Marian Brudzyński Marian Brudzyński
33
BLOG

W kruchcie Antykościoła. Część IV.

Marian Brudzyński Marian Brudzyński Polityka Obserwuj notkę 0
Kolejny odcinek współczesnej powieści faktu. Przypomnijmy, że publikujemy ją tylko na portalu ProPolonia.pl oraz w S24. Przedłużająca się rada pedagogiczna wystawiała cierpliwość Marka na wielką próbę. Prawie nie spuszczał oczu ze wskazówek zegarka, z rzadka rzucając krótkie, pełne dezaprobaty spojrzenia na kolejnych dyskutantów. Dziś mało go obchodziły wychowawcze klęski koleżanek i kolegów. Uważał zresztą, że zdecydowana większość nauczycieli sama sobie była winna. Partnerskie traktowanie uczniów owocowało w sposób łatwy do przewidzenia. W pewnej chwili poczuł na sobie czyjś wzrok. To Hanka Szablewska wypatrywała powodów jego podenerwowania. Bała się o Stawickich. Co prawda rano rozmawiała z przyjaciółką i ta opisała jej w kilkunastu zdaniach przebieg wczorajszego spotkania z Kotem, jednak pragnęła sama go jak najszybciej o wszystko wypytać. Spiętrzenie obowiązków spowodowało, że mogła to uczynić dopiero po radzie pedagogicznej. Uporczywe spoglądanie Marka na zegarek nie wróżyło jej zamiarom najlepiej. Naraz napisała coś w notesie, wydarła z niego kawałek karteczki, który po chwili zastanowienia zgniotła i z uczniowską swawolą rzuciła w kierunku Marka. Przeczytane słowa zadziałały na niego nadzwyczaj uspokajająco. Spojrzał na kobietę z wdzięcznością i dyskretnie skinął głową. Kwadrans później turkusowe cinquecento szybko opuściło przyszkolny parking kierując się w stronę centrum miasta. - To dzięki mężowi mam dziś samochód. A dokładniej dzięki jego anginie – zażartowała matematyczka w odpowiedzi na podziękowania Marka. Zaraz jednak sprowadziła rozmowę na długo oczekiwany tor. Wiedziała, że ma do dyspozycji niewiele ponad dziesięć minut. - I co myślisz o całej tej sprawie? Kot spodziewał się, że takie pytanie padnie dziś z ust koleżanki. Nie musiał nawet specjalnie przygotowywać odpowiedzi. Zbyt często bywał w podobnej sytuacji. - Trudno tu jeszcze o jakieś konkrety. Stawiccy sprawili na mnie wrażenie ludzi wiarygodnych, ale mimo wszystko najpierw spróbuję potwierdzić ich wersję u proboszcza i tego zaprzyjaźnionego z nimi malarza. Chętnie porozmawiałbym też z tym emerytowanym egzorcystą spod Poznania. Może dowiem się czegoś więcej. - Ponoć zainteresowały cię książki Basi... - Owszem. Rzadko spotyka się takie u młodej dziewczyny. - Marek opowiedział Hance o kilkunastu publikacjach okultystycznych i o tej jednej, która strwożyła go najbardziej. Nie ukrył też swoich podejrzeń co do powiązań młodej Stawickiej z jakąś religijną sektą. Nie wspomniał jednak ani słowem o najważniejszym: w śmierci Basi dopatrywał się mordu rytualnego dokonanego przez wyznawców jakiegoś demonicznego kultu. To niedopowiedzenie nie było przypadkowe. Nie chciał jeszcze bardziej przerażać swojej rozmówczyni. Mimo to uznał, że musi ją przestrzec. - Cała ta sprawa ma niepokojący wymiar duchowy. Manifestacja zła w mieszkaniu Stawickich nie jest dziełem przypadku, ale konsekwencją wydarzeń, o których niewiele jeszcze wiemy. Zresztą – spojrzał znacząco na Szablewską – nie mamy żadnej pewności, że to już koniec... - Myślisz, że jeszcze teraz może Stawickim coś... zagrażać? - głosem matematyczki zawładnął strach. - Wszyscy zaangażowani w tego typu sprawy muszą na siebie uważać. Nie tylko tak - zwyczajnie, ale i po chrześcijańsku. Kościół zawsze zalecał trwanie w łasce uświęcającej. Sakramenty to najpewniejsza obrona przed złem. Samochód zatrzymał się na Placu Wolności. Szablewska odprowadziła wzrokiem szybko oddalającą się sylwetkę Marka. Po chwili sama wysiadła z auta. Spojrzała w górę, tam, gdzie potężny krzyż wieńczył wieżę kościoła pw. św. Apostołów Piotra i Pawła. W jego ramionach tkwił ratunek dla wszystkich. Pchnęła ciężkie drzwi i weszła do świątyni. Ulica Konarskiego była tą, na której Marek Kot miał zawsze pojawiać się o ustalonej porze, nazajutrz po otrzymaniu SMS-a podpisanego "SP". Za każdym razem szedł na spotkanie z głośno bijącym sercem. Nie dość, że był to jego jedyny kontakt z centralą, to jeszcze najczęściej zapowiadał nową, niebezpieczną misję. Dziś domyślał się, z czym przyjechał Pan Szczepan. Kot bowiem jako jedyny w Polsce zajmował się relikwiami. A dokładniej – wskazywaniem sprawców ich profanacji. Z daleka zobaczył taksówkę zaparkowaną pod gmachem Urzędu Wojewódzkiego. Na żółto-czerwonym pasie zdobiącym drzwi samochodu tkwił numer 747. Marek zdążył już pokochać tego starego poczciwego mercedesa. Tyle łączyło go z nim wspomnień, że gdyby nie wrodzona awersja do kierowania jakimkolwiek pojazdem mechanicznym, najpewniej poprosiłby szefów konfraterni o wyrażenie zgody na jego wykupienie. A tak auto zapewne zakończy swój prawie że uświęcony żywot na jednym z wielu warszawskich szrotów. Szybkim ruchem otworzył drzwi samochodu i usiadł na tylnej kanapie niczym zwykły pasażer. Uśmiechnięte usta już miały wymówić umówioną formułę przywitania, gdy nagle zastygły w swoistym grymasie. Wyglądało to tak, jakby ktoś skorzystał z funkcji stop-klatka i na chwilę zatrzymał kadr filmu. - Deum de Deo – do Marka dotarły słowa, które sam powinien jako pierwszy wypowiedzieć. A był to głos... kobiety! Zawsze dotąd wszelkie instrukcje przekazywał mu Pan Szczepan. A tu takie zaskoczenie! Słyszałał co prawda, że niedawno do konfraterni hiszpańskiej przyjęto dwie przedstawicielki płci pięknej, ale że coś takiego i w Polsce...?! - Deum verum de Deo vero – Kot wysilił się, by jego głos zabrzmiał jak najbardziej naturalnie. Bez skutku. Nieznajoma przekręciła kluczyk w stacyjce mercedesa. Silnik diesla przyjaźnie zaklekotał i samochód ruszył w górę ulicy. - Mam na imię Danka. W ostatniej chwili wpadło mi to zastępstwo. Jak mam jechać? - Skręć w lewo. Teraz w prawo, w lewo i znów w prawo. A teraz cały czas prosto. Wyjedziemy na szosę gdańską. Tam jest sporo leśnych parkingów. - Markowi powoli wracała pewność siebie. Dyskretnie przyjrzał się kobiecie. Miała około dwudziestu pięciu lat i jasne włosy upięte z tyłu w kitkę. Tak, jak lubił. Dopiero teraz uświadomił sobie, że całe wnętrze pojazdu wypełniał delikatny zapach fiołków. Pamiętał go z dzieciństwa, gdy wiosną przynosił matce bukieciki tych drobnych kwiatków narwanych w pobliskim parku. Uśmiechnął się do tego wspomnienia. - Dlaczego nie przyjechał Pan Szczepan? - Ma poważne kłopoty z sercem. Lekarze namawiają go na operację, ale on wie swoje... Wczoraj miał kolejny atak. - Nie wiedziałem, że jest chory - zmartwił się Marek. - Nigdy słowem mi o tym nie wspomniał. Każ go uściskać ode mnie. Jak najserdeczniej. - Sama to zrobię po powrocie. Wszak to brat mojego dziadka – Danka spojrzała w lusterko wsteczne. Wiele słyszała o Marku. A im więcej słyszała, tym bardziej pragnęła go poznać. Z czasem stał się dla niej podręcznikowym wzorcem wszelkich cnót. Teraz bała się, że rzeczywistość może brutalnie zweryfikować to prostoduszne przeświadczenie. Kot dostrzegł to spojrzenie, lecz nie miał szans, by właściwie je zinterpretować. Wydawało mu się, że dziewczyna szukała w nim oznak podziwu dla świeżo wyjawionego pokrewieństwa. W dziewięciu na dziesięć tego typu przypadków zareagowałby błyskawicznie i celną ripostą sprowadziłby pyszałka z obłoków na ziemię. Coś jednak spowodowało, że tym razem nie miał ochoty odegrać roli wychowawcy. Samochód leniwie wtoczył się na leśną dróżkę i zatrzymał w szeregu wcześniej zaparkowanych pojazdów. Dwoje drzwi uchyliło się szeroko i po chwili kierowca i pasażer stanęli obok siebie. Pierwszy raz spojrzeli sobie prosto w oczy. Trwało to chyba odrobinę zbyt długo, bo oboje poczuli się speszeni i jak na komendę odwrócili wzrok. - Pewnie już słyszałeś o Wrocławiu. Proboszcz jest powiadomiony o twoim jutrzejszym przyjeździe. Zostaniesz u niego do niedzieli, rozejrzysz się, popytasz. Sam wiesz najlepiej. - W centrali mają już jakieś ustalenia? - Nie wiemy nic ponad to, co było dostępne w prasie. No, może poza jednym: od kilku dni przebywa w Polsce Walter Rontschka. Marek podrapał się za uchem. Nie mogło być dziełem przypadku to, że wraz z pojawieniem się Niemca konfratrzy mieli z reguły pełne ręce pracy. Prawda, nic konkretnego na niego nie mieli. Zbyt często jednak Rontschka ocierał się o szereg spraw leżących w gestii ich zainteresowania. - Wiadomo, gdzie konkretnie jest teraz? - Niestety nie. Dziesiątego przekroczył granicę w Świecku. Przyjechał sam. Zresztą – może to zwykły zbieg okoliczności? - Może... Warto by jednak w końcu dokładnie przyjrzeć się temu człowiekowi. Kto wie, czy dzięki temu nie dałoby się uniknąć wielu problemów. No, ale do rzeczy. Dostanę jakiś kontakt we Wrocławiu? - Będziesz tam sam, a dokładniej – prawie sam. Jadę z tobą. - Danka nie potrafiła ukryć zadowolenia z tego faktu. Nie dość, że pierwszy raz będzie uczestniczyła w najprawdziwszej misji, to jeszcze czynić to będzie u boku Marka. Oto spełniały się jej największe dorosłe marzenia. Stanęła u progu dwóch trudnych do przeniknięcia światów. Każdy kolejny krok będzie decydował o całym jej życiu.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka