6 obserwujących
10 notek
30k odsłon
  2451   0

Podziemna „Łódź Podwodna” nadawała do końca wojny

Piotr Rodowicz, wnuk Stanisława Rodowicza, w piwnicy domu przy ul. Fortecznej 4 w Warszawie, w której w czasie wojny znajdowała się radiostacja. Fot. YouTube/ MPW (screen)
Piotr Rodowicz, wnuk Stanisława Rodowicza, w piwnicy domu przy ul. Fortecznej 4 w Warszawie, w której w czasie wojny znajdowała się radiostacja. Fot. YouTube/ MPW (screen)

Dopiero gdy się ów kran obróciło do odpowiedniej pozycji, odblokowywał się zamek bębenkowy, tzw. Yale. Ciężka, kilkudziesięciocentymetrowa betonowa konstrukcja okazywała się wtedy górną częścią ruchomego włazu. Przesuwała się na kulkowych łożyskach.

– Wtajemniczeni wiedzieli, że należy cały kran wraz z rurą złamać w nasadzie, co zwalniało zatrzask. Całą podłogę w tym miejscu należało wówczas przesunąć od siebie. Ukazywał się otwór, przez który można było wsunąć się po drabince i zejść do podziemia, do „Łodzi Podwodnej” – wspominał brat pomysłodawcy, Władysław Rodowicz.

To właśnie od owej wody maskującej wejście – a która nie zalewała pomieszczenia na dole – wzięła się nazwa radiostacji, dość dziwna, jak na podziemną instalację: „Łódź Podwodna”. Okręt podwodny przypominały też – jak opowiadał Władysław – wąski i długi kształt podziemia oraz głęboki właz do niego. I trzeci powód: dzięki naszpikowaniu mikrofonami ogrodzenia i sąsiedniego budynku, zbudowano radiostacji doskonały system ostrzegawczy przed usiłującymi ją namierzyć Niemcami – nasłuch na całą zewnętrzną okolicę. Czyli znowu: jak w podwodnej łodzi.


Materiały do budowy pozyskiwano z ruin i od znajomych. Precyzyjnie poprowadzono pod ziemię energię elektryczną od kabla ulicznego, zamontowano przewody wentylacyjne, sygnalizację, system alarmowy, ogrzewanie i instalację wodną. Po pół roku radiostacja Komendy Głównej ZWZ została przeniesiona do kryjówki.

Kawałek wolnej Polski pod piwnicą 

Pomieszczenie było wysokie na dwa metry, miało półtora metra szerokości i trzy długości. Wnętrze nie było wcale surowe, a wręcz ładnie urządzone i przytulne. Wytłumione korkiem i chodnikami. Sprzęt do łączności ustawiono w bocznych wnękach. Wydzielono toaletę.

- Lustra przyniesione z mieszkania powiększały wąskie przestrzenie. Miękka kozetka, wygodne stoły stałe i składane, nierażące oświetlenie, świeże powietrze, ciepło, kokosowe chodniki (też przyniesione z mieszkania), biblioteka, mapy na ścianach, emblematy i broń, świeża woda w umywalce, zapasy żywności, cisza, izolacja od otoczenia, a za to kontakt radiowy z całym światem wywierały niezapomniane wrażenie na każdym, kto choć raz odwiedził „Łódź Podwodną” – opisywał sam Stanisław.

– Stryj we wspomnieniach napisał, że był to kawałek wolnej Polski – mówił niedawno w nagraniu dla Muzeum Powstania Warszawskiego bratanek konstruktora radiostacji, jazzman kontrabasista Piotr Rodowicz, pokazując odrestaurowane wnętrza.

Zobacz film: https://www.facebook.com/1944pl/videos/10155810458048930

Załogę radiostacji tworzyło dziesięć osób, pod dowództwem ppor. Stanisława Rodowicza ps. „Stanisław”. Ppor. Władysław Rodowicz „Roman” zajmował się łącznością.

Ich stacja stała się głównym, a przez pewien czas nawet jedynym środkiem łączności między Naczelnym Dowództwem Polskich Sił Zbrojnych a okupowaną Polską. Mieli kontakt z polskimi placówkami w Kairze i Belgradzie oraz z bazą w Budapeszcie. Pod koniec 1940 roku uzyskali bezpośrednią łączność z polską placówką radiową w Stanmore pod Londynem.

– W domu siedziało gestapo, a oni nadawali – opowiadała wolontariuszowi Muzeum Powstania Warszawskiego Wanda Rodowicz, córka Stanisława, o usilnych staraniach Niemców, by wykryć radiostację. Radiotelegrafistom udawało się ich zmylić.

Zobacz film: https://www.facebook.com/1944pl/videos/10155810471733930 

„Łódź Podwodna” była tak świetnie zamaskowana, że Niemcy nigdy jej nie namierzyli. A mocno się starali. Rozrzucone w terenie stacje goniometryczne wskazywały tylko dzielnicę, w której mogła się znajdować. Nad Żoliborzem zaczęły więc krążyć samoloty zwiadowcze, a gdy i te nic nie wykryły, Niemcy ściągnęli z Berlina specjalne samochody pelengacyjne (namierzające) i te krążyły po ulicach. Ale radiotelegrafiści przestawali nadawać, gdy usłyszeli, dzięki zamontowanym na zewnątrz stacji mikrofonom, że coś się dzieje.

Bibuła w piecu

Gestapo rewidowało przechodniów i domy. Przyszli też na Forteczną 6 i nawet pod numer 4. Pierwszy raz, gdy plut. Alfons Golański „Alf” nadawał. Otworzył im pod szóstką kolega Stanisława, tymczasowy lokator. Niemiec wypytywał, kto mieszka w każdym z obu domów i nie wierząc, że czwórka stoi pusta, kazał Polakowi wejść tam przez okno.

Marcin Ludwicki w „Niezatapialni…”: „Odmówił. Jeśli mają tam jakiś interes, niech sami idą. Zirytowani popatrzyli na nieużywany, zakurzony zamek, machnęli ręką i odjechali. Józef, nieświadomy niebezpieczeństwa, cały czas nadawał z wnętrza »Łodzi«. Niemniej należało zatrzeć wszelkie ślady wskazujące na to, że ktoś bywa w zniszczonym domu, w którym mieściła się radiostacja. Do tej pory wchodziło się do niego przez ogród. W lecie to rozwiązanie było jeszcze do przyjęcia, w zimie wchodzący zostawiał ślady. I latem, i zimą ktoś z zewnątrz mógł zauważyć, że przy domu kręcą się ludzie. Stanisław (znów zainspirowany książkami Wallace’a) zbudował tajne przejście między domami nr 4 i nr 6”.

Lubię to! Skomentuj13 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura