"Budujmy Pomorze. Z dala od polityki", "Bezpartyjna lista obywateli","Apolityczny komitet wyborczy" - te i inne absurdy i bujdy, psują mi codziennie rano nastrój, gdy tylko wyjdę na ulicę. Właściwie nie miałabym do nikogo pretensji o to, że pisze takie rzeczy, ale tu niestety piszący szczególnie zadbał o to, aby każda osoba bez względu czy chce czy nie chce, zobaczyła jego mniej lub bardziej urokliwą buźkę i przeczytała jego mniej lub bardziej bzdurne hasło wyborcze. Wszystkie one mają jednak jeden wspólny mianownik: są nachalne, puste znaczeniowo i bezprogramowe, a promocja kandydatów bardziej przypomina wybory Miss Polonii niż elekcję przedstawicieli chociażby do rady podwórkowej.
Ostatnio jadąc przez Trójmiasto zaczęłam liczyć, ile plakatów wyborczych może zmieścić się na jednym słupie oświetleniowym, sygnalizacji świetlnej lub znaku drogowym. Wbrew pozorom nie było to zajęcie porównywalne z obliczaniem ilości diabłów na końcu szpilki ani maksymalnego ciężaru kota na końcu spróchniałego płota. Wśród średnich wyników pomorskich zawodników zanotowałam przeciętny wynik 3 plakaty na jednym słupku, a pierwszy rekord padł w Gdyni. Tam aż czterech plakatowych kandydatów zmieściło się na jednym słupie oświetleniowym. Kolejny rekord padł, gdy na stronie kościerskiego serwisu informacyjnego www.koscierskiexpress.pl zamieszczono fotografię pięciu plakatów wesoło wiszących jeden nad drugim. Dowcip polega jednak na tym, że kadr tej fotografii nie zaczynał się równo z ziemią, a na pewnej wysokości, więc być może padł w tym mieście jeszcze większy rekord. Przypomina to jako żywo konkurencję sportową "zaśmiecanie miasta wzwyż". Co jednak nam - wyborcom - przychodzi z zaplakatowania przestrzeni miejskiej na amen i obklejenia buźkami kandydatów każdego zakątka, gdzie tylko pies z kulawą nogą choć raz na jakiś czas się zapuszcza? Biznes na tym robią jedynie drukarnie, bo - sądząc po wartości artystycznej wszystkich plakatów - graficy i projektanci już nie.
Nie wiem czy powinno mnie jeszcze bawić czy już powinnam stracić cierpliwość, gdy widzę hasło "Budujmy Pomorze - z dala od polityki" oraz inne odwołania do apolityczności w nazwach komitetów wyborczych. Są oto dwie możliwości: albo twórcy tych nazw i haseł nie wiedzą, że po polsku działalność publiczna i polityka to praktycznie synonimy, albo też zwyczajnie kłamią i nabierają wyborców. W okresie międzywojennym mieliśmy Bezpartyjny Blok Wspierania Rządu, którego i fakt istnienia i sama nazwa świadczyła już nawet nie o uwiądzie, lecz o zwykłym braku demokracji. Podobnie absurdalnym jest odwoływanie się do zgody w warunkach demokratycznych. Debata demokratyczna, dyskusja polega właśnie na tym, że zgody nie ma, a ścierają się odmienne stanowiska. Jeśli ktoś uważa, że w debacie publicznej nagle ni stąd ni zowąd zapanuje zgoda, to albo znaczy, że zamierza zlikwidować swoich przeciwników politycznych, albo że kłamie. Ach, przepraszam, są jeszcze tacy naiwni, którzy wierzą, że w imię wyższych wartości "wilk będzie siedział spokojnie obok owcy".
Obserwując moją, lokalną, pomorską scenę polityczną dostrzegam dwie kategorie ugrupowań. Z jednej strony ogólnopolskie, a z drugiej lokalne - zasięgiem działania przeważnie nie wykraczające poza powiat. Jest między nimi pewna szczególna różnica i pewien wspólny mianownik. Otóż ogólnopolskie ugrupowania, lepiej lub gorzej działając w kierunku promocji wizerunkowej, nie przedstawiają żadnego programu i liczą na to, że ich wyborca z wyborów parlamentarnych również ich bezkrytycznie poprze w wyborach samorządowych. Z drugiej strony ugrupowania "tutejsze" często poruszając wiele ważnych problemów czysto lokalnych, nie reprezentują sobą żadnej refleksji ogólnej i kwestie programów ogólnych pozostawiają poza polem swoich zainteresowań. W efekcie zarówno jedne jak i drugie uciekają od jasnej i uczciwej deklaracji politycznej, programowej, wskazania swoich wartości i priorytetów intelektualnie przekraczających kwestię nowego chodnika oraz koszy na śmieci. O demokracji partycypacyjnej, prywatyzacji majątku samorządowego, roli samorządu w gospodarce, ekologii czy polityce walki z wykluczeniem i bezrobociem oraz innych sprawach wprawdzie ogólnych, ale bezpośrednio dotykających wszystkich mieszkańców, mówią najwyżej pojedyńcze osoby i to też przeważnie chyłkiem i po cichu. Wybieramy zatem "na ładne oczy" zamiast "na dobry program". Ostentacyjnie odkładam na bok podejrzenie, że zależy im tylko i wyłącznie na dorwaniu się do stołków i nachapaniu się. Brak odniesienia się do kwestii fundamentalnych dla samorządu, gminy, powiatu, województwa i realiów życia mieszkańców może być albo lekkomyślnością (odmiana głupoty) albo celowym mijaniem się z trudnym tematem (popularnie zwane ściemnianiem).
Ucieczkę od problemów natury ogólnej, przedstawieniu programu i dyskusji programowej rzecz jasna ułatwia personalizacja problemu. Teraz już nie trzeba zastanawiać się jakie mechanizmy spowodowały dziurawą drogę albo problemy z funkcjonowaniem basenu miejskiego. Wystarczy zwalić winę na Ziutka, Wojtka, Hankę, Mirkę albo inną znaną z lokalnego świecznika osobę. Tyle że taka taktyka ani dla owej dziurawej drogi ani basenu - kompletnie nic nie wnosi, a problem najprawdopodobniej wróci w kolejnych wyborach.
Na to wszystko nakłada się jeszcze inne zjawisko: niechęć do organizowania autentycznych spotkań z wyborcami. Takich, gdzie kandydat byłby w stanie wejść w realny dyskurs ze społeczeństwem. Ale to już temat na zupełnie inną rozmowę.
Brak debaty publicznej i programów to jest jednak nie wszystko, a element szerszego problemu - niedostatku demokracji. Obserwując kolejne wybory łatwo zauważyć, że walka wyborcza zamiast być starciem na argumenty, konkurencją programów, postulatów i rozwiązań, może stać się też momentem, gdy konkurujący kandydaci lub ugrupowania wezwą do wyciszenia sporów oraz "zgody"! Między kim a kim mamy zatem wybierać, skoro konkurujące komitety wyborcze i kandydaci nie dają nam czytelnych sygnałów, jaka jest ich wizja spraw publicznych, a nawet twierdzą, że się ze sobą zgadzają? Jeśli rzeczywiście zaś zgadzają się ze sobą - to czemu nie są w jednym ugrupowaniu i po co konkurują ze sobą, a nas - wyborców - mieszają do tego? Jeśli zaś unikanie dyskusji programowej jest środkiem do z góry założonego celu, to do jakiego celu do zmierza? Do zakamuflowanego systemu monopartyjnego?
Nie ma "ucieczki od polityki", gdy się polityką chce zajmować, zarówno w systemie demokratycznym jak i - takim jak dzisiaj - zbliżonym do demokracji. Polityczne jest nie tylko to, na kogo głosujemy na prezydenta kraju czy europosła, ale przede wszystkim jak samoorganizujemy się w naszej gminie, gdzie robimy cotygodniowe zakupy, dokąd jedziemy na urlop oraz na kogo głosujemy w wyborach lokalnych. Jeśli ktoś więc próbuje swoją ładną buźką zastąpić program wyborczy i postulaty swej działalności publicznej, a głupawym hasłem kolportowanym w milionach egzemplarzy próbuje ukryć swoje milczenie w kwestiach zasadniczych, to znaczy że albo jest głupi albo kłamie. Mając więc do wyboru głupich lub kłamców - powiedzmy to sobie otwarcie: to jest wybór między dżumą a cholerą.
I zupełnie w sam czas pojawia się hasło głosowania na "tego kto ma szanse" w przeciwieństwie do kandydata, który - wedle sondaży przynajmniej - "jest bez szans". Pojawia się także postulat głosowania na tak zwane mniejsze zło. Oznacza to ni mniej ni więcej tylko głosowanie niezgodne ze swoimi przekonaniami, ale na kogoś kto rzekomo narobi mniejszych szkód. A ja już mam dość głosowania na mniejsze zło, bo wbrew obiegowemu podejściu do kwestii, wciąż pamiętam że mniejsze zło to wciąż jednak zło. A ja na zło nie zamierzam głosować!
W wielu demokracjach istnieje możliwość oddania głosu negatywnego, czyli skreślenia wszystkich kandydatów. W Polsce jest to równoważne z oddaniem głosu nieważnego, a takich głosów jest w każdych wyborach kilka procent. Na wiosnę tego roku kolektyw Kaszubskiego Socjalistycznego Portalu Informacyjnego www.KaszebskoRewolucejo.pl wezwał do takiego właśnie bojkotu czynnego wyborów prezydenckich i kilka tygodni przed wyborami założył na Facebooku grupę "Skreśl ich obu - skreśl ich wszystkich!". W opisie wyjaśniono, że bojkot czynny (pójście do urn wyborczych i skreślenie wszystkich kandydatów) będzie naszym wyrazem sprzeciwu wobec pustosłowia demokracji medialnej, postpolityki, wobec kłamstwa w życiu publicznym oraz braku alternatywy.
Myślę, że warto abyśmy poszli tą drogą. Gdy rządzący zobaczą, że ze zwyczajowej 30-procentowej frekwencji połowa wyborców dokonała bojkotu czynnego, to zrozumieją, że nie mają żadnego moralnego prawa decydować o sprawach społeczeństwa.
Pamiętam jednak - jak tylko liczebność grupy "Skreśl ich obu - skreśl ich wszystkich!" w ciągu kilku dni przekroczyła kilkaset osób, administracyjnie zlikwidowane zostały profile kilku najaktywniejszych osób związanych z kolektywem oraz sama strona kolektywu. Przypadkiem zupełnym zbiegło to się w czasie z likwidacją profilu opozycjonistki Kataryny. Te fakty pokazują czego tak naprawdę boi się elita władzy. Liczę więc się i z tym, że za tydzień i mój profil tutaj zostanie skasowany przez usłużnych administratorów. Lecz bez naszego oporu i naszej walki - o demokracji będziemy sobie mogli poczytać tylko w książkach!
522
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (12)