Marian Brudzyński Marian Brudzyński
50
BLOG

W kruchcie Antykościoła - współczesna powieść faktu.

Marian Brudzyński Marian Brudzyński Polityka Obserwuj notkę 0
Ostry dźwięk dzwonka przeszył dreszczem przestrzeń korytarzy, które po chwili wypełniły się rozkrzyczaną gromadą. Marek lubił ten moment i zawsze niecierpliwie go wyczekiwał. Ilekroć zbliżał się koniec lekcji, co rusz ukradkiem spoglądał na zegarek. Uczniowie dobrze znali ten jego odruch i przyjmowali go z pełnym zrozumieniem. Nic tak nie zbliża nauczyciela z wychowankami, jak dzwonek kończący lekcję. Ostatnie tego dnia czterdzieści pięć minut spędzone między poezją Gałczyńskiego a uciekającymi spojrzeniami znudzonego audytorium nareszcie przeszło do historii. Marek odetchnął z ulgą. Nie lubił swojej pracy w gimnazjum. Ba, miał dość tego nauczycielskiego etatu. Zawód ten dopadł go zresztą trochę przypadkowo i nigdy nie przypuszczał, że życie spędzi na belfrowaniu. Co roku obiecywał sobie, że znajdzie inną pracę. Niekoniecznie lepiej płatną, ale przynajmniej gwarantującą jako taką satysfakcję. Lata mijały nie zwracając najmniejszej uwagi na to postanowienie. Jedyne, co zmieniało się w jego życiu, to narastające poczucie samotności. Przekroczył już trzydziestkę i już na pierwszy rzut oka widać było to jego kawalerstwo. Stare kawalerstwo. Kiepsko wyprasowane spodnie i chroniczny brak drugiego śniadania - to tylko pierwsze z brzegu tego oznaki. W chwilach zadumy wspomina studenckie żarty z koleżanek, na które w szkołach czyhać miało staropanieństwo. Czyż mógł wówczas przewidzieć, że oto dworuje z własnej przyszłości? Rzucił niechętne spojrzenie na stos zeszytów piętrzących się na biurku. Znów przyjdzie mu spędzić cały wieczór na poprawianiu lawiny mało gramotnych zdań, nieprzemyślanych sądów i ortograficznych fajerwerków. Miał świadomość swojej walki z wiatrakami i sromotnej porażki, jaką ponosiło słowo pisane w konfrontacji z kulturą obrazkową. Coraz częściej czuł się bezradny. Nie tylko jako nauczyciel. Tymczasem niedbale upchnął zeszyty do kolorowej reklamówki, którą rano wręczono mu w sklepie wraz z zakupionymi pierogami. Gotowe dania stanowiły szczyt jego kulinarnych możliwości. Szkoda było mu czasu na to, by przyrządzać skomplikowane potrawy. Przy byle okazji powtarzał zresztą, że nigdy nie smakuje mu to, co sam przyrządzi. Z wyraźną niechęcią zapakował jeszcze dzisiejszy egzemplarz Gazety Porannej. Każdy, kto choć trochę znał Marka wiedział, że jego poglądy nijak się mają do linii programowej pisma. Nie po to jednak go codziennie kupował, by dać wyraz solidarności z poglądami dziennikarzy. Wprost przeciwnie. Nie cierpiał tych wszystkich przemądrzalców strojących się w piórka intelektualistów i moralnych autorytetów. Szczególną niechęć kierował ku redaktorowi naczelnemu. Nie tylko z racji jego politycznego zaangażowania po stronie libertynów wszelkiej maści, ale i z bardziej osobistych pobudek. Marek nie mógł przeboleć, że dziennikarz większość kontrowersyjnych tekstów podpisuje jego nazwiskiem. Tak więc Marek Kot mimowolnie pojawiał się na łamach Gazety Porannej nie w takim kontekście, jaki by mu odpowiadał. Od lat obiecywał sobie, że kiedyś odmieni tę bolesną sytuację. Spojrzał na winietę gazety. Napis umieszczony pod nią głosił, że dziś imieniny obchodzą panie o imieniu Nadzieja. Uśmiechnął się pod nosem. Nie znał żadnej Nadziei, choć żył nią każdego dnia. Żył nadzieją. Z pozoru niedbale przewertował kilka stron i wzrok zawiesił na małej czarnobiałej fotografii przedstawiającej front wrocławskiego kościoła pod wezwaniem Św. Michała Archanioła. Dość często bywał w mieście nad Odrą, lecz tej świątyni nie znał. Teraz już wiedział, że najbliższy weekend spędzi we Wrocławiu. Czekał już tylko na potwierdzenie wyjazdu. Napis pod fotografią niczym nie wyróżniał się z całej gamy sensacyjnych doniesień: Tajemnicza kradzież relikwii świętej Teresy Benedykty. Dla Marka był to jednak szok. Gdy czytał po raz pierwszy tę informację, gazeta podskakiwała miarowo wraz ze stukotem kół tramwaju, którym jechał do pracy. Literki niechętnie składały się w logiczną wypowiedź. W końcu odsłoniły niepokojącą treść: nieznany sprawca włamał się do kościoła i nie wykazując zainteresowania wartościowymi przedmiotami ani skarbonami z pieniędzmi, skradł relikwiarz zawierający szczątki świętej Teresy Benedykty od Krzyża. Jakiś policjant oświadczał, że aktu kradzieży z pewnością dokonał zawodowiec, bowiem unieruchomił profesjonalny system alarmowy. Z kolei zdaniem księdza proboszcza złodziej musiał działać na zamówienie kogoś, kto był przeciwny wyniesieniu Edyty Stein na ołtarze. Tyle notatka. Marek był pewien, że sprawa ma podwójne dno. Nie zdziwił się zatem, gdy po niespełna dwu godzinach usłyszał powiadomienie o nadejściu SMS-a. Na wyświetlaczu telefonu pojawiło się banalne: Życzymy smacznego! S.P. Tego dnia Marek zerkał na wskazówki zegarka częściej niż zwykle. Szybkim krokiem pokonał szkolny korytarz. Zamyślony nie odpowiadał na pozdrowienia mijających go uczniów. Dotąd mu się to nie zdarzało. Wiedział, jakie to ważne dla dzieciaków. Dziś nie zauważał nikogo. Przekonała się o tym matematyczka, która od dobrych kilku chwil próbowała zwrócić na siebie jego uwagę. - Chciałabym zamienić z tobą kilka zdań – rzekła w chwili, gdy wzrok Marka zaświadczył o jego powrocie do rzeczywistości. Mężczyzna spojrzał na nią. Ta czterdziestoletnia już zapewne kobieta zawsze wydawała mu się oazą spokoju. Żaden, choćby najgorszy szkolny urwis nie był w stanie wyprowadzić jej z równowagi. Marek nigdy dotąd nie widział jej zdenerwowanej. Rozbiegany wzrok kobiety i z trudem ukrywana nuta nerwowości w głosie spowodowały, że przez moment wydawała mu się zupełnie obca. - Prawdę mówiąc już jestem spóźniony… – rzucił trochę na odczepne. Zatrzymali się pod drzwiami pokoju nauczycielskiego, zza których dobiegł ich wybuch głośnego śmiechu. Marek nie lubił tego pomieszczenia. Odkąd wuefiści urządzili z niego poligon dla swoich prymitywnych dowcipów i sercowych podbojów, unikał go jak ognia. Jarmarczna atmosfera powodowała, że starał się maksymalnie ograniczyć swoją tu obecność. Na tyle, na ile pozwalały na to jego nauczycielskie obowiązki. - Czekam na ciebie w palarni – matematyczka odzyskała pewność siebie, choć wciąż była daleka od stanu wewnętrznego spokoju. Odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem podążyła w głąb korytarza. Marka zaintrygowało jej zachowanie. Nigdy dotąd nie widział jej w takim stanie. Mało zresztą o niej wiedział. Przede wszystkim to, że była praktykującą katoliczką. Podobno ostatnio związała się z jakąś grupą religijną działającą przy jednym z kościołów. Nie znał jednak szczegółów. Choć cały czas przed oczyma miał fotografię z Gazety Porannej i jego myśli kłębiły się wokół wrocławskiej kradzieży, czuł, że nie może odmówić koleżance kilku minut rozmowy. Prześlizgnął wzrokiem po roześmianych twarzach damsko-męskiego towarzystwa, odłożył dziennik i klucze do sali lekcyjnej. Przy wyjściu rzucił zdawkowe do widzenia i nie czekając na odpowiedź z ulgą zamknął za sobą drzwi. Kurtkę wieszał w kanciapie woźnego. Pomieszczenie było jednak zamknięte, więc ruszył w stronę palarni. Choć sam nie palił, to lubił spędzać tam wolne chwile. Z reguły tętniąca życiem podczas przerw, teraz była pusta. A raczej prawie pusta, bo w kąciku przy oknie stała matematyczka. Spojrzała na Marka, a potem wzrok nieruchomo zawiesiła na tabliczce z napisem: Tu wolno palić. - Moich przyjaciół spotkała życiowa tragedia. Jesteś jedyną osobą, która może im dopomóc. Kilka godzin wcześniej ksiądz Kazimierz Domżalski ciężko opadł na krzesło. Nie wyleczona do końca grypa mocno osłabiła jego niemłody już przecież organizm, a nocne ataki kaszlu nie pozwalały na zregenerowanie sił. Na szczęście po wysokiej gorączce nie było już śladu. Po kilku dniach przerwy dziś odprawił wreszcie Mszę świętą. Tylko on wiedział, jak ważny był dla niego ten codzienny kontakt z Jezusem Chrystusem ukrytym w chlebie i winie. Już ponad czterdzieści lat minęło od czasu prymicji, a on podczas konsekracji nadal odczuwał wielkie wzruszenie. Tym razem było trochę inaczej. Ilekroć wzrok jego podążał od ołtarza w stronę kaplicy św. Teresy Benedykty, ciało księdza przeszywał bolesny niepokój. Dobrze znał to uczucie. Nieraz doznawał go w konfesjonale podczas spowiedzi najcięższych grzeszników. Tak reagował na kontakt ze Złem. Ktoś cichutko zapukał do drzwi, które nie czekając na odpowiedź duchownego otworzyły się z wolna. Nie przekraczając progu młody męski głos szepnął: - Księże proboszczu, policja do księdza. Ksiądz Kazimierz niechętnie przyjmował gości. Był typem samotnika lubującego się w ciszy własnych rozmyślań, którymi z rzadka tylko z kimś się dzielił. Tym razem było inaczej. Słowo „policja” znaczyło nadzieję, a ta dodawała sił. Ostrożnie zszedł po schodach do swojej kancelarii. Ubrany po cywilnemu policjant sprawiał wrażenie mocno znudzonego. Chyba nie bardzo rozumiał, dlaczego w prasie tyle krzyku wokół skradzionego mienia o wartości kilkuset złotych. Każdy dzień obfitował w przestępstwa znacznie cięższego kalibru, z którymi rad byłby się zmierzyć. - Czy coś nowego..? - w głosie proboszcza wyraźnie zabrzmiała nuta nadziei. Policjant spojrzał mu w oczy. Przez chwilę wydawało mu się, że dostrzega w nich dziecięcą wiarę w człowieka, tę samą, która u niego samego skończyła się tego dnia, kiedy rozpoczął swoją pracę w policji. Uciekając od wzroku kapłana wycedził rutynową formułkę: - Śledztwo trwa. Wszyscy pracujemy bardzo intensywnie. Sprawa jest traktowana priorytetowo. Ton głosu gościa pozbawił złudzeń proboszcza Domżalskiego. - Ano tak. Bogu dzięki – rzekł ksiądz Kazimierz i ruchem ręki wskazał policjantowi krzesło. - Nie, dziękuję. Wpadłem tylko na chwilę. Brakuje nam podpisu księdza pod protokołem z kradzieży. - Rozumiem. Formalności musi stać się zadość – niedbale skreślona pod maszynopisem parafka zakończyła nikogo nie satysfakcjonującą rozmowę. Proboszcz wrócił do swojego pokoiku. Na chwilę ukrył twarz w dłoniach. Jakże mu trudno zrozumieć to, co zaszło w jego kościele. W czasie swojej długoletniej posługi kapłańskiej nieraz stykał się z grabieniem świątyń. Zawsze jednak złodziejom chodziło o zysk, kradli to, co przedstawiało realną wartość materialną. Teraz było inaczej. W środowisku duchownych co prawda coraz częściej wspominano o włamaniach do kościołów połączonych z profanacją konsekrowanych hostii. Opowieści te wydawały się jednak proboszczowi Domżalskiemu mocno przesadzone, mało rzeczywiste, odległe od jego wrocławskiej placówki. Wczoraj uwierzył w ich prawdziwość. Mało tego. Miał świadomość, że w mury świątyni będącej pod jego opieką zakradło się Zło. Zło anonimowe, nie nazwane z imienia, ale przez to jeszcze bardziej przerażające. I jeszcze ten niezrozumiały znak na ścianie, jakby podpis mówiący: to jeszcze nie koniec… Dreszcz strachu wstrząsnął ciałem księdza. Spojrzał na obraz wiszący naprzeciw okna. Święty, trzymający w dłoni medalion z wizerunkiem Chrystusa, zdawał się poruszać. Cienie gałęzi dębu rosnącego tuż przy plebanii, kołysanych majowym wiatrem, prześlizgiwały po twarzy świętego, raz po raz ją ożywiając. Proboszcz przez chwilę zamarł w bezruchu, a potem skupiony przyklęknął pod obrazem. Przeżegnał się dostojnie celebrując każdy ruch i pobożnie złożył ręce do modlitwy. Wierzył w jej moc. Wierzył też w to, co Kościół nazywa świętych obcowaniem. Nie tylko wierzył. Nieraz w swoim życiu odczuł bezpośrednie działanie nadprzyrodzonego. Gdy jako kilkunastoletni chłopiec modlił się do świętego Tadeusza Judy o zdrowie dla nieuleczalnie chorej, zdaniem lekarzy, matki, nie mógł wiedzieć, że oto znalazł orędownika na całe życie. Uciekał się do niego, ilekroć stawał w obliczu problemów z pozoru nierozwiązywalnych, beznadziejnych. Takich, wobec których człowiek czuł się już bezsilny. Bezsilny jak dziś. Klęczał pod wizerunkiem świętego i głośno wypowiadał słowa litanii: Św. Judo, w obronie wiary świętej śmiało występujący, Św. Judo, przykładem życia chrześcijańskiego będący, Św. Judo, prześladowanie dla wiary świętej cierpiący, Św. Judo, krwią swoją wiarę świętej stwierdzający, Św. Judo, szczególny Patronie w sprawach trudnych i beznadziejnych, Św. Judo, Orędowniku możny, i dalej: Abyśmy nigdy zwątpieniu nie ulegli, Abyśmy nigdy w rozpacz nic wpadli… Przy tych słowach rozległo się ciche pukanie do drzwi, a po chwili powtórzyło już głośniej. Ktoś, znów nie czekając na zaproszenie gospodarza, lekko je uchylił. - Przepraszam, że przeszkadzam. Telefon do proboszcza… – dziwnie zadźwięczał ten sam głos, który uprzednio ogłosił wizytę policjanta. Wikary Andrzej już na schodach słyszał głos modlącego się przełożonego. Przez moment chciał nawet zawrócić. Czuł jednak, że dzwoni ktoś ważny. Na wyświetlaczu aparatu telefonicznego wyświetlił się numer rozpoczynający się: 003906… Dzięki temu wiedział, skąd dzwoniono. - Telefon do proboszcza… z Wa-ty-ka-nu! – rozemocjonowany wikary przesylabizował ostatni wyraz, jakby miał do czynienia z niedosłyszącym rozmówcą. Dopiero od pół roku pełnił posługę we wrocławskim kościele i słabo znał proboszcza, a tym bardziej jego znajomych. Niecodzienność wydarzenia rozpalała zwykłą ludzką ciekawość. Ksiądz Domżalski milczał przez moment, potem rzucił pełne radości spojrzenie na wizerunek świętego Judy i tak gwałtownie podniósł się z kolan, jakby w jednej chwili zrzucił z siebie bagaż kilku dziesiątek przeżytych lat. W drzwiach o mało nie przewrócił zaskoczonego księdza Andrzeja i mimo postępującej choroby stawów prawie sfrunął po schodach. - Szczęść Panie Boże, księże Tomaszu. Tak się cieszę, że dzwonisz! – proboszcz Domżalski mocniej ścisnął w dłoni słuchawkę telefonu. Jakby chciał być pewnym, że żadna siła nie rozłączy go z rozmówcą. * * * c.d.n. UWAGA: W każdy wtorek nowe odcinki na ProPolonii.pl

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka