Marian Brudzyński Marian Brudzyński
41
BLOG

W kruchcie Antykościoła. Część III

Marian Brudzyński Marian Brudzyński Polityka Obserwuj notkę 0
Telefon z Watykanu zadziałał niczym antidotum na większość bolączek proboszcza Domżalskiego. Gdy tylko zakończył rozmowę, przywołał księdza Andrzeja. - W sobotę rano będziemy mieli ważnego gościa. Zanocuje u nas. Proszę przekazać siostrzyczkom, by wszystkiego dopilnowały – wyrecytował jednym tchem niczym - Pryncypał powrócił do życia – radosna myśl przemknęła przez głowę wikaremu. – Szefostwo w Watykanie wszystko wie i wszystkiemu potrafi zaradzić – uśmiechnął się pod nosem. Nie uszło to uwadze proboszcza. - Gdzieś już widziałem taki tajemniczy uśmieszek. Nie pozował ksiądz czasem Leonardowi da Vinci? – zażartował w swoim stylu. - Niezmiernie rad jestem widząc wreszcie proboszcza w takim nastroju. A propos włoskiego mistrza - słyszał ksiądz o tym „Kodzie Leonarda da Vinci”? – dopiero teraz proboszcz Domżalski ujrzał w ręku swojego podopiecznego książkę, która od miesiąca podbijała serca i umysły czytelników na całym świecie. - Mój wiek nie pozwala mi na bezpłodną stratę czasu. Zresztą z tym moim angielskim już też nie najlepiej. Zapewne będzie mógł ksiądz o niej porozmawiać z naszym sobotnim gościem. To ponoć znawca tematu. I do tego nasz człowiek. Proboszcz dobitnie zaakcentował słowo „nasz”, choć przecież wcale nie znał swojego przyszłego gościa. Ale to, co o nim usłyszał od swojego watykańskiego rozmówcy, było najlepszą rekomendacją. Księdza Tomasza podziwiał od zawsze. Zwrócił na niego uwagę już od pierwszych dni nauki w seminarium. Wielka kultura osobista, erudycja i religijna gorliwość z miejsca stały się wzorem dla o rok młodszego Kazimierza. Wspólna fascynacja filozofią świętego Tomasza z Akwinu, zamiłowanie do pielgrzymek do maryjnych sanktuariów oraz szczególne nabożeństwo do świętego Tadeusza Judy mocno zbliżyły młodych ludzi. Godziny spędzane na gorących dysputach poświęconych nie tylko tematyce religijnej, ale i temu wszystkiemu, co nadawało ton we współczesnym świecie, równolegle formowały ich wizję rzeczywistości. Po ukończeniu seminarium ich drogi rozeszły się. Swoją kapłańską drogę Kazimierz rozpoczął w małej podwrocławskiej miejscowości. Potem kolejne decyzje władz kościelnych tak długo rzucały go w różne rejony archidiecezji, aż osiadł na probostwie we Wrocławiu. Gdziekolwiek jednak pełnił swoją kapłańską posługę, starał się stamtąd śledzić koleje losu przyjaciela. Nie było to łatwe. Lata PRL-u nie sprzyjały jakimkolwiek kontaktom z zagranicą, a tym bardziej z Watykanem, gdzie Tomasz najpierw podjął studia doktoranckie, a później zamieszkał na stałe. Poświęcił się pracy naukowej jednocześnie czynnie wspierając Kościół w krajach tzw. bloku wschodniego. Nie uszło to uwadze komunistycznym włodarzom. Dwukrotnie księdza Tomasza nie wpuszczono do kraju, zawracając go z warszawskiego lotniska. Przyjaciołom pozostawała wyłącznie rzadka, skrzętnie skrywana przed służbą bezpieczeństwa korespondencja. Wszystko uległo zmianie z chwilą rozpoczęcia pontyfikatu przez Jana Pawła II. Już podczas pierwszej pielgrzymki papieża do ojczyzny w gronie watykańskiej delegacji znalazł się ksiądz Tomasz. W Wadowicach doszło do spotkania po latach. Przyjaciele padli sobie w ramiona i długo tak pozostawali. Dwugodzinna rozmowa nie mogła zrekompensować trzydziestoletniej rozłąki. Pytania zadawał głównie ksiądz Kazimierz. Podczas spotkania w cztery oczy, dowiedział się wielu ciekawych rzeczy o przyjacielu. Okazało się, że ten pełni znaczącą rolę w Papieskiej Kongregacji ds. Świętych i zajmuje się problematyką relikwii. Ich pozyskiwanie, dystrybucja i opieka nad kultem, to wszystko pozostawało w gestii zespołu kierowanego przez księdza Tomasza. Przynajmniej oficjalnie. Tylko nieliczni wiedzieli o innych zadaniach przez niego wykonywanych. Nielegalny handel świętymi relikwiami spędzał sen z oczu wielu kościelnym hierarchom. Spraw tych nie nagłaśniano. Często bowiem zdarzało się, że klientami handlarzy i złodziei byli członkowie różnych związków o antychrześcijańskiej proweniencji. Do czego miały im służyć relikwie, ksiądz Kazimierz łatwo domyślił się i więcej tego tematu nie poruszał. Odtąd spotkania przyjaciół odbywały się dość regularnie, głównie z racji służbowych wizyt księdza Tomasza w Polsce. Przyjęło się, że to on dzwonił do Wrocławia. Ksiądz Domżalski zbyt cenił sobie wagę obowiązków przyjaciela, by go zaskakiwać nieoczekiwanymi telefonami. Zresztą ten rzadko by je odbierał, gdyż gros czasu spędzał w podróżach. Informacje o kradzieży relikwii świętej Teresy Benedykty nie mogły zostać nie zauważone w Watykanie. Ksiądz Tomasz dowiedział się o niej w czasie dokonywania przeglądu zabezpieczeń antywłamaniowych, świeżo zainstalowanych w jednym z polskich kościołów w Chicago. Liczny zbiór relikwii eksponowany w tej świątyni o mało co nie padł niedawno łupem złodziei. Wrocławski kościół pw. Świętego Michała Archanioła miał mniej szczęścia. Szczątki świętej zaginęły bez śladu. A ściślej – prawie bez śladu. Dzięki dyskrecji policji i kapłanów do mediów nie przedostała się arcyważna informacja: złodziej rozmyślnie pozostawił wskazówkę, coś w rodzaju podpisu, mogącego go zidentyfikować. Podczas rozmowy telefonicznej proboszcz nie omieszkał podzielić się tym z przyjacielem. - Jest jeszcze coś, o czym musisz wiedzieć. Wyobraź sobie, że złodziej podpisał się! - Jak mam to rozumieć? – ksiądz Tomasz sprawiał wrażenie mocno zaskoczonego. - Na wewnętrznej ściance gabloty zawierającej relikwiarz, ktoś namalował czarną farbą trzy kropki. - Kropki? – powtórzył głos w słuchawce. - No, tak. Tworzyły taki trójkąt. - Jesteś pewien? – ton głosu nie wróżył niczego dobrego. - Najzupełniej. Widziałem je wyraźnie. Kropki były wcale duże. Miały gdzieś po trzy centymetry średnicy. Policjanci zresztą robili zdjęcia. Na pewno sfotografowali ten trójkąt – ksiądz Kazimierz nie miał żadnych wątpliwości. – Czy to może coś oznaczać? - Z pewnością... W sobotę przyjedzie do was mój zaufany współpracownik, Marek Kot. Polak. Przyjmij go równie serdecznie jak mnie i pomóż we wszystkim. Niech pomyszkuje w kościele i popyta wokoło. Ma nosa, nieprzeciętną wiedzę z pogranicza religii, tajemnych rytuałów, sekt różnej maści, a także… układy u góry. Księdza proszę jeszcze o zdobycie policyjnych fotografii tego…podpisu. To niezwykle ważne. - Gość w dom, Bóg w dom – wyświechtane często powiedzenie w ustach proboszcza Domżalskiego zabrzmiało bardzo przekonywująco. – Co do tych zdjęć, zrobię, co będę mógł. Zresztą policja chyba nie przywiązuje do nich większej wagi, tak jak i do całej tej sprawy. Po kilku minutach ksiądz Kazimierz odłożył słuchawkę telefonu. Był szczęśliwy. Rozmowę z przyjacielem zawdzięczał - jak wierzył - orędownictwu świętego Judy. Cieszył się też z przyjazdu Kota. Rekomendacja od księdza Tomasza mówiła wszystko: nie będzie sam ze swoim problemem. Wewnętrzny spokój odczuwany przez proboszcza szybko prysnąłby jak bańka mydlana, gdyby był świadomy potęgi przeciwnika, z którym jemu i jego przyjaciołom przyjdzie się zmierzyć. Tymczasem z uśmiechem na twarzy stanął w drzwiach plebanii. Nadszedł czas na wieczorny spacer. Coraz głośniejsze pomruki zbliżającej się majowej burzy nie były jedynym powodem, dla którego Marek nie mógł zasnąć. Wydarzenia mijającego dnia co rusz na nowo rozgrywały się w jego świadomości rodząc przy tym nieodparte wrażenie marnowanego czasu. Pojawiało się ono zawsze wtedy, gdy ledwie stykał się z jakąś tajemnicą. Dziś dopadły go aż dwie. Wstał z łóżka i podszedł do okna. Rozbłyski raz po raz ożywiały ulicę, a raczej - ukazywały jej nocne życie. Obok taksówki kłóciła się jakaś para. Zirytowany czekaniem kierowca najpierw odjechał parę metrów, a potem zatrzymał się, by dać się tym dwojgu dogonić. Na bocznych drzwiach samochodu Marek dostrzegł dwie siódemki i czwórkę. Przez chwilę zapatrzył się w nie. Jutro wsiądzie do taksówki oznaczonej tymi samymi cyframi, ale w innej kolejności. No i będzie to numer warszawski. Doskonale pamiętał swój pierwszy kurs z Panem Szczepanem. Był wtedy krótko przed obroną pracy magisterskiej. Jakże inne miał wówczas spojrzenie na świat. Owszem, jako świeżo zaprzysiężony konfrater sprawnie poruszał się w zagadnieniach teoretycznych. Z zapamiętaniem zagłębiał się w historię Kościoła, a śmiało można powiedzieć, że niewielu dorównywało mu znajomością gnozy i herezji z niej wyrosłych. Miał jednak w sobie tę młodzieńczą gorliwość, która w każdym napotkanym człowieku kazała mu doszukiwać się tego, co najświętsze. Nie dopuszczał do siebie prawdy, że w przypadku niektórych ludzi czynienie zła jest nie tylko wstydliwym piętnem pospolitej grzeszności, ale wynikiem świadomych religijnych wyborów. Do tego musiał dojrzeć. Między innymi po to osiem lat temu znalazł się wraz z Panem Szczepanem na jednym z płockich cmentarzy przed kompletnie zniszczonym granitowym nagrobkiem. W przysłowiowo drobny mak rozbity kamień zdradzał wyjątkową agresję sprawcy. Marek nigdy dotąd czegoś takiego nie widział. Na myśl przyszli mu smarkacze z muzyczno-satanistycznych subkultur, powszechnie kojarzeni z coraz częstszymi na polskich cmentarzach aktami wandalizmu. Jednak nienaruszony stan okolicznych nagrobków kazał mu z miejsca odrzucić tę ewentualność. Rozwiązanie zagadki z pewnością leżało leżało gdzie indziej. Dopiero w drodze powrotnej z Płocka dowiedział się, że profanacji dokonano w miejscu symbolicznego pochówku jednego z konfratrów. Samą jego śmierć do dziś uważa się wśród swoich za nieprzypadkową. Niedawno minęły trzydzieści cztery lata od dnia, gdy w paśmie Babiej Góry rozbił się rejsowy samolot polskich linii lotniczych z pięćdziesięcioma trzema pasażerami na pokładzie. Oficjalne, PRL-owskie komisje badające przyczyny katastrofy, wskazały na kilka możliwości. Żadna z nich nie mówiła jednak o zamachu, a taką to ewentualność brali poważnie pod uwagę konfratrzy. Nie mieli jednak żadnego wpływu na przebieg prokuratorskiego śledztwa ani wglądu w jego wyniki. Marek odszedł od okna i położył się na łóżku. Zmęczenie zaczęło brać górę nad emocjami i wróciła senność. Zasnął ze wspomnieniem postanowienia rozwiązania babiogórskiej zagadki. Nie mógł wiedzieć, że wypadki jutrzejszego dnia jeszcze bardziej go z nią połączą. * * *

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka