Miałem napisać wątek o systemie prawa i niuansach prawa prasowego w Polsce. A także o postulatach jego zmiany - m.in proponowanym przez większość świata prawniczego odejściu od systemu karania dziennikarzy pozbawieniem lub ograniczeniem wolności - co przewidują przepisy kodeksu karnego w odniesieniu do występków takich jak zniesławienie bądź zniewaga. Niestety, całościowe wyłożenie tego problemu kosztowałoby mnie - jak zobaczyłem w trakcie pisania - caly wieczór, więc odniosę sie tylko do kilku zasadniczych problemów - w aspekcie awantury jaka wybuchła wokół redaktora Sakiewicza.
Polskie prawo kuleje w wielu aspektach - fatalne rozwiązania prawo prasowe przyjęło z zakresie instytucji odpowiedzi i sprostowania. Dziennikarz może obsmarować właściwie każdego. Ostatnio o bulwersującej sprawie obsmarowywania pisałem dawno temu - dotyczyło to ścisle Polskiego Radia i jego w-ce prezesa na którym przez ponad miesiąc jeździła sobie Gazeta Wyborcza i nie tylko (chodzilo o sprawę Jerzego Targalskiego). Polityczny podtekst całej sprawy wydawał mi się - jako czytelnikowi - oczywisty. Ale takie polityczne mordobicie na poziomie mediów jak widać nie są właściwe jedynie dla opcji reprezentowanej przez GW. W GP często z wyjątkowym niesmakiem czytalem prymitywne felietony Piotra Lisiewicza. Tak - prymitywne. Bo poziom tych felietonów odpowiadał jakościowo wpisom Galby - zacietrzewienie, skrajna ideologiczność, całkowity brak zahamowań i kultury. Celem było PO - które reprezentować miało wszelkie zło. Taki odpowiednik innego mojego ulubieńca - redaktora Stasińskiego - tylko że z drugiej strony.
Ale tutaj poruszam sprawę prasy ogólnopolskiej - to co dzieje sie w prasie lokalnej - to inna para kaloszy - i wymagałaby osobnego artykułu. W skrócie mówiąc, sytuacja jest tam o wiele gorsza - a waśnie polityczno - biznesowe rostrzygane są bardzo często przez "swoich" panów redaktorów naczelnych - którzy moga dowolnie rzucić cień podejrzenia na odpowiednią osobe...
Ale wróćmy do prawa, a dokładnie instytucji sprostowania/ odpowiedzi. W tym zakresie redaktorzy naczelni mogą robić właściwie co im się tylko podoba, gdyż niedkoskonałe zapisy prawa prasowego dają bardzo szerokie mozliwości odprawiania proszacych (żądających) obsmarowanych z kwitkiem . Zazwyczaj każdy redaktor naczelny ma nawet przygotowane formułki które tasmowo wysyła sie do korzystających ze swoich uprawnien "bohaterów" publikacji. Problem bowiem polega na tym że zarówno treść sprostowania jak i odpowiedzi została bardzo nieprecyzyjnie okreslona w samej ustawie. A więc redaktor naczelny ma obowiązek odrzucić żądanie publikacji sprostowania, które nie spełnia wymogów "rzeczowości" i "odnoszenia się do faktów". Podobnie ma obowiązek zachować sie jeśli treść lub forma sprostowania nie są zgodne z zasadami współżycia społecznego.
I co wtedy? Ano - po chłopsku mówiąc - jajco. Pozostaje droga sądowa. Procesy jednak są tutaj w pewnym sensie fikcją - bo jak można doprowadzić do stanu przywrócenia w świadomości społecznej prawdziwego obrazu sytuacji - kiedy sprawa wyjaśnia się po roku albo dwóch latach - w czasie kiedy już wszyscy zapomnieli. Otóż - nijak nie można. Dziennikarz albo redaktor naczelny - ktorzy celowo posłuzyli sie określoną gazetą albo innym środkiem masowej komunikacji - zostaną najwyżej ukarani śmiesznymi sumami. Wykonalność wyroku mamy po 2 latach (w dużych metropoliach jak Warszawa - na prowincji tego czasu dokładnie nie znam). Wolność mediów wymaga jednak także odpowiedzialności za słowo. Ponieważ orzecznictwo europejskie idzie jasno w stronę odejścia od sankcji pozbawienia wolności lub ograniczenia wolności w sprawach związanych z mediami (sprawa Lingens vs Austria - ETPC) - należy po prostu zmienić nie system penalizacji - ale sam system procedury obowiązujący w tych sprawach.
Niestety - ustępujący parlament - tworzacy owo cynicznie przeze mnie podkreślane "prawe prawo" - nie wniósł w tej sprawie nic nowego. Nie wiem bowiem nic na temat rozpoczęcia prac nad zmianami które pozwoliłyby usprawnić tryb postepowań w tym zakresie. Nie ma wątpliwości że bardzo sprawdza sie tutaj tzw tryb wyborczy w którym orzeka się w odniesieniu do okreslonego rodzaju spraw podczas kampanii wyborczej. I właśnie podobny tryb (choć tutaj terminem otrzymania prawomocnego orzeczenia powinien być termin 1-2 miesięcy) powinien byc wprowadzony w odsieniu do innych przypadków naruszenia dóbr osobistych przez środki masowego przekazu - także w odniesieniu do zmueszenia redaktorów naczelnych do publikacji sprostowania / odpowiedzi oraz przeprosin
Powyżej odniosłem sie zasadniczo do problemu publikacji sprostowań/ odpowiedzi w prasie i uników jakie w tym zakresie wykonują redaktorzy naczelni - a także do problemu nieskuteczności prawa w odniesieniu do tych spraw.. Ale prawo mediów przynosi też całą gamę innych problemów - m.in swego czasu głośna była sprawa w której sąd zobowiązał oskarżonego do przeproszenia pokrzywdzonego poprzez zamieszczenie na pierwszej stronie tygodnika regionalnego odpowiedniego tekstu przeprosin. I co? I osoba której nakazano takie zachowanie po prostu orzeczenie sądu najzwyczajniej olała.
Wyobraźmy sobie sytuację gdy w takim momencie sąd zmuszony jest wyznaczyć karę zastepczą. I już wyobrazam sobie taka sytuację w głośnej sprawie politycznej - gdzie np dziennikarz albo redaktor naczelny w poważaniu mają szacunek dla prawa i dla sądu i dalej są pewni swoich racji. Sąd orzeka karę zastępczą i mamy ryk o tym jak to zagrożona jest wolność i jakie to represje stosuje się w Polsce.
Zresztą - właśnie przeczytałem o wypowiedzi pana premiera dotyczącej tej sprawy - że Polsce grozi "putinada" (na razie to pan premier jest premierem a brat pana premiera prezydentem - więc zaczynam sie poważnie obawiać o prawdziwość tych słów).I tak oto wypowiada sie pan premier - Do władzy dochodzi grupa, która stanowi realne zagrożenie dla demokracji - słowa toczka w toczkę podobne do tych którymi niedawno raczyli nas Bronisław Geremek & consortes. Wtedy jednak grupa ktora obecnie przekształciła się w politycznych kiboli ryczacych gromko o zagrożeniu demokracji smiała sie i krzyczała o zdradzie. Dziś - już wszystko jest OK. Na czym polega róznia - ano na tym ze wtedy to koledzy pana Bronisława stracili władzę a dziś koledzy pana Tomasza i pana Jarosława. Ot - punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia.
Czy sąd podjąl właściwe zarzadzenie - staram sie nie komentować decyzji sadu - poniewaz panu Sakiewiczowi przysługują wciąż odpowiednie środki aby do ciemnego lochu jednak nie trafić. Wg mnie sad podjął decyzję nieadekwatną do sytuacji. Podobnie zresztą jak przy sprawie kloszarda Huberta - kiedy to słowa wypowiedziane przez dworcowego "nurka" postawiły na nogi organy całe organy ścigania. Ciekawe jest jednak że pan Tomasz Sakiewicz uwazał za ważniejsze uczestnictwo w zabawie a pani Hejke zastosowała po prostu unik - bowiem oczywiste jest że o sprawie wiedziała. Tutaj akurat chcę całkowicie pominąć kwestie formalne ale odnieść sie do stosunku Sakiewicza i Hejke do całej sprawy - otóż tak własnie postepuje się w tych przypadkach. Wydłużanie, gra na czas.
