czyta się lektur, itd., itp. ).
Rodzi się więc pytanie, czy postęp w naukowym rozpoznawaniu „uczniowskich dolegliwości”, to faktycznie postęp, czy może objaw bezradności rodziców, pedagogów i całego systemu oświatowo-wychowawczego?
Ja nie wiem!



Komentarze
Pokaż komentarze (2)