Wybór Joanny Muchy do Sejmu i nominacja na stanowisko Ministra Sportu zostały różnie przyjęte przez komentatorów z szarej masy. Na posłankę – bo parytet. Na ministra dla ozdoby rządu. Wykształcona. Doktorat z ekonomii. Wymarzone kwalifikacje, prawda? Jednak mnie podpadła w pierwszym dniu ministrowania. Uciekała na korytarzach sejmowych przed dziennikarzami. Nie miała nic do powiedzenia. To żałosne zachowanie polityka. Bo polityk jeśli nawet nie ma nic do powiedzenia, to mówi jak najwięcej. Mogła więc przystanąć przed kamerą i powiedzieć chociaż jak się czuje, że jest zagubiona, przestraszona, że to wszystko spadło na nią jak grom z jasnego nieba. Ale ona wolała zwiewać bez słowa, pokazując, że to nie dziennikarzy ma w nosie, tylko swoich wyborców zafascynowanych jej urodą.
W dniu 25.XI.2011, w dniu ujawnienia tragicznych nagrań głosów działaczy PZPN, właściwie najwyższego kierownictwa, minister dr Joanna Mucha ogłosiła swoją pierwszą decyzję, o przekazaniu prokuratorowi generalnemu płyt z nagraniami. Słuchałem tej wypowiedzi telewizyjnej i myślałem, że padnę z niemiłego wrażenia. Oto pani minister mówiła jakby łamaną polszczyzną, zerkając w kartkę, a niemal przed każdym słowem było eee, eee, eee - kompromitujący sposób mówienia. Kiedy Joanna Mucha przeciągała swoje e-e-e, to wyglądało, jakby mozolnie szukała w głowie następnego słowa.
Myślałem, że tylko ja jestem przewrażliwiony, że drażni mnie byle głupstwo. Ale w nocnej audycji na żywo „Bez ograniczeń” w Superstacji TV wypowiedział się w sprawie języka minister Joanny Muchy telewidz z Warszawy. Recenzja była jeszcze bardziej ostra, niż moje skromne uwagi. Krótko – wyplenić e-e-e. Do logopedy. Nie uciekać przed dziennikarzami, bo ta grupa za psie pieniądze poświęca się dla nas – wyborców, żeby nam przekazać z pierwszej ręki wiadomości od wybrańców.


Komentarze
Pokaż komentarze (13)