Dariusz Ged
Nikt mi nie płaci, czyli notki bezwartościowe?
12 obserwujących
101 notek
73k odsłony
599 odsłon

Morawiecki zarządza dobrobyt. Komu to przeszkadza?

Wykop Skomentuj25

Po konwencji wyborczej PiS obserwujemy panikę w szeregach opozycji. Ich obietnice zostały zneutralizowane podobnymi ze strony rządu, ale co najważniejsze całkiem realnymi i wiarygodnymi. O propozycjach opozycji tradycyjnie nikt prawie nie dyskutuje, bo każdy wie, że są nierealne i tylko na czas wyborów, natomiast o propozycjach PiS wszyscy roztrząsają, bo wiedzą, że oni to wprowadzą. Jak nie w całości to w kluczowej części. Jakie zatem będą konsekwencje przede wszystkim podwyższania skokowo minimalnej krajowej i czy tego chcą Polacy?

Jeszcze niedawno byłem przeciwnikiem podciągania jej do 50% średniej krajowej. Zawyżanie minimalnej płacy odbija się niekorzystnie na bezrobociu, inflacji i szarej strefie. Rację mają głoszący, że podnoszenie jej ma na celu zwiększenie podatków dochodowych, które procentowo są potrącane w wyższej wartości, niż się większości wydaje. Rząd bierze dla siebie ok. 40%, a nie 18% lub dwadzieścia parę, bo do podatków dochodowych zaliczyć należy wszystkie obowiązkowe składki, opłaty, podatki i parapodatki, które niezależnie od nazwy są dla obywatela po prostu daniną potrącaną od dochodu. Im wyższy dochód, tym wyższa danina. Najlepszą przykrywką tak wysokiego podatku dochodowego nie jest jednak udawanie, że część to jakieś składki, ale ukrycie faktycznej pensji przed pracownikiem. Kwota Brutto jest wymyślonym tworem do manipulowania naiwnymi. Ona istnieje tylko w wyliczeniach i nakazach urzędniczych. Prawdziwe wynagrodzenie to kwota na rękę i płaca faktyczna, która formalnie nie ma nawet nazwy, by w świadomości nie zaistniała. Prawie 40% od nieco ponad 2000 zł, a od 4000 zł to realnie duża różnica, a więc i wpływy budżetowe znacznie wyższe.

Podnoszenie obciążeń zwiększa szarą strefę, czyli obroty i zatrudnienie bez rejestracji. Obecnie małym problemem jest całkowite zatrudnienie na czarno, a większym zatrudnianie na najniższą krajową, a dopłacanie pod stołem bez opodatkowania (ową stawką 40%). Coraz mniej jest stanowisk i chętnych do pracy za najniższą krajową, więc podniesienie jej nie doprowadzi do tragedii. Ściągnie więcej podatków dochodowych, czyli zmniejszy szarą strefę w dodatkach do pensji, a zwiększy zatrudnienie na czarno. Czy się zbilansuje? Nie wiem, ale biorąc pod uwagę, że korporacjom nie opłaca się ukrywać pracowników, zagraniczne firmy zapłacą podatku dochodowego więcej. Kolejną sztuczką jest przy okazji wyciągnięcie więcej podatku VAT, którego nie da się odliczyć ponoć (tak słyszałem od przedsiębiorcy) od pensji pracowniczych, czyli aby wykazać zysk należy zapłacić VAT wartości zysku i pełnych kosztów pracowniczych (jakby co, proszę o sprostowanie). Podniesieniu automatycznie ulegnie też składka przedsiębiorców i samozatrudnionych, bo przecież muszą płacić nie mniej, niż pracownicy zatrudnieni za najniższą krajową. Oni sobie to oczywiście potrącą w cenach.

Maruderzy płaczą, że firmy będą się zwijać, bo nie każdy zapewni tak wysokie zarobki. Oczywiście część zakładów i miejsc pracy będzie zlikwidowanych, ale jest to cena dochodzenia do wyższych płac, których pragniemy. Nisko płatne miejsca muszą zniknąć. Uwolnione zostaną masy niewykwalifikowanych pracowników, którzy siedzieli za najniższe pensje z czystej wygody, strachu lub z braku wiary w siebie. Przy obecnym braku pracowników nawet do firm realizujących najprostsze zadania będzie to zbawienne, bo bardziej brakuje chętnych do pracy, niż pracodawców. Firmy obecnie mają problem z rozwijaniem swojej działalności z powodu braku pracowników, a nie zbyt wysokich kosztów działalności. Podniesienie pensji spowoduje momentalne wchłonięcie nowych bezrobotnych przez firmy lepiej prosperujące lub mające większą swobodę podnoszenia ceny usług lub swoich wyrobów.

Tu dochodzimy do inflacji, która naturalnie będzie chciała zjeść wszelkie podwyżki płacy podwyżkami cen. Nie da się uniknąć wzrostu wyceny usług, bo na nie składa się głównie pensja i koszty pracy (podatki), więc podobnie jak na zamożnym zachodzie dobrobyt będzie windował ceny nawet najprostszych usług i tylko imigranci będą stanowić tańszą alternatywę, jak wcześniej Polacy byli konkurencyjnymi fachowcami na zachodzie. Przy tak wysokich płacach staniemy się jeszcze atrakcyjniejszym rynkiem np. dla Ukraińców. Oficjalna inflacja jest jednak bardzo niska (a można temu ufać, skoro złotówka nie traci do walut krajów o podobnie niskiej inflacji), więc mimo wyraźnych wzrostów cen ogólne koszty życia powinny rosnąć wolniej, niż wysokość płac. Tańsze będą zagraniczne towary, wycieczki i usługi bazujące w dużym stopniu na zagranicznych materiałach. Tu jednak pojawi się też problem dla przedsiębiorców związanych z eksportem, bo nasze towary przestaną być tak konkurencyjne cenowo.

Zatem mając niską inflację, niskie bezrobocie i niski poziom zatrudnienia na czarno, a znaczną szarą strefę przy legalnym zatrudnieniu, rząd może sobie pozwolić na podnoszenie najniższej krajowej bez negatywnych konsekwencji dla gospodarki. Jeśli któryś ze współczynników zacznie nadmiernie rosnąć, zawsze można spowolnić zmiany lub się z nimi ograniczyć. Teraz jest przecież okres wyborów, więc kiełbasa wyborcza musi być soczyście podpieczona. Inflacja kosztów życia musi być zrekompensowana niepracującym, czyli nie czerpiącym ze wzrostu dochodów, a więc między innymi emerytom, stąd 14 emerytura. To oczywiste konsekwencje uwzględnione w rosnącym budżecie podobnie, jak podnoszone też pensje urzędników, nauczycieli i personelu medycznego, by nie nastąpił nadmierny odpływ pracowników na wolny rynek (nie mówiąc już o strajkach). Dodatkowo przy stale rosnącym PKB, który będzie podbijany wzrostem płac (przy zachowaniu niskiego bezrobocia), zadłużenie Polski względnie jeszcze bardziej spadnie. Zrównoważony budżet, czyli wiarygodność rządu wpłynie zapewne na jeszcze niższe koszty obsługi długu, co wygeneruje dodatkowe oszczędności. Śmieszne są analizy amatorów opozycji, którzy wieszczą tragedię podobną do tej z przejęcia władzy przez PiS i wprowadzenia 500+, no ale śmiech to zdrowie, więc niech piszą. Polacy chcą wyższych płac i doganiania dobrobytu zachodniej Europy. Nasza praca jest tak wydajna, a wykształcenie na tyle wysokie, że możemy już zaczynać rywalizację z zachodnią cywilizacją na jakość i pomysłowość, a nie jak dotąd tylko na cenę.

Wykop Skomentuj25
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka