We wczorajszym artykule "End of history and the last woman" (sarkastyczne odniesienie do Fukuyamy?) "The Economist" online, a za nim dzisiaj polski "Puls biznesu" ("Ostatnia Polka urodzi się za 1300 lat") online informuje, że czeka nas zagłada ludzkiej populacji. Ale - uspokaja(?) autor - dopiero za mniej więcej tysiąc lat...
Powodem tej stopniowej zagłady ma być niechęć kobiet z całego świata (autor powołuje się na dane ONZ z 83 krajów z różnych rejonów świata) do zawierania małżeństw (lub stałych związków) i preferowanie przez nie "singlowego" stylu życia.
Innymi słowy, "The Economist" twierdzi, że coraz więcej kobiet będzie chciało być starymi pannami vel singielkami, co doprowadzi do stopniowego zaniku populacji w tychże krajach w przeciągu mniej więcej tysiąca lat.
Artykuł ten jest klasycznym przykładem pseudonaukowego bełkotu, produkowanego obecnie w ilościach masowych. Skłania mnie to do pewnych refleksji, w zasadzie oczywistych, jednak nie zawsze branych pod uwagę przez czytelników.
Przede wszystkim, autor powołuje się na dane dotyczące tzw. współczynnika reprodukcji netto (ang. net reproduction rate) z lat 2010-2015(!) (słownie: pięciu lat) i stosuje magiczną formułę: "jeżeli nic się [w kolejnych latach] nie zmieni, to..." i tutaj następuje dramatyczna prognoza dotycząca wymarcia populacji, co w przypadku Polski nastąpi niechybnie, o ile oczywiście nic się nie zmieni... już za 1300 (słownie: tysiąc trzysta) lat.
Pomijam już fakt, że autor odnosi prognozy do poszczególnych krajów/terytoriów i przekonuje, że "w tym tempie" w Hong Kongu za 25 pokoleń ostanie się tylko jedna kobieta... Doprawdy, nawet pisanie bzdur powinno mieć jakieś minimalnie wiarygodne granice...
Inteligentny (inaczej?) autor uznał więc, że można rozsądnie założyć, czyli że istnieje jakaś realna szansa, jakieś rozsądnej wielkości prawdopodobieństwo (mimo, że być może stosunkowo małe), że współczynnik reprodukcji netto z przeciągu pięciu lat 2010-2015 (mamy, przypominam, Rok Pański 2011) NIE ULEGNIE ZMIANIE W PRZECIĄGU TYSIĄCA LAT. Czyli, że mamy de facto koniec historii, nic się nie wydarzy, nie będzie wojen, migracji ludności z krajów o wysokim przyroście naturalnym, zmian geopolitycznych etc.
Jest to zaiste naukowe przypuszczenie, oparte zapewne na łacińskiej sentencji "Historia vitae magistra...". W końcu przez ostatni tysiąc lat, czyli mniej więcej od czasów Bolesława Chrobrego, nic się na świecie (ani tym bardziej w Polsce) specjalnie nie zmieniło, więc dlaczego miałoby się coś zmienić w ciągu kolejnego tysiąca lat?! No i jak wiadomo, ostatnimi czasy zmiany na świecie postępują coraz wolniej, znacznie wolniej niż setki lat temu, można więc rozsądnie założyć, że od dziś do roku 3300 praktycznie nic się już nie zmieni...
Na szczęście, przynajmniej niektóre komentarze pod tym odkrywczym artykułem wskazują, że część internautów zachowała jeszcze zdrowy rozsądek.
Pojawia się jednak pytanie: po co produkować takie pseudonaukowe artykuły?; oparte na takim właśnie pseudonaukowym schemacie: bierzemy dane "dzisiejsze", rozciągamy (fachowo: ekstrapolujemy) je na następne -dziesiąt czy -set lat i otrzymujemy sensacyjny/odkrywczy/alarmujący artykuł dotyczący tej czy innej dziedziny życia.
Tym razem trafiło na demografię, ale nie trzeba szukać daleko - na tej samej zasadzie opierają się katastroficzne przepowiednie dotyczące ponoć groźnego ocieplenia klimatu. Ostatnio lobbyści zdzierający z nas grube miliony na walkę z globalnym ociepleniem wpadli w niejakie zakłopotanie, gdyż może się okazać, że czeka nas wkrótce mała epoka lodowcowa... Ale to nic, wtedy zedrą z nas podatki na walkę z globalnym oziębieniem.
Podobnie sprawa ma się z płaceniem za nadmierną (co to znaczy?) emisję do atmosfery przemysłowo wytwarzanego dwutlenku węgla. Chociaż, jakaś ułomna logika w tym jest - skoro nie można opodatkować trylionów drzew produkujących CO2, to niech zapłacą chociaż przedsiębiorstwa zwane "trucicielami", w końcu pieniędzy na pewno im nie brak...
Po co więc publikować takie bzdury? Odpowiedzi nasuwają się dwie: po pierwsze, ponieważ trzeba coś napisać aby ktoś zapłacił autorowi wierszówkę, a przecież najbardziej poczytne są informacje o wypadkach, tragediach i katastrofach. A czym wypełnić setki stron setek czasopism? Aż tyle sensownych i nowych informacji nie ma...
Po drugie zaś, płacą za to "lobbyści", np. ci od ocieplenia klimatu, ale to już inna, długa historia.
Załóżmy jednak, że autor artykułu nie myli się i pomimo prawdopodobnie błędnych przesłanek dochodzi do prawdziwego wniosku (logicznie jest to jak najbardziej możliwe) - czyli, że rzeczywiście za kilkaset lub tysiąc lat ludzka populacja ulegnie wymarciu lub przynajmniej drastycznemu zmniejszeniu. Nie musi to przecież być wynikiem tego, że wszystkie kobiety nagle zapragną być starymi pannami. Rozsądnie prawdopodobnych powodów redukcji ludzkiej populacji jest przecież przynajmniej kilka, chociażby jakaś pandemia śmiertelnej choroby czy nuklearna samozagłada.
Jeżeli więc populacja ludzka rzeczywiście się skurczy, to pojawia się pytanie, czy to dobrze, czy źle?! Pośród naukowców jak zwykle panują rozbieżne opinie, jest jednak wcale niemała ich grupa, która uważa, że Ziemia już jest - lub wkrótce będzie - przeludniona i redukcja ludzkiego rodu na Ziemi jest w zasadzie wskazana. To jednak kolejny temat-rzeka, więc zostawiam go tu z boku.
Oczywiście, ujemny przyrost naturalny w wielu krajach jest problemem. Problemem są także sposoby jego rozwiązania. Na przykład w Europie Zachodniej problem ujemnego przyrostu naturalnego rozwiązano niekontrolowaną imigracją, która jednak spowodowała chyba więcej problemów, niż rozwiązała. I tu należałoby rozpocząć kolejny temat-rzekę o imigracji i kondycji demograficznej "starej" Europy.
Jedynym plusem wspomnianego na początku artykułu jest właśnie przypomnienie czytelnikowi, że współczesne tendencje demograficzne są poważnym czynnikiem (nazwanie ich "problemem" byłoby już opowiadaniem się za konkretnym rozwiązaniem) znaczących zmian na całym świecie, w szczególności w Europie, Stanach Zjednoczonych i Australii, ale nie tylko.
Rzeczywiście, istnieje rozsądnie duże prawdopodobieństwo, że zmiany demograficzne w krótkiej (stosunkowo) perspektywie - być może nawet kilkudziesięciu lat - doprowadzą do znaczących przeobrażeń kulturowych i geopolitycznych w Europie i na świecie.
Jednak treść artykułu wręcz oddala czytelnika od istoty problemu (jeżeli uznamy, że jest to problem...) karmiąc go pseudonaukową papką o wymarciu ostatniej Polki za 1300 lat.
Może i tak się stanie, z tym, że "ostatnia Polka" może okazać się ciemnoskórą muzułmanką ze skośnymi oczami.
Jeżeli tak ma być, to czy jestem rasistą, jeżeli mi nie żal?
El Filozof
23 VIII MMXI



Komentarze
Pokaż komentarze (3)