Nie wiem co orzeknie sąd - ale kiedy orzeczenie będzie prawomocne nikt nie bedzie już pamiętal kim był Subotić. Na co mu bedzie ten wyrok? Oczywiscie chodzi mi tutaj o wyrok sądu - bo swój wyrok ogromna rzesza ludzi juz wydała.
O ile jednak zarządzenie sądu możemy uważać za nietrafne - o tyle awantura jaką rozpoczał pan Sakiewicz oraz pan premier w związku ze sprawa - jest dla mnie obrzydliwa i skandaliczna. Pominę już fakt, iż dziennikarz GP piszac o decyzji sądu nawiązał do zmiany władz oraz zasugerował bliżej niezidentyfikowane związki Platformy Obywatelskiej z całą sprawą - kultura, którą prezentuje pan Lisiewicz każe ludziom na pewnym poziomie unikac zajmowania sie jego "twórczością". Szczególnie premier powinien unikać komentowania decyzji wymiaru sprawiedliwości - ale pan premier oraz PiS od dawna znani byli z wyjątkowo negatywnego nastawienia do władzy sądowniczej.
Dlaczego - odpowiedz otrzymujemy właśnie teraz i z pelną moca - każde orzeczenie, każde zarzadzenie i każda inna decyzja - jest na pewno polityczna i ma spiskowe podłoże - o ile nie idzie po naszej myśli. Ideałem jest więc taki wymiar sprawiedliwości który myśli, czuje i wyrokuje jak pan premier. Oczywiście o tym że pan premier centralną postacią we wszechświecie nie jest - zdarza się niektórym zapominać. To oczywiście słowa które pisze z pewnym sakrazmem - jednak jest on potrzebny aby podkreślić problem. Władza sądownicza jest bowiem niezawisła - szczególnie od nacisków wywieranych przez władzę wykonawczą. Ideałem jest tutaj dla mnie system prawny USA - gdzie można dostrzegać nawet przewagę władzy sądowniczej nad innymi.
Niestety - obrażanie się pana prezydenta, ostatnia awantura wokół Gazety Polskiej - jeszcze bardziej mnie utwierdzają w słusznosci wyboru którego dokonałem w dniu wyborów. Brzydko chwyta sie tonący. Kiedyś broniłem tutaj PiS i Jarosława Kaczyńskiego. Dziś nie znajduję słowa na ich obronę. To co bowiem widzę - to jest po prostu cyrk. Czy naprawdę tak trudno jest godnie odejść? Nie widzę żadnej - ale to żadnej różnicy miedzy retoryką uprawianą teraz przez PiS i retoryką którą uświadczyliśmy swego czasu ze strony Gazety Wyborczej. To samo polityczne zaślepienie, ta sama niemoc pogodzenia sie z porażką.
Wracając jeszcze do systemu prawa w Polsce - oprócz zmiany procedury i być może odejścia od systemu kar pozbawienia i ograniczenia wolności - byłaby całkowita reforma spojrzenia na odpowiedzialność cywilną - która obecnie przewiduje symboliczne faktyczne kwoty orzekane przez sady z tytułu naruszenia dóbr osobistych. W systemie prawa polskiego praktycznie nie istnieje tutaj element "karny" - a więc sąd orzekajac określoną sumę na cel społeczny albo - szczególnie - na rzecz osoby której dobra osobiste zostały naruszone - bardzo obawia sie tzw "wzbogacenia" tej osoby. Celem jest tutaj bowiem "przywrócenie" naruszonego stanu (który po symbolicznych 2 latach jest już fikcją) - a zapomniano o tzw czynniku tamującym - który stanowiłby ostrzeżenie dla podobnych escesów w przyszłosci. I co najdziwniejsze - taki stan istnieje właściwie niezależnie od kwestii winy naruszyciela dóbr.Zmiana tego poglądu dokryny i orzecznictwa - która pozwoliłaby sądom wymierzać naprawde duże sumy - grubo powyżej 100 tysięcy złotych - stanowiłaby istotny czynnik sklaniający naruszających do uprzedniego zastanowienia sie nad sensownościa swoich działań - szczególnie w przypadku gdy nie ma wątpliwości że naruszenie nastąpiło przy ewidentnym braku rzetelnosci dziennikarskiej naruszającego, lub wręcz jego złej woli.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)