28 obserwujących
209 notek
139k odsłon
427 odsłon

Lekcje pokory i ostatnie dni wielkiego oczekiwania

czekając na Malutką
czekając na Malutką
Wykop Skomentuj10

Tyle już napisałam, a wciąż nie dotarłam do wątków, które mnie zainspirowały do napisania tej notki. Chciałam tak naprawdę opisać, czego mnie ciąża nauczyła: co było dla mnie nowe i zmusiło do zaakceptowania, że jest jak jest, i już.

Po pierwsze, bycie w ciąży nauczyło mnie dbać o siebie. W końcu dotarło do mnie, że muszę spać, nawet w ciągu dnia (czego wcześniej bardzo nie lubiłam i prędzej chodziłam z "oczami na zapałki", niż się położyłam. Kiepsko się czułam po takim podzieleniu dnia przez sen w jego środku. W ciąży okazało się to konieczne). I już.

Nauczyłam się, że jak organizm mówi, że mam się położyć, to się kładę, że mam siedzieć - to siadam i nie dyskutuję. Bo inaczej sam mnie położy lub posadzi, nie patrząc na to, czy akurat mam pod ręką krzesło (zdarzyło mi się raz w przepełnionym tramwaju siedzieć na schodkach przed drzwiami).

Te stany fizyczne bardzo uczą pokory. Jak to ktoś ujął, w czasach, które wpychają nam do głowy, że wszystko od ciebie zależy, a ze swoim ciałem zrobisz co zechcesz - potrzeba tylko samozaparcia, konsekwencji, ćwiczeń, diety - w ciąży kobieta zaczyna rozumieć, że to guzik prawda. To raczej ciało przestaje do niej należeć i robi z nią, co chce. I trzeba to przyjąć. Trzeba wyjąć z tylnej części ciała ten motorek, który wciąż popędza do robienia kolejnych rzeczy i nauczyć się odpoczywać. Wydaje mi się ta nauka bardzo cenną.

Ale dbanie o siebie dotyczy też strojów i wyglądu. Otóż, będąc w ciąży poczułam się po raz pierwszy od lat, przez cały czas, a nie chwilowo, dobrze sama ze sobą. Brzuch mi rósł, ale tym razem był w tym sens, a nie tylko poczucie porażki. No i okazało się, że rósł tylko na tyle, ile dzidzia potrzebowała, bez zbędnych dodatkowych kilogramów. Przez te ostatnie 9 miesięcy czułam się dobrze i według wielu wyglądałam dobrze. Oczywiście swoje przypadłości ciążowe mam, ale mąż mnie akceptuje razem z nimi i jakoś się z tym pogodziłam. Za to kupiłam kilka ładnych ciuchów, bo były ważne rodzinne okazje, a moje kiecki okazały się, co oczywiste, za małe :). Podobnie z butami. Nigdy nie umiałam za bardzo wydawać pieniędzy na siebie, no i teraz, gdy dzidzia się szykuje do wielkiego skoku, też na liście priorytetów miałam jej potrzeby. Aż dotarło do mnie, że muszę zadbać też o mnie w tej dynamicznej sytuacji. I już.

Nauczyłam się obserwować swój organizm i podążać za jego potrzebami. Unikać tego, co mu przeszkadza, dostarczać to, co potrzebne. Także w kategorii artykułów spożywczych. A to nie było łatwe, ponieważ dużo się w moim podejściu do jedzenia zmieniło. Przestałam móc jeść to, co zawsze lubiłam. Zaczęłam sięgać po to, co wcześniej mnie nie zachęcało. Nauczyłam się mieć zawsze przy sobie batonik czy cukierka i kilka razy uratowało mnie to w sytuacji, kiedy czułam, że zaraz się przewrócę. Wodę nosiłam przy sobie już wcześniej, teraz tylko bardzo mi to przyzwyczajenie ułatwiło życie. W domu postawiłam przy łóżku szklankę z plastrem cytryny - co za genialny sposób, można wziąć łyka za każdym razem, gdy się w nocy wstaje. Bez względu ile potem biegania do toalety, pić trzeba. I już.

To też jest wątek, który uczy pokory w ciąży. Ciągłe wycieczki do łazienki. I już. W nocy trzeba wstawać 3-4 razy. I czasem pójdzie łatwo, sprawnie, a czasem trzeba się namęczyć. Tak po prostu jest...

Ostatnia rzecz, o której chciałam wspomnieć, przynajmniej teraz - bo przykłady tych ciążowych przeżyć można by mnożyć w nieskończoność - to konieczność biegania na badania raz w miesiącu, ciągłe pobieranie krwi (którego bardzo nie lubię), odbywanie wizyt lekarskich, a potem branie wszystkich potrzebnych w danym momencie leków i suplementów, witamin i mikroelementów. W pewnym momencie doszłam do niesamowitej liczby 12 pastylek i dwóch maści i jeszcze dawki suplementu w płynie na dobę. Ufff. I jeszcze trzeba rozplanować, co brać z czym, a czego nie łączyć, bo się wzajemnie wypłukuje z organizmu. Istne szaleństwo. Ale chyba ma sens, bo przy mojej chorobie autoimmunologicznej udało się utrzymywać dobre wyniki, a dzidzia wydaje się w sam raz odżywiona - nie przejedzona ani niedokarmiona. Wszystko dobrze.

No i teraz byle ten stan się utrzymał. A potem oby wszystko dobrze szło. Snów o szalonym porodzie miałam już kilka. Został tydzień... Chyba że Malutka okaże się spóźnialską, wtedy wpisałaby się w rodzinne tradycje ;).

* * *

Ciąża jest naprawdę odmiennym stanem. Zmienia się wszystko i z dnia na dzień coraz mniej siebie poznajesz. Ale wraz z mijającym czasem myśl o tym małym Życiu wewnątrz, które jest tak bardzo oddzielne i tak bardzo niezwykłe, jakoś się do świadomości dobija. Mój Mąż lubi podkreślać, że jestem dzielna, nosząc w sobie Malutką i że bardzo jest mi za to wdzięczny. Ja czasem mam wrażenie, że po prostu nie mam innego wyjścia. A czasem trochę dociera do mnie wspaniałość tej wielkiej tajemnicy i wielki zaszczyt udziału w dziele tworzenia Nowego Życia.

To ostatnie dni. Czekamy, Córeczko. A potem, kiedy będziemy już oddzielone, nadal pozostanie żywa nasza więź. Za to będziesz mogła nie tylko słyszeć, ale i zobaczyć i mnie i tatę. Będzie fajnie :D. Przybywaj...

Wykop Skomentuj10
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości