61
BLOG
Prawie jak u Mickiewicza.
Zbliża się święto zmarłych więc znowu zaczynają nachodzić mnie wspomnienia domu moich dziadków. Ściślej mówiąc oficyny w której mieszkała moja prababka. W tamtych odległych niestety czasach w miasteczku nie było kwiaciarni, w sezonie każdy miał kwiaty w ogrodzie, ani zakładów pogrzebowych w dzisiejszym rozumieniu. Ludzie najczęściej umierali w domu a jeśli nawet umarli w szpitalu to ciała były zabierane do domu. Więc kwiaciarni nie było a trzeba było jakoś przygotować wiązanki, wieńce nagrobne i znicze. Wszystko trzeba było robić własnoręcznie. Fakt że ludzie mieli na to czas. Znicze przygotowywał dziadek z ojcem. Po prostu topili świece i roztopioną stearynę wlewali do foremek z umieszczonymi w nich knotami. Najtrwalszą ozdobą grobów były blaszane wieńce z blaszanych liści dębowych z blaszanymi kwiatkami. Takie wieńce były tak trwałe że wystarczyło je przed każdym świętem odmalować i znowu powiesić na krzyżu. Ale tym zajmował się dziadek i ojciec i to choć bardzo dzieci interesujące nie mogło konkurować z babskimi przygotowaniami. W domu mojej prababki wieczorami odbywały się spotkania przeważnie starszych sąsiadek czy koleżanek, znajomych prababci i przygotowania do święta. Zdeformowanymi przez artretyzm palcami staruszki wyczarowywały z krepiny (do wiadomości co młodszych - krepina to taka marszczona bibuła) prześliczne kolorowe kwiaty nasączane następnie stearyną, która wzmacniała intensywność barwy a głównie zabezpieczała kwiatki przed wilgocią czy deszczem. Z gałązek jedliny formowano wieńce i wiązanki a następnie ozdabiano przygotowanymi kwiatkami krepinowymi albo nieśmiertelnikami (nieśmiertelniki to w tym wypadku kwiaty a nie wojskowe blaszki identyfikacyjne). W trakcie tych wspólnych przygotowań oczywiście odmawiany był różaniec za dusze zmarłych a potem następowało to na co ukryci pod stołem wytrwale wyczekiwaliśmy. Opowieści o zmarłych, o duchach. Przeplatane modlitwami za co bardziej krnąbrne dusze. Prawdziwe mickiewiczowskie „dziady”. Najciekawsze było to że wspominano nie jakieś tam historie ze świata, tylko ludzi których wszyscy znali, historie z sąsiedniego lub innego pobliskiego domu. Historie z mojego miasteczka. Wierzcie mi dla dzieci to były wielkie przeżycia, mimo że przecież nie mogliśmy znać tych ludzi, to fakt że to było w domu obok albo w domu do którego chodziliśmy po mleko, czy w domu kolegi, powodował że baliśmy się każdego mrugnięcia wielkiej lampy naftowej wiszącej nad prababcinym stołem. Bo przecież takie opowieści nie mogły się odbywać w świetle elektrycznym. Po takim seansie znajdowano nas pod stołem śpiących , wtulonych w siebie. Przez najbliższe dni nie było siły, która wygnała by nas z domu po zmroku, a w naszej sypialni przez całą noc cichutko grało radio, którego zielone magiczne oko rozpraszało ciemność. Rok w rok jak tylko zbliżają się Zaduszki wracam wspomnieniami do tamtych już tak dawnych obrzędów. Wierzcie mi w prawie sto czterdzieści lat po „Dziadach” mickiewiczowskich byłem świadkiem pozostałości tego obrzędu. P.S. Kiedy jutro, bo nie każdy będzie mógł pójść na groby w zaduszki, czy kiedykolwiek, będziecie na cmentarzu, zapalcie małą lampkę na opuszczonym grobie. Jest ich tak wiele. Niestety.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)