Dziś, a właściwie wczoraj, odbyły się w Anglii i Walii wybory lokalne, w których wybieraliśmy tzw. "Police and Crime Commissioners".
Zainteresowanych o co chodzi z tymi wyborami (odbyły się po raz pierwszy) odsyłam do innych źródeł. Tutaj chciałbym podzielić się swoimi wrażeniami z samego procesu głosowania, na przykładzie własnym.
Wydaje mi się, że będzie to dosyć ciekawa lektura poglądowa i materiał porównawczy dla rodaków przyzwyczajonych do rodzimych, polskich uwarunkowań i schematów.
=============
1. Lokale wyborcze otwarte były w godz. 7-22.
2. Do lokalu wyborczego poszedłem z kartą wyborczą (Poll Card - to nie jest karta, na której się głosuje), którą każdy zarejestrowany w Rejestrze Wyborczym (nie każdy teoretycznie uprawniony tam "z automatu" figuruje, trzeba natomiast być zarejestrowanym wyborcą aby móc głosować) mieszkaniec otrzymuje do domu pocztą na ok. kilka tygodni przed datą głosowania. Karta zawiera podstawowe dane identyfikacyjne wyborcy oraz informacje odnośnie miejsca (adres lokalu wyborczego, godziny otwarcia) i sposobu głosowania.
3. Lokal wyborczy znajdował się w lokalnej knajpie (pub), w której oknie wystawiono białą kartkę dość dużego formatu z czarnym napisem "Polling Station" i strzałkami. Żadnych flag, herbów, barw narodowych itp., może zresztą i dobrze bo herb Królowej w witrynie knajpy wyglądałby lekko niewyjściowo...
4. Po wejściu do knajpy uderzył mnie swojski piwny odór, identyczny jak w polskich tanich knajpach. W środku żadnych dodatkowych informacji dokąd się udać, jak okiem sięgnąć widać było jedynie klasyczne knajpiane widoki. Po moim uprzejmym zapytaniu jeden z bywalców wskazał mi skromne drzwi całkiem z tyłu dość przestronnej knajpy, za którymi znajdować miał się cel mojej wizyty, czyli lokal wyborczy.
5. Odprowadzany ciekawymi spojrzeniami pijących piwko i bawiących się ludzi (spojrzenia typu: "Skąd on się urwał, że przyszedł głosować, zamiast na browara?") przeszedłem wzdłuż całą knajpę, lecz na pokazanych mi drzwiach ani śladu jakiejkolwiek informacji, że za nimi znajduje się lokal wyborczy. Targany rozterkami upewniłem się jeszcze raz pytając (tym razem barmana), że zmierzam we właściwym kierunku.
6. Po przekroczeniu niepozornych drzwi i przejściu dwóch zakrętów oczom mym ukazało się wreszcie pomieszczenie lokalu wyborczego oznaczone na wejściu taką samą kartką (żelazna konsekwencja) jak w witrynie knajpy, tyle że bez strzałek.
7. W środku aranżacja wnętrza mniej więcej podobna do polskiej, z tym, że nie dostrzegłem (może nie zwróciłem uwagi) żadnych elementów patriotyzmu typu flagi, herby czy choćby barwy narodowe. W sumie to wybory lokalne, więc może i słusznie.
8. Głosowałem po godz. 7-mej wieczorem. Przy klasycznym stole z listami wyborczymi stało o ile pamiętam pięć lub sześć krzeseł. W lokalu znajdowały się dwie osoby. Uprzejmy pan siedzący przy stole i ja.
9. Kandydatów w wyborach (na jedno stanowisko) było czterech (alfabetycznie: Conservative, Labour, Liberal Democrats, UKIP). W lokalu wyborczym jeden człowiek (oprócz mnie).
10. Po podejściu do stołu zagadnąłem jak tam z frekwencją ;) Uprzejmy pan wymijająco stwierdził, że trudno teraz oceniać (niecałe trzy godziny do zamknięcia głosowania), ale patrząc na listy widziałem, że byłem dziś (wczoraj) raczej wyjątkiem od reguły. (Teraz podają, że frekwencja w granicach 10-15 procent)
11. Podałem człowiekowi moją Poll Card, przygotowany na okazanie dowodu tożsamości, ale on poprosił jedynie, abym ustnie podał mu imię, nazwisko i adres (widząc to wszystko na karcie, którą mu podałem) tłumacząc, że takie są procedury. Żadnego sprawdzania dowodów tożsamości (zrozumiałe, gdyż w Anglii obowiązku posiadania takowego nie ma, choć oczywiście w niektóych sytuacjach posiadanie jakiegoś dokumentu typu ID ułatwia życie).
12. Po odszukaniu mnie na liście wyborców, uprzejmy pan zaznaczył przy moim nazwisku maleńką kropeczkę (no, może kreseczkę) ołówkiem, po czym otrzymałem kartę do głosowania.
13. Nie pamiętam, czy na karcie były jakieś pieczęcie itp. (nie zwróciłem uwagi), ale jakość i styl wykonania nieco przewyższał wspomniane wcześniej kartki informacyjne z napisem "Polling Station". Były nawet (zapewne dla mniej kumatych) symbole graficzne partii, które reprezentowali kandydaci.
14. W wyborach można było oddać dwa głosy: First choice (na kandydata, którego popieram w pierwszej kolejności) oraz Second choice, czyli głos na kandydata, którego popieram, jeżeli mój "podstawowy" kandydat nie zdobędzie ponad połowy głosów, lub - jeśli żaden nie zdobędzie ponad połowy - mój kandydat nie będzie jednym z dwóch kandydatów z największą ilością głosów. Wtedy mój Second choice będzie liczony w "dogrywce" między kandydatami z największą ilością głosów. Nieco (choć niezbyt) skomplikowany system, który ma zapewnić (tak jak to rozumiem), że wygra kandydat, który otrzyma możliwie największe poparcie, nawet jeśli w specyficznej - bo rozgrywanej od razu - "drugiej turze".
15. Do zaznaczenia "X" (lub dwóch "X") na karcie do głosowania służy, a jakże, ołówek... przywiązany cienkim sznurkiem do stołu w kabinie do głosowania. Kabiny do głosowania ( z tego co zauważyłem cztery, po dwie naprzeciwko siebie ze wspólną ścianą z dykty) nie były osłonięte od tyłu kotarą.
16. Po dokonaniu wyboru poszedłem wrzucić głos do urny, którą była mała (czyli widać, że tłumów się nie spodziewali), płaska, niepozorna, szara, chyba metalowa skrzynka, leżąca na stole "prezydialnym" obok uprzejmego pana. Nie chcę teraz skłamać, bo w sumie nie mieści mi się to w głowie i może mi się przywidziało, ale wydaje mi się, że w skrzynce tkwił kluczyk, co oznacza, że Pan w każdej chwili mógł sobie skrzynkę otworzyć i zobaczyć - jeśli miałby ochotę - na kogo np. ja głosowałem (bo moja karta była jako ostatnia na wierzchu). I jeżeli tak było w istocie, to założyłbym się o kilka funtów, że po moim wyjściu to zrobił, z nudów po prostu i ciekawości być może, na kogo zagłosował ten imigrant, który przyszedł głosować w wyborach, które mało kogo obchodzą. Jestem pewny, że jeżeli to zrobił, to się mocno zdziwił, hehe.
17. W sumie spędziłem w lokalu ok. 10 minut - w tym czasie nie przyszedł głosować nikt więcej.
=============
Na koniec krótka refleksja:
Początkowo zdziwiła mnie ta sytuacja, gdyż uprzejmy pan był tam absolutnie sam, więc - pomyślałem - gdyby chciał, to mógł:
a) otworzyć skrzynkę (lub wyciągnąć moją kartę przez dość szeroki otwór) i za pomocą gumki-myszki dokonać zmian na mojej karcie zgodnie z własnym uznaniem, lub
b) wymazać za pomocą rzeczonej gumki znaczek przy moim nzawisku na liście i zniszczyć kartę po prostu, jeśli okazałoby się, że zagłosowałem nie po jego myśli.
Szybko jednak zreflektowałem się i odetchnąłem z ulgą, że przecież:
a) całkiem możliwe, że były tam kamery, których nie zauważyłem, i ktoś nadzorował cały przebieg głosowania zdalnie,
b) mieszkam w normalnym kraju, a nie w polskim "ukochanym" piekiełku, więc może emocje związane z wyborami są bardziej brytyjskie, czyli praktycznie żadne,
c) wybory komisarzy (PCC) są ważne dla lokalnych społeczności, ale politycznie to już średnio (choć kampania wyborcza poszczególnych partii była jednak - trzeba stwierdzić - w miarę aktywna, gdyż komisarze będą mieli dość szerokie kompetencje w zakresie kontroli policji i zapobiegania przestępczości),
d) te wybory i tak wiele nie zmienią, z czego zdaje sobie sprawę większość mieszkańców (dlatego frekwencja była mniej niż skromna), więc i pokusa i prawdopodobieństwo manipulacji i oszustw wyborczych jest raczej znikome, choć będąc wychowanym w Polsce nie stwierdzę na 100%, że manipulacji nie ma ;)
El Filozof
15 XI MMXII


Komentarze
Pokaż komentarze (2)