Z zasady nie ekscytuję się kampanią wyborczą i miałem nadzieję, że uda mi się pominąć tą kolejną polityczną farsę milczeniem. Zbyt dobrze rozumiem mechanizmy polityki i władzy, by kampania wyborcza wzbudzała we mnie coś więcej niż śmiech.
Jednak to, co zrobił dziś Tomasz Lis w swoim talk-show podczas rozmowy z Jarosławem Kaczyńskim wyzwoliło we mnie polityczny gniew.
Jarosław Kaczyński nie jest bohaterem "z mojej bajki". Nie zamierzam go bronić. Ten wpis nie będzie poparciem dla Jarosława Kaczyńskiego. Będzie krytyką "dziennikarza" Tomasz Lisa.
Krytyka będzie krótka - inni zapewne zrobią to lepiej i bardziej szczegółowo ode mnie.
Tomasz Lis skompromitował się jako dziennikarz i publicysta. Wystąpił w roli pseudo-Tuska: "Skoro nie chcesz, Jarosławie, debatować z Donaldem, to ja - Tomasz Lis - zniszczę Cię za niego."
Oceniam, że tym razem to Kaczyński pokonał Lisa. Żenujące było powoływanie się Lisa co chwilę na kilka milionów widzów, jego płytkie ataki w sprawach zupełnie błahych.
Kompromitacji Lisa dopełniła próba zdyskredytowania Kaczyńskiego w końcówce w sprawie kobiet z billboardu - oto poziom pytań "dziennikarza" i "publicysty" rozmawiającego tydzień przed wyborami z - chcąc nie chcąc - jednym z dwóch najpoważniejszych kandydatów na premiera.
Lis przegrał. Pseudo-Tusk przegrał. Tym razem Kaczka zjadła Lisa.
Parafrazując scenkę z paszportem z jednego z kultowych - i moich ulubionych - filmów pt. "Miś" można o Tomaszu Lisie powiedzieć tylko jedno:
"To BYŁ dziennikarz. BYŁ."
El Filozof, 3 X MMXI
PS. Nie jestem członkiem ani zwolennikiem PiSu. Nię będę głosował na PiS ani na Jarosława Kaczyńskiego.


Komentarze
Pokaż komentarze (20)