Środowiska postępowe lub za takie się uważające wielce się najpierw oburzyły a następnie zaczęły kpić z wywodu Jarosława Kaczyńskiego na temat wpływu podwórka na zachowania jego politycznych adwersarzy. Samej wypowiedzi nie słyszałem wiec nie o niej będę mówił, przepraszam, pisał.
Truizmem będzie twierdzenie że do wychowywania dzieci jest dom, rodzina. Kiedyś dom wielopokoleniowy, dziś coraz bardziej pozbawiony tego zbawiennego wpływu dziadków a niejednokrotnie i rodziców na rozwój nowego pokolenia.
To dom i jego mieszkańcy byli a czasami jeszcze są wzorcami zachowań dla młodych ludzi. Podwórko służyło i powinno służyć jako poligon do wprowadzania zachowań wyniesionych z domu w życie świata zewnętrznego. Ten model sprawdzał się przez tysiąclecia. Nieliczni wysyłali małe dzieci do elitarnych szkół z internatami co uważam za barbarzyństwo. Tak było, do czasu przyjścia komunizmu który postanowił wyręczyć dom w wychowaniu dzieci co miało zaowocować „nowym” społeczeństwem. Było to z jednej strony podyktowane potrzebą odbudowy kraju, wszyscy byli potrzebni do pracy. Stąd wyzwolenie kobiet spod jarzma pracy w domu na rzecz pracy wówczas uważanej za bardziej wartościową i bardziej przydatną społecznie. Drugim powodem była ideologiczna potrzeba wpływu na rozwój przyszłych pokoleń. Zaczęły masowo powstawać, żłobki, przedszkola, świetlice przyszkolne. Trzeba się przecież zająć dziećmi pozbawionymi opieki rodzicielskiej.
Szkoła miała uczyć i wychowywać.
Nie wdając się w analizę tego systemu wychowawczego, powiem raczej o realnych jego efektach.
Piękne ideologicznie założenia skończyły się tym że szkoła owszem uczyła, ale po lekcjach tabuny dzieci z kluczami na sznurku wiszącymi na szyjach, biegały samopas po podwórkach, albo włóczyły się po mieście. W latach sześćdziesiątych jeszcze zdarzało się że nieodpowiednie zachowanie dzieciaków było zauważane i piętnowane przez dorosłych, a milicja czasem interesowała się powodami ich wystawania w różnych dziwnych jak na tak młodych ludzi miejscach. Dotyczyło to w zasadzie małych miasteczek. Świetnie pamiętam z wakacyjnego wyjazdu do mojego rodzinnego miasta że mając jedenaście lat wraz z kolegami próbowaliśmy w wielkiej konspiracji, na cmentarzu, w krzakach, zapalić jakimś cudem zdobytego papierosa. Krztusząc się, z oczami załzawionymi od dymu po pierwszym zaciągnięciu oddałem papierosa koledze a on najchętniej by go wyrzucił ale chłopięca ambicja mu nie pozwalała więc się zaciągną. Z podobnym efektem jak ja przekazał go dalej. Tak we czterech modląc się by ta katusza się skończyła nadrabialiśmy minami z ulgą odrzuciliśmy niedopałek i pobiegliśmy nad rzekę wykąpać się. Ktoś nas musiał jednak widzieć bo zanim wróciliśmy do domów moja babcia i mamy kolegów już wiedziały o wszystkim. Dziadek, postanowił mnie oduczyć takich pomysłów, kupił paczkę papierosów zamknął się ze mną w gabinecie i powiedział żebym się nie krępował tylko, skoro uważam że jestem wystarczająco dorosły żeby palić, zapalił sobie i wyciągnął otwartą paczkę w moją stronę. Na sam widok zrobiło mi się niedobrze i musiałem dziadka prosić by nie kazał mi brać do ust tego świństwa musiałem solennie przyrzec że to był pierwszy i ostatni raz i się więcej nie powtórzy. I tak miałem szczęście bo gdybym się odważył zapalić tego papierosa publicznie to pierwszy napotkany dorosły zrugałby mnie jak za przeproszeniem burą sukę albo i przyłożył. I nawet nie śmiałbym się poskarżyć w domu. Raczej modliłbym się żeby dziadkowie niczego się nie dowiedzieli.
Wyobraźcie sobie taką sytuację dzisiaj. Ilekroć spotykam smarkaczy ostentacyjnie palących papierosy i zwracam im uwagę to w najlepszym wypadku udają że nie słyszą, bo potrafią odejść na bezpieczną odległość i posłać taka wiązkę że i furman by się nie powstydził.
Wracajmy jednak do tematu.
Tak więc rosło pokolenie dzieci z kluczami na szyjach pozbawione należytej opieki i kontroli.
Szkoła coraz bardziej ograniczała się w swoich wychowawczych zapędach bo i co to było za wychowanie.
Weźmy najprostszy przykład. Posługiwanie się sztućcami. Żłobek czy przedszkole może nauczył kogoś jako takiego posługiwania się łyżką czy widelcem, w szkole doszedł do tego nóż. A kto nauczy dzieci który nóż i widelec służy do jedzenia ryby, jaki nóż jest do masła albo że kompot się je z kompotierek że o trudniejszych sprawach nie wspomnę.
Wiem że to trywialny przykład ale tak jest ze wszystkim, z jedzeniem, zachowaniem przy stole, zachowaniem w każdych okolicznościach. Kto dziś wie komu i w jakiej kolejności podaje się rękę. To może śmieszyć, ale tylko tych którzy nie wynieśli tej wiedzy i umiejętności z domu.
Tylko dom może tu być matrycą odciskającą wzorzec zachowania a nie podwórko.
I tak rosło pokolenie, po nim następne, pozbawione wzorca i jaki mamy efekt?
Ano taki że nawet ci którzy się wykształcili i zdobyli jakieś pozycje nie wiedzą o podstawowych sprawach więc jeżeli nawet stać ich na to żeby jedno z rodziców zajęło się wychowaniem to poza nielicznymi wyjątkami nie maja czego przekazać swoim dzieciom. I dziś nieświadomi własnej niewiedzy i nieumiejętności są przekonani o własnej doskonałości.
Również budowanie zamkniętych enklaw chronionych przez specjalistyczne firmy jest również częścią efektu tego eksperymentu wychowawczego.
Cała ta sytuacja z ośmieszaniem wypowiedzi J. Kaczyńskiego jako żywo przypomina mi czytane w dzieciństwie opowiadanie. Opowiadanie znalazłem w przedwojennym roczniku Bodaj „Gościa niedzielnego”. Miałem może osiem albo dziewięć lat więc nie bardzo pamiętam w jaki sposób bohaterowie opowiadania trafili do krainy zamieszkanej przez ślepców. Ponieważ byli jedynymi widzącymi więc próbowali pomagać niewidomym, ostrzegać przed niebezpieczeństwami, to doprowadzało niestety do konfliktów. W końcu niewidomi doszli do wniosku że przyczyną konfliktu są oczy, więc oślepili widzących.
I to powinno być pointą rozważań o wychowawczym dobrodziejstwie podwórka.




Komentarze
Pokaż komentarze (62)