48
BLOG
W kruchcie Antykościoła. Część II
Nowe rozdziały powieści publikowane są w każdy wtorek na Portalu: www.ProPolonia.pl oraz na naszym blogu w S24. Rozdział II Marek rzadko bywał w tej części Bydgoszczy. Szczęściem szybko znalazł ulicę Przemyską i teraz tylko szukał numeru osiemnastego. Mimo że minęły już cztery godziny od rozmowy w szkolnej palarni, nie potrafił zebrać myśli. To, o czym usłyszał z ust matematyczki, wydawało mu się z początku wymysłem wybujałej, może nawet nie do końca dojrzałej, wyobraźni. Do czasu. Kilkanaście metrów przed sobą ujrzał blok rodem z lat siedemdziesiątych. W którymś z okien na trzecim piętrze oczekiwali na niego zrozpaczeni ludzie. Przycisnął guzik domofonu. Po chwili głośno przedstawił się. Trzask odskakującej blokady otworzył drzwi wiodące na klatkę schodową. Pokonując kolejne stopnie Marek starał się uspokoić kołaczące serce. Bezskutecznie. Zawsze tak reagował, gdy natrafiał na ślady działalności Antykościoła. Przerażające ślady. Co do tego jednego miał pewność. Stanął przed solidnymi drzwiami oznaczonymi tabliczką z wygrawerowanym nazwiskiem: Zofia i Jan Stawiccy. Nim zdążył zadzwonić, drzwi otworzyła kobieta krótko po pięćdziesiątce. - Proszę wejść – jej bezbarwny głos nie zdradzał żadnych emocji. Przedpokój i pokój gościnny, do którego wprowadziła Marka, świadczyły o zamożności gospodarzy. Ściany z trudem mieściły wielką liczbę obrazów. Przeważała tematyka religijna i patriotyczna. Choć Marek nie znał się na malarstwie, czerpał satysfakcję z obcowania z nim. W innych okolicznościach potrafiłby wykorzystać kolekcję Stawickich do przeżycia wspaniałej duchowej przygody. - Hanka dużo dobrych rzeczy nam o panu powiedziała – rzekł postawny mężczyzna wyglądem przypominający filmowego Tarzana. – Choć tak naprawdę mało już w nas nadziei… Marek przypomniał sobie o dzisiejszej jubilatce i mało brakowało, by dla rozluźnienia sytuacji głośno sobie z tego zażartował. Na szczęście w porę ugryzł się w język. Nie wiedział, co mówiła o nim matematyczka. Jedyne, co mógł otwarcie obiecać Stawickim, to artykuł w lokalnym tygodniku. Od lat znał jego właściciela i od czasu do czasu zamieszczał w piśmie swoje felietony. Bardziej dla treningu giętkości języka, niż z potrzeby publicznego wypowiadania się. Tę realizował gdzie indziej. Ale o tym nie mógł przecież wspomnieć ani słowem. Przynajmniej na razie. - Nie przychodzę do państwa w pogoni za sensacją. Wiem, że zawiedliście się na wielu osobach. Moje intencje są szczere i zrobię wszystko, by pomóc. Słowa Marka nie podziałały jakoś szczególnie na gospodarzy. Wszyscy troje usiedli w głębokich skórzanych fotelach. Porcelanowa zastawa, w której Stawicka podała kawę, raz po raz podskakiwała wskutek przejeżdżających pod oknami tramwajów. - Jeszcze kilka lat i ta gierkowska tandeta zawali nam się na głowy – Stawicki próbował trochę rozluźnić napiętą atmosferę. Co chwila dotąd spoglądał na żonę, jakby obawiał się o jej psychiczną kondycję. Z pewnością te jego obawy miały uzasadnienie w niedalekiej przeszłości. - Janku, nie traćmy cennego czasu pana Marka. Przejdźmy do rzeczy – twarz kobiety wreszcie ożywiła się. Widać było, że z każdym wypowiedzianym słowem będzie na nowo przeżywała swój dramat. – Nasza córka Basia w lutym obchodziłaby dwudzieste drugie urodziny. Była dziewczyną wesołą, towarzyską. Aktywnie działała w ruchu oazowym. Z jej gorliwej pobożności nawet my trochę żartowaliśmy. Taką była do jesieni ubiegłego roku. Po ukończeniu szkoły pomaturalnej Basia postanowiła podjąć pracę w księgarni. Nie wiemy, czy trafiła na nią z ogłoszenia, czy ktoś pomógł ją załatwić. Początkowo chodziła do pracy bez większego entuzjazmu, później niezwykle chętnie. Pomyślałam nawet, że zakochała się w jakimś koledze z pracy. Ale to nie było to. Nie dbała raczej o urodę, nie stroiła się jak inne dziewczyny w jej wieku. Była szczęśliwa, a ja razem z nią. Po dwóch, trzech miesiącach, zachowanie Basi zaczęło mnie niepokoić. Coraz częściej wracała do domu późnym wieczorem. Początkowo tłumaczyła się niespodziewanymi inwentaryzacjami, przyjmowaniem towaru, czy też organizacją imprez promocyjnych w księgarni. Potem przestała mówić cokolwiek, a ja nie dopytywałam się. Była przecież dorosła. Kolejny sygnał ostrzegawczy, to jej uniki w uczęszczaniu na Mszę świętą. Dotąd nie wyobrażała sobie niedzieli bez przyjęcia komunii świętej, teraz skarżyła się na różne dolegliwości, byle tylko zostać w domu. Łatwo domyślić się, że w tym czasie porzuciła też Oazę. Urwała jakiekolwiek kontakty z dotychczasowymi przyjaciółmi. Widać, znalazła innych… - A mieliście państwo okazję poznać kogoś z nowego towarzystwa córki? - Nie, nigdy. Tylko o Ingrid wspominała kilkakrotnie. I to na samym początku. Potem już nie. Pracowały razem. To Ingrid zadzwoniła do nas tego tragicznego dnia, trzeciego kwietnia ubiegłego roku, w środę. Powiedziała, że na swojej działce w Myślęcinku zorganizowała małą imprezę dla najbliższych przyjaciół i uprzedziła mnie, że Basia nie wróci na noc. Wówczas nawet przez chwilę nie zastanowiło mnie to, dlaczego córka sama ze mną nie rozmawiała. Wątpliwości pojawiły się później – widać było, że pani Zofia nie pierwszy raz relacjonuje przebieg wydarzeń. - Basia nie miała telefonu komórkowego? – zdziwił się Marek. - Zgubiła go dwa dni wcześniej. W czwartek w południe zadzwoniłem do księgarni. Kobiecy głos oznajmił mi, że Basia nie przyszła do pracy. Zapytałem o Ingrid. Usłyszałem, że dziewczyna ma kilkudniowy urlop. Wtedy poczułem narastający niepokój – Stawicki sięgnął do szafki po paczkę papierosów. Po chwili głęboko zaciągnął się dymem. – Nikotyna mnie uspokaja. Marek przyjrzał się dokładnie gospodarzowi. Mocno przetłuszczone zbyt długie włosy, kilkudniowy zarost, szara cera i podpuchnięte oczy mówiły wszystko. Stawicki od wielu tygodni przegrywał walkę swojego życia. Osamotniony nie miał żadnych szans. - I wówczas zgłosił pan policji fakt zaginięcia córki? - Jeszcze nie. Wierzyliśmy, że córka w końcu odezwie się. Dopiero około godziny dwudziestej pojechaliśmy z żoną na najbliższy posterunek. Policjant wypisał odpowiednie formularze i kazał nam wrócić do domu. Tak uczyniliśmy. - Po nieprzespanej nocy rankiem pojechaliśmy do księgarni. Chcieliśmy porozmawiać z Ingrid. Kierowniczka potraktowała nas bardzo oschle. Najpierw usłyszeliśmy pogadankę o braku poczucia obowiązku u naszej córki, a później odmowę udzielenia informacji o miejscu zamieszkania Ingrid. Ponoć takie przepisy – gospodyni ciągnęła prawie już na pamięć wyuczony tekst. – Zdruzgotani wróciliśmy do domu z nadzieją, że może Basia zdążyła w międzyczasie wrócić. Rzeczywistość była inna. Ledwo weszliśmy do mieszkania, zadzwonił telefon. To była policja. Pytali o córkę. Umówiliśmy się na spotkanie u nas. Po godzinie pojawił się młody inspektor. Zrobił na nas dobre wrażenie. O wszystko się wypytywał. Spisał kilka nazwisk i numery telefonów starych znajomych Basi. Szczególnie zainteresowała go moja telefoniczna rozmowa z Ingrid. Mówił, że to ważny trop. - I dokąd go doprowadził? – Marek przerwał monolog pani Zofii. - Donikąd. Ingrid wyparła się tego, że do mnie dzwoniła. Owszem, ma działkę w Myślęcinku, ale w środę nie urządzała żadnej imprezy. Cały dzień miała spędzić u znajomych w Grudziądzu, którzy zresztą w śledztwie potwierdzili jej słowa. - A co z połączeniem? Czy policja sprawdziła biling rozmów przychodzących na państwa numer telefoniczny? - Zrobili to. Rozmowa była przeprowadzona z budki telefonicznej zlokalizowanej tuż przy bramie głównej Prochemu. Tu ślad się urwał i policja już go nie odnalazła – Stawicka dwoma haustami opróżniła zawartość filiżanki. – A do głosu zaczęły dochodzić siły nadprzyrodzone. Marek poprawił się w fotelu. Po tym, co usłyszał od matematyczki, był przygotowany na takie informacje. Zresztą to dla niego nie pierwszyzna. Sam bywał nieraz uczestnikiem wydarzeń, których zrozumienie leżało bardzo daleko od tego, co nazywamy naukowym opisem rzeczywistości. - Zaczęło się trzeciej nocy od zaginięcia córki. Przyszła do mnie we śnie. Cała mokra. Powiedziała, że została zamordowana, a ciało utopiono w myślęcińskim stawie. Obudziłam się roztrzęsiona. Rano zauważyłam, że moje buty pełne są wody. Obydwoje z mężem byliśmy w szoku. Tym bardziej, że sen powtarzał się przez kolejne noce. Poszliśmy z tym na policję. Inspektor z trudem powstrzymywał się od wyśmiania nas. My wiedzieliśmy jedno: trzeba koniecznie spenetrować ten staw. Zrobiliśmy to na własną rękę. Wynajęliśmy ekipę płetwonurków. Po dziesięciu minutach znaleźli naszą Basię…- w tym miejscu głos Stawickiej załamał się. Silne ramię męża czule ją objęło. Zapobiegło to wybuchowi płaczu. Widać było wyraźnie, jak kobieta resztką sił walczy z bólem wypalającym jej serce. - Płetwonurkowie zadzwonili po policję. Z daleka rozpoznaliśmy zwłoki, głównie po ubiorze. Do dziś nie wiemy, co później z nami się działo. Rozpacz wyłączyła poczucie rzeczywistości – twarz pana Jana poszarzała jeszcze bardziej. Zaległa cisza. Marek zorientował się, że obydwoje jego rozmówcy potrzebują chwili wytchnienia. Pod byle pretekstem podszedł do jednego z wiszących na ścianach obrazów i udając zainteresowanie, zapytał: - Macie państwo jakiegoś znajomego malarza? Chętnie zamówiłbym u niego którąś z tych batalistyczną scenek. - Proszę chwilkę poczekać. Gdzieś tu mam wizytówkę Jarosława – pani Zosia otwierała kolejne szufladki pięknego kredensu. – Gdy człowiek czegoś potrzebuje, nigdy nie może tego znaleźć. W tym czasie jej mąż zapalał kolejnego papierosa. Z kiepskim skutkiem próbował ukryć drżenie rąk. - Mam jedną w portfelu! – wykrzyknął niby Archimedes wyskakujący z wanny. Wyszedł do drugiego pokoju. Po chwili wrócił trzymając w ręku bilet wizytowy. – Jarosław jest chimeryczny jak każdy artysta. W czasie rozmowy niech pan powoła się na nas. Zaoszczędzi to panu wiele nerwów, czasu, no i pieniędzy. - Następnego dnia rano przeprowadzono sekcję zwłok. Popołudniu pojechaliśmy do sądowego prosektorium. Pragnęliśmy zobaczyć naszą córkę – Stawicka usiadła w fotelu i przywróciła rozmowie właściwy bieg. – Proszę sobie wyobrazić, że odmówiono nam tego. Tak po prostu, bez jakichkolwiek słów wyjaśnienia. - Wówczas żonie puściły nerwy. Odepchnęła jakiegoś mężczyznę w białym fartuchu i jednym skokiem znalazła się przy zwłokach. Zerwała białe prześcieradło i zobaczyliśmy … zobaczyliśmy dziwną ranę na prawym policzku córki. Jakby wypalone trzy kropki tworzące trójkąt! - Jest pan pewien? – głos Marka zabrzmiał niepokojąco. Matematyczka nic mu o tym nie wspomniała. - Oczywiście. Żona również. A w protokole z sekcji w ogóle o tym nie wspomniano! – szara dotąd twarz pana Jana zaczerwieniła się od wzburzenia. - Co zdaniem biegłych było przyczyną śmierci Basi? – Marek podrapał się za uchem. Każdy, kto choć trochę go znał, wiedział, że jest mocno zdenerwowany. Przed Stawickimi łatwo to jednak ukrył. - Napisali, że utopiła się. Popełniła samobójstwo – Stawicka schowała twarz w dłoniach. - Z tym wiąże się kolejna zagadka. Nasi płetwonurkowie znaleźli ciało na głębokości niecałe półtora metra. Przed policją zeznali, że było tam ponad trzy metry. Nie wiemy, dlaczego skłamali. Próbowaliśmy z nimi porozmawiać. Podobno wyjechali z kraju na dłużej. - Córka umiała pływać? - Pływała bardzo dobrze. Przez kilka lat prowadzałem ja dwa razy w tygodniu na basen. Ostatnio chodziła rzadziej, ale pływać z pewnością nie zapomniała. - Udało się Państwu w końcu porozmawiać z Ingrid? - Tak. Niczego to jednak nie zmieniło. Wyparła się telefonu do mnie. Podtrzymała to, co zeznała przed policją. Tego samego dnia wieczorem odwiedził nas mężczyzna. Powiedział, że jest właścicielem księgarni i nie życzy sobie, byśmy jego pracownikom przeszkadzali w wypełnianiu obowiązków. Miał na myśli naszą rozmowę z Ingrid. Potem odchylił połę marynarki, która odsłoniła kaburę pistoletu. Rzucił jeszcze złowrogie spojrzenie, odwrócił się i odszedł. Nie ukrywam, że mocno nas przestraszył – Stawicka podeszła do okna. – Nikt dotąd nie groził nam bronią. - Złożyliście zawiadomienie na policji? - Rozmawialiśmy o tym z inspektorem prowadzącym śledztwo w sprawie śmierci Basi. Odradził nam tego. - Dlaczego? - Mówił coś o braku świadków, o naszym szczególnym stanie psychicznym … - Znaczy, że coś się państwu mogło przewidzieć, że jesteście mało wiarygodni? - Tak to właśnie zabrzmiało. Zresztą sami nie mieliśmy ani ochoty, ani sił na cokolwiek. Tym bardziej, że na naszym lustrze „coś” się pojawiło – mówiąc to pani Zosia mimowolnie ściszyła głos. Jakby nadal się bała … - Tym „czymś” była odrażająca twarz, kojarząca się wszystkim dość jednoznacznie. To była twarz diabła – Stawicki przyszedł żonie w sukurs. Widać było, że kobiecie ciężko o tym mówić. – Widziało ją sporo osób: sąsiedzi, znajomi, ksiądz proboszcz, malarz Jarosław. O właśnie! Naszkicował tę twarz ołówkiem. Już pokazuję – schylił się i zza fotela wyjął przygotowaną wcześniej teczkę zawierającą szkic wykonany ołówkiem. - Strach patrzeć. Marek wziął kartkę do ręki. Nie zaskoczyło go to, co ujrzał: męska twarz nienaturalnie wykrzywiona, z wybałuszonymi oczami, ustami rozchylonymi w złośliwym półuśmiechu odsłaniającymi rzadko rozstawione zęby. Słowem, klasyczny przykład manifestacji świata inferno. Dobrze wiedział, że nie było to dziełem przypadku. Ktoś w rodzinie Stawickich musiał otworzyć drzwi siłom ciemności. Marek domyślał się, kto. - Wszelkimi sposobami próbowaliśmy usunąć tę twarz z lustra. Szorowanie różnymi chemicznymi specyfikami nie dawało rezultatu. Wizerunek cały czas był wyraźny. Poprosiliśmy o pomoc proboszcza. Poświęcił mieszkanie, odmówił kilka modlitw. Żadnego widocznego rezultatu. Gdy wychodził, jakaś siła rzuciła w jego kierunku nożem, który wbił się w drzwi wyjściowe. Miał ksiądz szczęście … Do dziś pozostał ślad – Stawicka mimowolnie spojrzała w kierunku przedpokoju. – Lustro musieliśmy wyrzucić. Ale niewiele to dało. Cały czas w mieszkaniu odczuwamy obecność Złego. Ktoś polecił nam starszego już wiekiem księdza egzorcystę. Odnaleźliśmy go w kościelnym domu opieki pod Poznaniem. Po usłyszeniu naszej relacji stwierdził, że jest już stary i nie da sobie z tym rady. Do dziś słyszę jego zastanawiające słowa o tym, że w Bydgoszczy zagnieździło się zło. Zło bardzo silne. Niewiele nam pomógł. A oto jego nazwisko i adres – to mówiąc podała Markowi małą karteczkę. Minęła godzina dwudziesta druga. Marek chciał zdążyć na ostatni autobus. Musiał jeszcze coś sprawdzić. - Mogę zobaczyć pokój Basi? - Tak, oczywiście. Niczego w nim nie zmienialiśmy. Wszyscy troje jednocześnie wstali z foteli. Pomieszczenie było niewielkie, schludnie utrzymane. Na łóżku pluszowy niedźwiadek, jakieś bibeloty na biurku, regał z książkami. Żadnych śladów niedawnej gorliwej wiary w Jezusa Chrystusa. Nad drzwiami ślad po zdjętym krzyżyku. - Dziewczyna zrobiła to całkiem niedawno – pomyślał Marek. Ktoś musiał mieć na nią olbrzymi wpływ. Podszedł do regału. Już pierwszy rzut oka na grzbiety książek wyjaśniał wiele. Mnóstwo publikacji poświęconych ezoteryce. Marek wiele z nich dobrze znał. Pod pozorem naukowości i troski o dobro człowieka, wplątywały czytelnika w niebezpieczne związki z okultyzmem. Przy nich książki o Harrym Potterze to niewinne bajeczki. - Nic dziwnego, że pozbyła się Chrystusowego krzyża – Marek wielokrotnie zetknął się już z takimi przypadkami. Scenariusz jest zawsze podobny. Ktoś, kto do tej pory był gorliwym wyznawcą Chrystusa, pod wpływem świeżo zawartych znajomości i nowych fascynacji stopniowo porzucał prawdziwą wiarę, by w końcu zatracić się w satanistycznym obłędzie. Finałem często jest opętanie a nawet śmierć. Naraz Marek szybkim ruchem schwycił jakąś książkę, której skórzana okładka nie zdradzała ani tytułu, ani autora. Dopiero pierwsza strona wszystko ujawniła. Oto egzemplarz VI Księgi Mojżeszowej, przez wielu nazywanej Bramą Piekieł. Przestrzegają przed nią chrześcijańscy demonolodzy, a egzorcyści wskazują jako jedno z najczęstszych źródeł opętania. Najniebezpieczniejsze w książce jest to, że nawet nie trzeba jej czytać. Wystarczy sam fakt jej posiadania, to, że jest obok. Nigdy nikt w Polsce oficjalnie nie przyznał się do jej wydania. Nie ulega jednak wątpliwości, że jest łatwo dostępna dla każdego, kto zafascynował się Złem. Egzemplarz, który Marek trzymał w ręku, pochodził prawdopodobnie z okresu międzywojennego. Brak daty i miejsca wydania nie mógł dziwić. Kunsztownie wykonane ryciny zachęcały do diabolicznych rytuałów. Nie tylko one. Książka posiadała odręcznie napisaną dedykację: Dla Basi zmierzającej ku Światłu. Zamiast podpisu darczyńcy widniały trzy czarne kropki tworzące trójkąt! - Ksiądz emeryt miał rację, sprawa jest poważna – rzekł Marek drapiąc się za uchem. – Ta książka z pewnością nie pomaga państwu w odzyskaniu równowagi. To zła rzecz. Tradycja kościelna nakazywała takie przedmioty palić. Radzę to zrobić jak najszybciej. Przedtem proszę o skserowanie tej dedykacji. - Zrobię, co pan każe, choć przyznaję, że nic z tego nie rozumiem. Jak taka książka mogła znaleźć się u naszej Basi? Kto jej ją podarował? – Stawicki patrzył Markowi głęboko w oczy. – Pan już chyba wielu rzeczy domyśla się … - To wszystko na razie tylko luźne ślady, jakieś przypuszczenia... – Marek wymijająco przerwał swojemu rozmówcy. – Gdy tylko czegoś się dowiem, zadzwonię. Proszę o to samo, gdyby państwu coś się przypomniało lub gdyby wydarzyło się coś nowego… Rzeczy z pozoru nieistotne mogą okazać się przełomowe dla wyjaśnienia całej tajemnicy. W ciągu kilkunastu dni przygotuję artykuł dla Tygodnika Pomorskiego. Może to coś da. - Wielu dziennikarzy wysłuchiwało już naszej historii. Każdy z nich mawiał, że to rewelacyjny materiał. Po kilku dniach zapał ich malał do zera. Żadne medium nigdy nie zająknęło się ani słowem o tajemniczej śmierci Basi. Boję się, że dołączy pan do nich – Stawicka podsumowała czterogodzinną rozmowę i spojrzała na Marka. Jej oczy przepełnione były bólem i rozpaczą. Przez moment można było jednak dostrzec w nich iskierkę nadziei. Marek wiedział, że musi ją podtrzymać. - Proszę żyć nadzieją. Nadzieją i modlitwą. Wychodząc z klatki schodowej z błogością przyjął uderzenie ciepłego wiatru. Nie analizował tego, o czym dopiero co dowiedział się. Pragnął odpoczynku. Przy oknie na trzecim piętrze dwoje ludzi modliło się za znikającą w mroku nocy postać. Czuły, że wraca do nich nadzieja. * * * cdn.


Komentarze
Pokaż komentarze