Nasze drogie mieszkania

Budowa mieszkań. Fot. Pixabay
Budowa mieszkań. Fot. Pixabay
Lubicie kapitalizm? No to nie płaczcie, że ceny mieszkań rosną. Bo tak właśnie ten system działa. I to nie tylko w Polsce.

Mieszkania nie będą już tanie

Kiedy byłem pierwszy raz w San Francisco podbił do mnie na ulicy jakiś facet. „Widzi Pan te domy?” – powiada. „No domy, jak domy” – odpowiadam ostrożnie, bo nie bardzo wiem, o co człowiekowi idzie. Popatrzył na mnie, jak na nic nierozumiejącego przybysza z innej planety. „A wie Pan, ile te domy kosztują?” - spytał. Nie wiedziałem, więc mnie oświecił. I tak zaczęła się jego długi i połączony z obfitą gestykulacją wywód na temat eksplozji cen nieruchomości w Ameryce. Był rok 2008, a domy w obszarze zatoki San Francisco już wtedy uchodziły za synonim drożyzny napędzanej przez spekulantów z całego świata. Na czele z rosnącą w siłę i pieniądze nieodległą Doliną Krzemową. Od tamtej pory minęła dekada z okładem. Patrzę więc na statystyki dotyczące cen nieruchomości w San Francisco. I widzę, że w roku 2008 średnia cena domu w tej części Kalifornii wynosiła 800 tys. dol. Dziś jest… dwa razy wyższa i sięga 1,6 mln. Jeśli wówczas było dla tamtego faceta (i większości) Amerykanów horrendalnie drogo, to jak znaleźć słowa na określenie tego, co jest teraz?

Magiczna fraza "bańka nna rynku nieruchomości"

Wspominam tę historię zwykle, gdy ktoś prosi o ocenę sytuacji na polskim rynku nieruchomości. I dobrze wiem, że nie jest to zazwyczaj ta nuta, której oczekują moi rozmówcy. Bo oni chcą raczej usłyszeć, że… to minie. Wychowani na neoliberalnych mitach nieszczęśnicy liczą pewnie na pojawienie się magicznej frazy „bańka na rynku nieruchomości”. Która to rzekoma „bańka” w końcu (też rzekomo) pryśnie. A ceny mieszkań wrócą wtedy do „normalności”. To znaczy będą dostępne i do udźwignięcia nawet dla mniej zamożnych osób. Kłopot tylko w tym, że to się nie wydarzy. Niestety. Mieszkania nie będą tanie. Przynajmniej tak długo, jak żyjemy w ustroju zwanym kapitalizmem. Zwłaszcza w jego obecnym – pomimo dokonywanych tu i ówdzie korekt – wolnorynkowym wydaniu. 

Kapitalizm -system oparty na dochodowych nierumochościach

Dlaczego? To dość proste. Kapitalizm jest systemem opartym na dochodowych nierównościach. Jego zwolennicy bronią się przed wszelkimi ambicjami zrównywania powiadając, że to właśnie dzięki nierównościom system ów ma w sobie ten niesamowity pęd do ekspansji, poszukiwania nowych źródeł zysku i rozwoju. I zupełnie nie chcą słuchać, że jest tej żywotności kapitalizmu wymierna cena. A ową ceną jest właśnie to, że zamożni raz zdobytej pozycji nie lubią oddawać. Biją się o nią zawzięcie, a ich najskuteczniejszą bronią jest zakumulowany kapitał. Kapitał akumuluje się inwestując go w takie dobra, które są rzadkie i na które istnieje duży sztywny popyt. „Sztywny” oznacza w języku ekonomistów taki popyt, którego nie da się łatwo zastąpić czymś innym.

Czytaj:

Takie połączenie pozwala na utrzymywanie przez zakumulowany kapitał swojego bogactwa i pozycji. To takie nastawienie systemu, by każdego dnia biedniejsza część społeczności wykonując swoje najdrobniejsze czynności życiowe (pracując, jedząc, śpiąc i oddychając) utwierdzała pozycje kapitału dając mu zarobić. Właśnie co dnia płacąc za te dobra rzadkie na które istnieje sztywny popyt. A co jest idealnym połączeniem kontroli nad dobrami rzadkimi, na które istnieje sztywny popyt? To oczywiście nieruchomości. Czyli właśnie domy, mieszkania i tym podobne rzeczy, bez których po prostu nie da się żyć.

Muszą gdzieś mieszkać, więc czynsz zapłacą zawsze

Pomyślcie o ziemi. Już na wcześniejszych etapach rozwoju ludzkości była źródłem bogactwa. To dlatego w starych XVIII wiecznych powieściach synonimem bogacza jest posesjonat. Dziś Bezos, Gates i Musk wydają się z pozoru inni. Święcą nam raczej w oczy swoimi aktywami giełdowymi czy kontrolowanymi technologiami. Ale jak to wszystko trochę lepiej podrapać, to za każdą (nawet dzisiejszą) fortuną nadal kryje się… ziemia. Tyle, że już nie uprawna. Dziś fundamentem bogactwa jest ziemia, na której wznoszą się tegoż bogactwa filary. Czyli właśnie nieruchomości. Czasem już zbudowane. A czasem tylko kontrolowanie i właśnie celowo niezbudowane po to, by pompować ceny tych istniejących. Z punktu widzenia posiadaczy nieruchomości interes jest z gatunku tych zawsze wygrywających. Gdy społeczeństwa się bogacą ludzie chcą mieszkać lepiej, bliżej centrum, w większych metrażach. Miasta się rozrastają z powodu napływu migrantów ze wsi (XIX wiek) czy innych regionów świata (XX/XXI wiek). A gdy ludzie biednieją, to też… nic nie szkodzi. Bo i tak muszą gdzieś mieszkać. Czynsz zapłacą zawsze. Choćby się mieli zapożyczyć, albo oszczędzić na większości innych potrzebnych wydatków.

Mieszkaniowa drożyzna i w Wielkiej Brytanii i Finlandii

Lubię to! Skomentuj67 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka