Zrobił się mały szumek wokół najnowszej ekranizacji historii obrony Westerplatte w 1939r. Twórcy filmy chcą ponoć przedstawić polskich zołnierzy jako pijaków, uzbrojonych nudystów i histeryków, co biegają na polu bitwy na golasa.
Krytycy zgorszeni taką promocją filmu nie wiedzą, że przebieranie się w mundur "naszych" nie trafi do tzw. targetu i film się nie przebije. Trzeba się z munduru takiego rozebrać albo przebrać w inny. W modnych tak obecnie rekonstrukcjach bitew z okresu II w.ś. chętnych do odgrywania wojsk hitlerowskich jest tak wielu, że zadziwia to nawet niemieckich turystów (w ich kraju jest to wręcz zabronione). Na Polaków chętnych brakuje, bo nie dość, że mundur brzydszy, sprzęt mniej wyrafinowany (ta pepesza i owijacze), to jeszcze często muszą przegrać.
Paradoks urody hitlerowskiego munduru i jego estetycznej przewagi nad polskim odkrył już aktor Stanisław Mikulski, który jako hauptman zdobył popularność trwająca do dzisiaj, a w uniformie LWP jakoś się nie przyjął.
I pomyśleć, że jak trzydzieści lat temu bawiliśmy się w wojnę, to za "Niemców" musiały robić jakieś podwórkowe krzewy, bo by nie było do kogo strzelać.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)