Więc kończy się karnawał, najedzmy się ile wlezie tłustego i słodkiego, bo potem tylko post i pokuta.
Państwo, które wzięło się za zabezpieczanie nas na starość ma pełną świadomość kompletnego bankructwa tego przedsięwzięcia. Próby przebudowy, podobnie jak ubezpieczeń zdrowotnych, skończyły się parodią wynikającą z połowiczności przyjętych rozwiązań.
No i co teraz? Jedyne wyjście skrócić czas wypłaty. No bo o to chodzi: krócej płacić, to może na dłużej wystarczy. Całe te opowieści o wyższych emeryturach wynikających z dłuższego okresu zatrudnienia to oczywiście bujda na resorach. Bo ilu sześćdziesięciolatków na obecnym rynku znajdzie pracę? Przy kilkunastoprocentowym bezrobociu i ciągłym napływie nowych pokoleń na rynek.
Albo wymysły o tym, że jak kobiety będą dłużej pracować to będą miały lepszą emeryturę. A czy ktoś im teraz zabrania pracować po sześćdziesiątce? Czy one chcą? Nawet jakby chciały, to gdzie? Przecież już teraz ogromne pieniądze idą na aktywizację zawodową osób w wieku +50, bo widać z tym problem, a co dopiero z +60?
Do tego jeszcze te wizje ostrzegające, że jak nie będą rodzić się dzieci to już w ogóle nie będzie komu płacić na emerytury. Tymczasem 13 procent potencjalnych płatników składek nie ma zatrudnienia, a pewnie drugie tyle siedzi w szarej strefie. Aby więcej pieniędzy wpłynęło na konta ZUS, wystarczy, że zwiększy się rynek i przynajmniej część tych ludzi znajdzie zatrudnienie i zacznie płacić składki. Inaczej więcej dzieci to więcej bezrobotnych przypadających na jednego emeryta.
Stan systemu emerytalnego jest i będzie tragiczny, bo zajmuje się tym rząd i jego agendy, a nie sami zainteresowani, czyli przyszli emeryci. Rząd zmienia się co kilka lat i nie jest od zarządzania oszczędnościami ludzi. Od tego są banki, fundusze i sami ludzie, bo to w końcu ich pieniądze.
Oddajcie mi moje pieniądze, już ja się sam zabezpieczę.


Komentarze
Pokaż komentarze