Jakiś czas temu red. Terlikowski podczas prywatnej rozmowy wspomniał, że katolicy są "na wojnie". Na początku pomyślałem, że przesadza, przecież nie może być tak źle. Niemniej jednak po zastanowieniu doszedłem do wniosku, że moje pierwsze wrażenie wywołane było przyzwyczajeniem do codziennego, banalnego zła, które poprzez swe częste występowanie przestało mnie już niepokoić. Czy jednak słusznie? Prawo służyć ma moralności. Idealnie jest postacią moralności wcieloną w literę prawa. Dzisiaj z kolegami przeprowadzaliśmy Klub Jagielloński do nowej siedziby na Rynku Głównym. Straż miejska nie chciała pozwolić nam zaparkować, ponieważ obok stały głupio, bezładnie zaparkowane pojazdy, które uniemożliwiały bezpieczny ruch. Niestety, za głupotę nie ma mandatów, mandat jest tylko dla tych, którzy ponoszą konsekwencję głupoty innych. Straż miejska nie jest zaś od myślenia nad celem prawa, wykonują jedynie to, co zlecił im prawodawca (jak miałem okazję się przekonać, bez większego zastanowienia). Podobnie jest z filmami. Nie zastanawiamy się już nad intencjami i motywacją twórców. Po prostu idziemy do kina, tak jak strażnicy miejscy po prostu stosują prawo. Pamiętajmy, dawniej twórczośc artystyczna podlegała jednak pewnej kontroli, śmiem powiedzieć, kontroli rozumu. Służyła do tego instytucja cenzury, która w swej właściwej funkcji przetrwała tylko w formie cenzury wewnętrznej, ewentualnie cenzury stosowanej w niektórych instytucjach religijnych. Oczywiścię cenzurę zdyskredytowały rozmaite despocje, kiedy tyrani zamiast pomagać słabszym bliźnim w prowadzeniu moralnego życia, używali jej do niecnych celów. Czy jednak połamanie krzesła na głowie drugiego, dyskredytuje krzesło jako przedmiot użytku domowego? Obecnie idea autonomii, przekonanie, że możemy wystawiać się na wszelkie pokusy, a jednocześnie zachować wewnętrzną integralność spowodowała, że idąc do kina możemy być niemal pewni że natrafimy na jakąś ekstra scenę erotyczną czy zupełnie nieuzasadnioną tokiem narracji scenę przemocy. Sex sells, nawet w stadzie indywidualistów. Mimo złego przykładu współobywateli, mamy jednak obowiązek korzystać z naszego rozumu. Z mojego myślenia bierze się pytanie, dlaczego twórcy filmu "Rewers" wpakowali tam dość realistyczną scenę gwałtu. Czy rzeczywiście postać SB-eka wydawać się nam będzie adekwatnie odrażająca, gdy zrozumiemy, że może "to" robić z kobietą przy użyciu przemocy, popijając przy tym nalewkę? Według relacji znajomego, który oglądał pokaz filmu w krakowskim Muzeum PRL-u, jego reżyser zapytany przez widza, dlaczego dziecko SB-eka okazuje się być homosekualistą, stwierdził, iż chciał pokazać w ten sposób, że nawet potomek złoczyńcy może stać się kimś dobrym. Jako przykład ludzkiej dobroci wybrał zatem homoseksualizm? ] Marek Przychodzeń
367
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (20)